18

Sie

I że Cię nie opuszczę… cz. 2

Ślub. Od zawsze miałam postanowione, że nie będę się stroić. Choć w wieku lat sześciu czy siedmiu  kręciły mnie lalki Barbie w rozłożystych na całe pudełko sukienkach, sama za bardzo nie chciałam dzielić ich los. Skoro one klinowały się w drzwiach domku dla lalek, co czekałoby mnie w skali jeden do jednego? Patrzyłam na zdjęcia ślubne księżnej Diany (temat w domu był duży, bo akurat w tym czasie moja babcia była w Londynie i przywiozła mnóstwo okolicznościowych gadżetów, łącznie z talerzem i metalowym pudełkiem cukierków z naszą słynną parą) i nie rozumiałam, dlaczego rozsądna kobieta dała się wcisnąć w coś takiego. No dobrze, gdy ona brała ślub, ja zapewne nie zdawałam sobie sprawy z istnienia słowa „rozsądek”. Ale, choć potem widziałam nie raz przepięknie ubrane panny młode, sama zdecydowałam, że nie pójdę w ich ślady. Znacznie krótsze wytłumaczenie: moja mama brała ślub w zielonej sukience z Telimeny bodajże, zero koronek, zero tiulu, welonu brak. Sukienka w odcieniu mięty z długimi marszczonymi w mankietach rękawami, przepasana plecionym w warkocz z trzech kolorów zieleni paskiem. Koniec. Gdy nadszedł czas, zdecydowałam się na niebieską kimonową sukienkę z lekkiej koszulowej bawełny, którą uszyłam u Ani Kuczyńskiej. Nie zliczę, ile razy odpowiadałam na pytanie, na czyj ślub się wybieram. Stali Czytelnicy znają tę historię na pamięć. Byłam szczęśliwa, bo pozostałam sobą. Inna sprawa, że nie miałam szczególnych nacisków ze strony rodziny, a stereotypowy „szczególny dzień” naprawdę można świętować bez zbytniej odzieżowej pompy. Ale… Po trzynastu latach od tego fantastycznego wydarzenia myślę sobie, że może jednak fajnie by było wziąć ślub w czymś bardziej ślubnym. Nie to, że żałuję. Zupełnie skądinąd myśl przychodzi. W roku 2005 naprawdę nie było wyboru i na hasło „ślub” stawały przed oczami skomplikowane konstrukcje, tak chętnie zjadane potem przez mole. Mamy rok 2018 (gdyby ktoś zapomniał), a w Polsce dwoi się i troi (i roi) od cudownych sukien i marek, które najwyraźniej postawiły sobie za cel przekonanie takich cyników jak ja. Zwłaszcza że emocje, jakie ślub i jego okoliczności wyzwalają, rzeczywiście potrafią wspomniany zdrowy rozsądek zagłuszyć, a człowiek wierzy, że wszystko ma tylko dwa kolory: czarny lub biały. Zatem suknia ślubna odstrasza i wywołuje alergię, jak w pamiętnym odcinku „Seksu w wielkim mieście” i nie do pomyślenia, by znaleźć kompromis między bezą a czymś totalnie cywilnym. Prawda? Na szczęście totalna nieprawda. Ufff, zaczynamy!

Agatę Wojtkiewicz pamiętam z wybitnych pokazów w Łodzi, zresztą nie raz tu o niej pisałam. Nigdy jednak w aspekcie ślubnym, tymczasem Agata jest prawdziwą mistrzynią tematu. Nowoczesna panna młoda – tak w największym skrócie przedstawiła swoją wizję, gdy spotkałyśmy się już jakiś czas temu przy wieszakach gęsto zapełnionych najpiękniejszymi koronkami i jedwabiami, spomiędzy których wystawała a to biała ramoneska, a to t-shirt z zabawnym napisem. Bo przecież można wziąć ślub w koszulce, kto zabroni królowej nocy? To nie jest walka ze stereotypami, raczej przyjemna alternatywa. Bywa rockowo, bywa romantycznie – bez względu na styl, zawsze jest wygodnie. Suknie szyte są z koronek z manufaktury Sophie Hallette – kto siedzi w temacie, ten wie, że o lepsze już trudno. A kto nie siedzi, niech zajrzy do źródła, bo można odkryć sporo fascynujących rzeczy, a przede wszystkim podejrzeć, jak koronka powstaje. Oferta Agaty Wojtkiewicz to suknie szyte na miarę z kolekcji premium (na razie powstały trzy: Let`s Rock, Ślub w Wielkim Mieście i 4 A.M. Lovers) lub kolekcja JUST. – bardziej przystępna cenowo, gotowa do kupienia, w standardowej rozmiarówce. Polecam też zajrzeć do Bride Store – to sklep przygotowany nie tylko z myślą o pannach młodych, lecz również ich towarzystwie. A oprócz sukni i sukienek weselnych autorstwa projektantki, znajdziemy w nim buty, biżuterię, torebki i bieliznę. Marki? Tylko polskie! Rilke, Yes I Do, Rosa i Malik Ceramik.

Kiedyś to napisałam i podtrzymuję. Gdybym brała ślub teraz, wybrałabym suknię od Moniki Kamińskiej. Nie dlatego, że inne mi się nie podobają. Po prostu ta suknia do mnie przemówiła. Na maxa, jak to się niegdyś podkreślało. Zobaczyłam to zdjęcie i nie mając pojęcia, jak wygląda reszta poza kadrem, byłam zdobyta. Całość obejrzałam w atelier projektantki na Niecałej w Warszawie i pokiwałam głową z uznaniem dla swojej intuicji. Monika zaprojektowała trzy modele, otwarta jest na sugestie klientek. Korzysta wyłącznie z naturalnych tkanin od renomowanych włoskich i brytyjskich producentów. Jeśli tiul, koronka czy kryształki to nie Twoja bajka, leć do Kamińskiej, spodoba Ci się. O pozostałych dziewięćdziesięciu procentach twórczości Moniki będzie tu wkrótce, bo suknie to tylko drobiazg. Jeśli jednak tak się prezentuje niewielka, w zasadzie poboczna część jej pracy, wyobraźcie sobie, jak wygląda meritum!

A może by tak pójść do ślubu… Boso? Krakowska pracownia zaprasza do wspólnego relaksu. Panna młoda wg Boso ma się czuć swobodnie (może właśnie tak, jakby zrzuciła buty po ciężkim dniu i stopami dotykała mięciutkiej trawy?), a jednocześnie wyglądać najpiękniej na świecie. Opcji jest mnóstwo, bo modele w sklepie to sprawa umowna. Można je dowolnie przekształcać, dopasowując do preferencji. Luksusem jest odpowiednio wszyta gumka czy szeroki zakres ruchu rękawa. Sukienka z pewnością nie będzie nas ograniczać. „Nie przebierzemy Cię za Pannę Młodą – sprawimy, że w Dniu Ślubu będziesz sobą!” – czytamy na stronie. Zbyt często zapomina się o najważniejszym. Dobrze, że są miejsca, które o to dbają.

Najpierw zobaczyłam gwiazdy. A potem szybko dodałam do listy marek, tworzonej na potrzeby tego tekstu. Anna Kara nie była mi znana zupełnie, z pomocą przyszedł Instagram. Suknia z poniższego zdjęcia zaczarowała. Może dlatego, że zamiast klasycznych kwiatowych czy nakrapianych koronek mamy rozgwieżdżone niebo? Główne przesłanie? Unikajmy przepychu. Ma być z klasą, ale też niebanalnie. Tak, żeby suknia zapadła na długo w pamięć. W tym dobrym sensie. Udało się, gwiazdy wciąż za mną chodzą. Jest o tyle ciekawie, że bardzo dużo modeli odsłania dekolt w niewielkim lub wręcz zerowym stopniu. Sporo za to dzieje się na plecach. Czyż to nie sprytne? W końcu ile osób widzi przód, a ile tył panny młodej?

Z pewnością w przypadku Warsaw Poet zwracają uwagę zdjęcia – sensualność i delikatność znamienna dla jedynej w swoim rodzaju Soni Szóstak. I wszystko się zgadza, bo to właśnie ona stanęła za obiektywem, by uwiecznić projekty Magdaleny Sochy-Włodarskiej. Jeśli z kolei to nazwisko brzmi znajomo, to znaczy, że znaliście jej poprzednią markę: Moons Varsovie. Już wówczas lekkość i naturalne piękno stawiała na pierwszym miejscu. Miło patrzeć, jak rozwija skrzydła, proponując coraz bardziej złożone, choć wciąż skromne i nieoczywiste kreacje. Spokój i szaleństwo, fascynujące kontrasty, adoracja mocy kobiet – hasła klucze obecne w opisie marki wspaniale nakreślają wizję projektantki. Sukienka do kolan i koronkowa bomberka? Ależ proszę bardzo! A może falisty brzeg dekoltu? Nie ma sprawy. Ślub wydaje się tylko pretekstem do zarzucenia na siebie kawałka porządnej magii.

Ślubne historie to jedna ze specjalności Natalii Siebuły. Możemy wybrać biały garnitur z szerokimi spodniami, jedwabne kimono, ręcznie plisowaną spódnicę i wiele innych. Te ubrania będą gotowe do noszenia także po ślubie: bluzka z powlekanymi guziczkami pójdzie w parze z dżinsami, a satynowa sukienka chętnie wyskoczy na imprezę. Według Natalii do ślubu można pójść z wiklinowym koszyczkiem zamiast bukietu, a zamiast szpilek wybrać wygodne buty na płaskim obcasie. Wszystkie chwyty dozwolone. Do tego luźno i (kontrolowanie) niedbale spięte włosy i jesteśmy gotowe. Ta kolekcja jest pretekstem do poszukiwań poza markami typowo ślubnymi. Bo wystarczy, że spodoba nam się któryś z regularnych modeli – bez problemu możemy go odszyć w ecru, bieli czy jasnym beżu.

Tak, ślubne zamówienia realizują marki pozornie ze ślubami nie kojarzone. Na przykład Elementy. Wiosenno letnia kolekcja aż się prosi o wersje specjalne. Te wszystkie kopertowe sukienki z szerokimi rękawami, szerokie zakładki przy dekoltach, no i materiały: lekkie, przewiewne, jakby nieobecne. Prosi się i doprasza, bo gdy odwiedzałam ich pracownię na warszawskiej Pradze, pod igłami znajdowały się właśnie elementy (sic!) na czyjś ślub. Bo można tam szyć na miarę, czego jestem najlepszym przykładem. Chwila, moment i miałam bluzkę, w którą w sklepie się nie zmieściłam. Fachowe oko pani konstruktorki, dwa centymetry tu i tam, i mamy niby ten sam model, a układa się zupełnie inaczej. Elementy to propozycje dla prawdziwych minimalistek. Nie dość, że oszczędne w kroju, to jeszcze wyprodukowane świadomie, z poszanowaniem wszystkiego, co szanować należy. A jak panna młoda wnikliwa, może poznać dokładne koszty produkcji. Marka nie ma nic do ukrycia.

Za każdym razem, gdy poruszam ślubne tematy, dzielicie się ze mną swoimi pomysłami. Sporo z Was ma podejście co najmniej nietypowe, a ostatnio kilka dziewczyn napisało, że do ślubu poszło w kreacji vintage. Zdarza się, że to vintage po mamie lub babci, ale zdarza też, że gdzieś czeka na nas cudo, które po niewielkich poprawkach zrobi wrażenie niemniejsze niż suknia szyta na miarę. Przypomina mi się już mocno przeterminowany „Seks w wielkim mieście” w pełnym metrażu (niesamowite, jak bardzo silny wpływ miały bohaterki na moje postrzeganie mody w ogóle – i nie tylko moje, wiadomo), gdy główna bohaterka wywołała oburzenie, prezentując skromny kostium bez znanej metki („od nikogo”, jak skomentował organizator jej ślubu), znaleziony w second handzie. Strój miał pod koniec filmu swoje pięć minut i mocne, choć naiwne jednocześnie uzasadnienie. Bo oto wielbicielka wielkich projektantów odnajduje szczęście w urzędzie, odziana w byle co. Tu kryzys, tam globalne ocieplenie i w rezultacie w roku 2018 taka historia nie miałaby prawa się przydarzyć. W każdym razie nie byłoby to „byle co”, tylko niewerbalne zajęcie stanowiska po jedynej słusznej stronie. Gdzie szukać takich perełek? Na to pytanie nie odpowiem. Siła vintage polega przecież na niepowtarzalności. Dwa razy w tym samym miejscu łupu się nie dopadnie. W przeciwieństwie do sieciówek, które podobno też na ślubnym kobiercu się pojawiają. Niesławną suknię ślubną, owoc współpracy Viktora & Rolfa z siecią H&M, która smętnie zwisała z manekina w sklepie na Marszałkowskiej, zbierając kurz i litościwe spojrzenia, pomińmy w tym zestawieniu.

Są i nasi nieśmiertelni: Maciej Zień, Paprocki & Brzozowski, Gosia Baczyńska, Dawid Woliński, a od pewnego czasu MMC czy Łukasz Jemioł. Wszyscy realizują ślubne zamówienia, nierzadko reperując budżet, który w przypadku polskiego projektanta chyba już zawsze będzie problematyczny. Są prawdziwymi specjalistami, do których zgłaszają się klientki z całego świata. Plotki głoszą o niezwykłej sukience, która leciała na Bliski Wschód, mając wykupione miejsce w samolocie, a następnie sponsorując cały pokaz nowej kolekcji. Czy to prawda? Nawet jeśli, nie ma się czego wstydzić.

No dobrze, suknię już mamy, pora na dodatki. Gotowi? Ja jeszcze nie, zatem ciąg dalszy nastąpi.

2 myśli nt. „I że Cię nie opuszczę… cz. 2

Dodaj komentarz
  1. Jeeves

    Ach, 2005, cóż to był za rok, rok również mojego ślubu. I rzeczywiście, gdyby wtedy było tyle tych pięknych sukienek, o których piszesz, pewnie zadecydowałabym inaczej. A tak, po uprzednim doświadczeniu bycia świadkiem na ślubie przyjaciółki w sukni z trenem, wyciągnęłam z piwnicy empirową sukienkę mojej mamy, uszytą przez nikomunieznaną ciotkę-krawcową, zapłaciłam za pranie 14 zł, uzyskałam akceptację zaskoczonej teściowej i poszłam. I tak już idziemy 13 lat. Za jakiś czas można odnowić śluby, bedzie potrzebna ładna sukienka ;-)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *