10

Sie

Harel po berlińsku cz. 3

Wracamy do Berlina! Nareszcie kompiluję wszystkie uzbierane w ostatnim roku miejsca w kolejną część jednego z Waszych ulubionych blogowych cykli (tu część pierwsza i część druga). Ze smutkiem stwierdzam, że niektóre z nich zniknęły z rozrywkowej mapy. Najbardziej nieodżałowany jest Thai Park, słynny tajski niedzielny market na zielonej trawce – zamknięty podobno z powodów niedostatecznej higieny. Przecież ludzie piknikują od stuleci i żadnej zarazy to jeszcze nie wywołało. Ale nie będę podejmować dyskusji, stało się. Na szczęście zdołałam parę razy odwiedzić i poleżeć z pełnym brzuchem w równie pełnym słońcu. I w cudownym towarzystwie, oczywiście, bo to miasto przyciąga tylko fajnych ludzi. Inaczej bym tam nie jeździła, he he he. Gotowi? Start!

Tureckie śniadanie. Zaczniemy od Kreuzbergu. To dzielnica kultowa z setek powodów. Międzynarodowa kuchnia jest jednym z nich. Moja wspaniała znajoma, która Berlin zna na wylot, mówiła mi o tym miejscu wielokrotnie. Powtarzała, że muszę wreszcie spróbować tych cudów za równowartość dwóch dyszek polskich złotych. I wiecie co? Potem byłam tam codziennie, by schrupać świeżutką drożdżową bułeczkę, zagryźć czarnymi oliwkami, twardym słonym serem, a ostatni kęs posmarować bardzo niezdrową marmoladą z taką zawartością cukru, że nie trzeba potem nic słodzić przez resztę dnia. Nie spotkacie tu zbyt wielu turystów, przychodzą za to lokalni mieszkańcy, bardzo często słyszy się język turecki. Tym bardziej polubiłam Simitdchi (Adalbertstraße 98). Właśnie za ten klimat, autentyczność i bardzo mały stopień „instagramowości”. Jest ciemno, jedzenie podawane jest na plastikowych tackach, które pamiętają sporo minionych dekad), stoliki są mało „dizajnerskie”, a salę oświetlają jarzeniówki. Więc na czym można się skupić? Na konsumpcji!

Niefotogeniczne i pyszne śniadanie Simitdchi.

Ze względu na miejsce, w którym zazwyczaj się zatrzymuję (u znajomych), najwięcej czasu spędzam między Kreuzberegiem a Friedrichshainem (niczym słynny klub Berghain, którego nazwa to połaczenie ostatnich członów obydwu dzielnic). Jeśli znajomych w Berlinie brak, polecam gorąco hotele sieciowe: Ibis Budget i Motel One. Wybieram je, bo można tam mieszkać z psem. Ale też zawsze wiem, czego oczekiwać. W tym pierwszym nie polecam śniadań. W lokalizacji Ibis Budget Potsdammer Platz jest bardzo przyjemna knajpka, gdzie owe można w znacznie przyjemniejszych okolicznościach spożyć (Maracay Coffee Stresemannstraße 72), a jeśli wąż w kieszeni syczy, drzwi obok jest LidlIbis Budget Alexanderplatz to już pełen wachlarz przyjemności i nawet nie wiem, od której zacząć. Gdy dostaniecie się w bliską okolicę Rosenthaller Platz i odnajdziecie kawiarnię The Barn, zrozumiecie, co mam na myśli. To rzecz kultowa absolutnie, jedna z pierwszych tego typu palarni kawy, skąd jeszcze parę lat temu sprowadzały ziarna niemal wszystkie szanujące się hipsterskie kafejki (również w Polsce). Oprócz kawy obłędnej na różne sposoby (nie obrażają się za prośbę o mleko do dripa) znajdziecie tam pyszne kanapki, ciasteczka i inne grzeszne historie. Motel One z kolei, według mojego rozeznania, ma już siedem lokalizacji w mieście. Każda dobra z innego względu. Będę polecać te nieopodal Mitte, bo dzielnica zacna. Ale sieć komunikacyjna w mieście jest tak wspaniale rozbudowana, że nawet spod lotniska dotrzecie w mig gdzie trzeba. Wkrótce w Berlinie otworzy się Puro Hotel – a ponieważ ten zawsze jest pięknie pomyślany, polecam go awansem.

Śniadanie w Maracay.

Tym razem omijam klasyczne sieciówki, bo przecież już niemal wszystko mamy w Polsce albo w Zalando. Warto się przyjrzeć sklepom vintage. W okolicy Hackescher Hoff mamy ich trochę, są nastawione na turystów, więc nie spodziewajmy się cenowych okazji. O jednym już pisałam, to Made in Berlin (jest częścią niemieckiej sieci vintage PICKNWEIGHT), z kultowym pieskiem śpiącym w walizce (nie wolno mu robić zdjęć i zakaz jest respektowany nawet przez najbardziej zwariowane blogerki). Znajdziemy tam ubrania damskie i męskie, podzielone na wygodne kategorie, często wiszą też ułożone kolorami. Skórzane kurtki, elementy wojskowe, kimona, sukienki w kwiatki, kowbojki, kapelusze, koszyki – chyba nie ma rzeczy, która by się tam nie znalazła. Przy Oranienburger Strasse czekają Retro Berlin (nr 13-14) i Humana (nr 87), a przy 25, Große Hamburger Strasse –  klimatyczny butik Rianna in Berlin. Hit ostatnich miesięcy? Kreszowe dresy. Jestem w ciężkim szoku, ile tego zostało w szafach i jaki zmasowany atak obecnie następuje. Naprawdę? A potem patrzę, co się nawyrabiało u Isabel Marant czy Valentino i wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Wymieniam tu dosłownie kilka sklepów, natomiast one się będą pojawiać na Waszej drodze w różnych miejscach. Warto zaglądać, bo niespodzianki czekają w najmniej spodziewanych lokalizacjach. Na przykład w V Vintage Fashion przy Kopernikusstraße 18 znalazłam genialny kombinezon w kwiatki, który spokojnie może konkurować z projektami Rouje. Totalnie harcore’owe zakupy zrobicie w Trash Schick przy Wühlischstraße 31. Tam jest naprawdę brzydko, a logo złośliwie nawiązuje do YSL. Ale nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się na skarb. Właśnie to jest przekleństwo i błogosławieństwo w jednym. Mogę Wam polecać najlepsze sklepy vintage, ale bez gwarancji, że będzie tam coś fajnego. Albo mogę Wam nie polecić, bo nie znam, a traficie tam sami i wykupicie połowę asortymentu. Oczy szeroko otwarte, oto recepta na zakupy z drugiej ręki.

Trash Schick. Antymoda w najczystszej postaci.

Oprócz klasycznych ciucholandów znajdziemy w Berlinie butiki ze starymi kolekcjami znanych marek, czyli, użyć muszę tego okropnego słowa, outlety. Jednym z przyjemniejszych jest Isobel Gowdie. Mieści się w dzielnicy Mitte przy Mullackstrasse 4 oraz Mullackstrasse 28. Kupimy tam minione kolekcje Isabel Marant, Vanessy Bruno czy takich marek jak Bellerose, Humanoid, Soeur. Czasem słynny berliński mecenas mody, że tak się wyrażę, Andreas Murkudis, sprzedawał zalegający latami towar od projektantów z prawdziwego zdarzenia, ale chyba już wszystko wyprzedał i siedzi w swoim niezmiennie wspaniałym koncepcie, handlując najświeższymi propozycjami (uwaga – jakiś czas temu przeniósł się na Potsdamer Straße 81, gdyby ktoś chciał go odwiedzić!). Ponadto na Mullackstrasse 34 czekają m.in. pan Lemaire w Sal Bazaar, a zaraz obok, pod numerem 38 sporo Comme des Garcons, Acne, Issey Miyake czy Dries van Noten (oraz Prada, Gucci, Helmut Lang, Fendi, ach…) w Das Neue Schwarz.

Od góry: Isobel Gowdie (znana też jako Hotel Paris Boutique), Sal Bazaar i Das Neue Schwarz.

Pora na deser! Idziemy do Five Elephant na najlepszy sernik nowojorski na świecie (no dobra, w krakowskim Massolicie jest konkurencyjny zawodnik) i kolejną pyszną kawę. W Słoniu, podobnie jak w The Barn, mają swoją palarnię. Lokalizacje są dwie: na Mitte – Alte Schönhauser Strasse 14 oraz na Kreuzbergu – Reichenberger Strasse 10. Obłęd! Więcej nie napiszę, bo słów nie znajdę. Miejsce, jak wiele innych, poleciła mi Berenika Czarnota. Jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłam, o czym za chwilę.

Five Elephant i TEN sernik.

W okolicach Five Elephant jest trochę przyjemnych sieciówek, o których wprawdzie miałam nie pisać, ale skoro już tu jesteśmy… Na przykład American Vintage na Alte Schönhauser Strasse 34, praktycznie naprzeciwko kawiarni. Oraz Sessun, urocza francuska marka, a zaraz obok butik L’Ephemere z ubraniami w podobnym, lekko podróżniczym stylu (Alte Schönhauser Strasse 44). A gdy skierujemy się w stronę Hackescher Markt, natrafimy na skandynawską inwazję. Przy Neue Schönhauser Strasse oraz Weinmeister Strasse pojawia się coraz więcej sklepów z Północy, m.in. Samsoe Samsoe, Closed, Tiger of Sweden czy już zadomowione Monki, Weekday, COS i & Other Stories. 

Samsoe Samsoe – berlińska filia duńskiej sieci.

Pamiętam, że w Berlinie wszelkie azjatyckie smaczki były modne, gdy w Polsce Ramen kojarzył się co najwyżej z imieniem dla psa. Poznałam klimaty m.in. dzięki wspomnianej wcześniej Berenice, która i tym razem nie zawiodła, prowadząc mnie wprost do długiej kolejki pod numerem 3 na Gipsstraße (znów Mitte). Cocolo Ramen – zapamiętajcie tę nazwę, gdyż będziecie się tłumaczyć, czemu wypowiadacie ją z rozkoszą na głos przez sen. To jest punkt obowiązkowy. Ci, którzy byli w Japonii, zgodnie twierdzą, że za niedużymi drewnianymi drzwiami następuje teleportacja na wyspę. I znów nieopodal można sobie zjeść i wypić wszystko z japońską herbata macha, charakteryzującą się intensywnym zielonym odcieniem (Green Tea Café Mamecha przy Mulack Strasse 33).

Podczas ostatniego pobytu odwiedziłam absolutnie genialne miejsce w dzielnicy Prenzlauer Berg. Sklep z produktami rzemieślników z całego świata: Nandi (Dunckerstraße 11) Należy mu się osobny wpis, czego wkrótce dokonam. Na razie dzielę się z Wami zachwytem, podrzucając kilka zdjęć i wrażeń. Nandi znalazłam na Instagramie, przy okazji zbierania informacji o wszelkiego rodzaju koszykach. Pośród dobrze mi znanych wyrobów peruwiańskich czy indonezyjskich pojawiły się urocze „quesadilla bags” z Meksyku, nazwane na cześć ichnich pierożków. Bo kształtem taki pierożek przypominają. Wyplatane są z barwionej trawy i po prostu nie da się ich nie kochać. Leonie, jedna z właścicielek, śmieje się, że to prawdziwe slow fashion. Na swój egzemplarz czekałam ponad miesiąc, bo wszystkie się sprzedały i nowe zamówienie musiało zostać… wyplecione. Dodam, że miejsce to jest przyjazne psom. Czasem stacjonuje tam wielka czarna czworonożna słodycz (na zdjęciu poniżej). Oprócz koszyków kupimy tam kapelusze, biżuterię, ubrania i dodatki do domu m.in. z Brazylii, Ghany, Mali, Kenii i Maroka. W tej okolicy jest więcej przyjemności (choć Nandi wg mnie wygrywa), na przykład Moon Shine Berlin (Dunckerstraße 12) czy Victoria met Albert  (Dunckerstraße 81). Knajpek w promieniu stu metrów do wyboru, do koloru.

Nandi. Spełnienie harelowych marzeń.

Koniec spaceru na dziś, odpoczniemy w House of Small Wonder (Johannisstraße 20). Przygotujcie oczy na najbardziej instagramowe miejsce w Berlinie (no, może oprócz Ora i Monkey Bar). Wprawdzie trzeba szybko chodzić, bo ostatnie zamówienie jest tu przyjmowane o wpół do piątej po południu. To jedna z tych berlińskich knajpek, która przyjmie z otwartymi ramionami na śniadanie, ale będzie niecierpliwie machać drzwiami jeszcze przed wieczorem. Niestety nie można tu wchodzić z psem, pożyczyłam więc zdjęcia ze źródła, obiecując, że podmienię następnym razem, gdy Łatka zostanie w domu. Mam zatem po co wracać. Ciąg dalszy nastąpi!

 

3 myśli nt. „Harel po berlińsku cz. 3

Dodaj komentarz
  1. Zuza`

    Gdzie kuiłaś sukienkę? Bo wydaje mi się, że nad poodbną się zastanwiałam na modimoda.pl? możliwe ż tam? byłam ciekawa jak wygląda w rzeczywistości.

    Odpowiedz
     
  2. Gosia

    Kolo House of Small Wonder jest Restauracja Zenkinchi, przepyszne nowoczesne jedzeni japonskie! Rowniez otwieraja bar speak easy, ale jeszcze nie trafilam na dzien, w ktorym dziala :)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *