12

Wrz

Trzy lekcje z Fashion Tech Talks

Wszystko już było i nie ma sensu tego ciągnąć? Każdego w kryzysie twórczym w branży mody chętnie bym zabrała ze sobą na Fashion Tech Talks do Sztokholmu. To jednodniowa konferencja o modzie i najnowszych technologiach, na którą mogłam pojechać w maju dzięki Vogue Polska. Tekst podsumowujący możecie już od paru miesięcy przeczytać na jego łamach. Jeden artykuł to jednak znacznie za mało, by opisać, co działo się przez tych kilka intensywnych godzin. Krótkie wykłady były jak lekcje. Niektóre porywające, inne z obowiązkowym elementem „green washingu” (dziękujemy, H&M). Wszystkie jednak sprowadzały się do słowa „przyszłość”. I to wcale nie taka filmowa, tylko namacalna, jutrzejsza. Wybrałam trzy tematy, które będą najbardziej interesujące dla Czytelników tego bloga. Takie mam wrażenie i taką nadzieję.

Lekcja pierwsza: Tydzień.

Gdy wydawało się, że czas blogów przeminął i cały ciężar zainteresowania przeniósł się na media społecznościowe, one postanowiły pójść pod prąd i stworzyć nowe miejsce w sieci: Semaine. Wymyśliły je Michelle Lu i Georgina Harding. Choć wciąż nie ma konkurencji i siedzi raczej cicho, zapewne już definiuje nowy sposób korzystania z internetu. Można stwierdzić, że Semaine jest bardzo dalekim kuzynem The Selby czy The Coveteur. Kuzyn jednak zdobył znacznie poważniejsze wykształcenie i swoją wiedzą mógłby obdarować jeszcze kilka innych blogów sprzed dekady. Na czym polega wyjątkowość i nowatorstwo Semaine? Łączy w sobie autorskie treści z… platformą sprzedażową. Albo, dokładniej mówiąc, afiliacyjną, bo własny sklep Semaine to zaledwie kilka koszulek i gadżetów (skądinąd bardzo ciekawych, choć mało nowatorskich). Autorskie przez duże A, bowiem każdy tydzień na stronie ma innego bohatera. Bohater dzieli się swoimi pasjami, spojrzeniem na świat, wprowadza do mieszkania albo zabiera na wakacje.

Wśród gości Semaine znaleźli się już Jeanne Damas, Caroline de Maigret, Jean Charles de Castelbajac, Cameron Russell czy Dita von Teese. A nawet Miquela Sousa – awatar, który robi zawrotną karierę w wirtualnym świecie, grając na nosie influencerkom z krwi i kości (o czym za chwilę więcej). Profesja nie gra roli. Chodzi o charakter. Mieć coś do powiedzenia, bez powielania schematów, które nużą coraz bardziej (nie wiem jak Wy, ale ja przestałam rozróżniać większość kont na Instagramie – co gorsza ich prowadzące też coraz bardziej się do siebie upodabniają, ale tu pretensje należy mieć do chirurga plastyka, który najwyraźniej popadł w rutynę). Wracając do sedna, co tydzień możemy poznać nowego człowieka. Powstają krótkie filmy czy podcasty, w których nawet muzyka dokładnie określa, z kim mamy do czynienia. Zmienia się kolorystyka strony i styl zdjęć. Zmienia się oferta produktów, bo są wybierane przez danego bohatera. A jednak całość pozostaje spójna i bardzo charakterystyczna. Weszłam na stronę jeszcze podczas konferencji i wiedziałam, że będę wracać. Zresztą dzięki Semaine wróciła moja miłość do tego typu przedsięwzięć. Trochę się obraziłam na różne blogi, które stały się portalami albo portale, które próbują być na siłę blogowe i „autentyczne”. Ale widzę, że nadchodzi nowa fala, mądrzejsza o doświadczenia i błędy swoich poprzedników. Z wizją, pomysłem i naręczem odpowiednich narzędzi ułatwiających realizację tychże. Narzędzi, o których dziesięć lat temu nawet nie marzyliśmy.

Lekcja druga: Dziś.

AWAYTOMARS, projekt Włocha, Alfredo Orobio, zrzesza projektantów z całego świata. Gdy chciałam mu podpowiedzieć, że w Polsce mamy sporo młodych zdolnych, spojrzał na mnie i rzekł: „Ależ pracuje dla nas sporo osób z Polski”. Dlaczego więc ja nic o tym nie wiem? Męska ambicja zabolała, ale zaraz potem stwierdziłam, że brak tej wiedzy to jedno. Dlaczego ci ludzie się tym nie chwalą – to jest rzecz kluczowa. Być może nie chwalą się, bo zbyt są zajęci robieniem dobrej i odpowiedzialnej mody. Dl a AWAYTOMARS tworzy dziesięć tysięcy osób z całego świata. Orobio chce bowiem tworzyć markę globalną, ale na innych niż ogólnie przyjęte zasadach.  Każdy może się zgłosić do kolektywu, ale aby się tam dostać i wyprodukować własną rzecz, trzeba zostać zatwierdzonym przez główny zespół. Tym bardziej, że kolekcje mają być spójne i zachowywać wspólną estetykę. Przy czym to dość szerokie pojęcie w przypadku tej marki.

Ich siedziba znajduje się w… krypcie kościoła Magnusa Męczennika w Londynie. Już samo miejsce stawia ich daleko od odzieżowych gigantów. Gdy jesienią zeszłego roku otworzyli na dwa miesiące popup store na London’s Borough Market, po sześciu tygodniach zostali bez towaru. Wyprzedało się wszystko i ludzie wołali o więcej. Produkcja odbywa się w Anglii, we Włoszech i Portugalii, czyli praktycznie lokalnie. Podobnie jest z materiałami, uzyskiwanymi i drukowanymi na miejscu. Etyczna moda? Jak najbardziej. Mamy mieszankę poliestru z recyklingu z jedwabiem, swetry ze stuprocentowej włoskiej wełny, koszulki z bawełny organicznej oraz ręczne hafty. Każdy egzemplarz w sklepie jest dokładnie opisany, kraj produkcji jest tu równie ważny co skład materiałowy.  Future fashion created from creative minds all over the world” – czytamy w podtytule na stronie. Orobio lubi przywoływać przykłady dzielenia się kanapą na Airbnb czy samochodem poprzez Uber. Dlaczego nie mielibyśmy dzielić się w podobny sposób własną kreatywnością? AWAYTOMARS jest swego rodzaju platformą, która nam to umożliwia. Wspólne działanie w modzie to rzecz wcale nie nowa, ale dopiero od niedawna jest aż tak silnie podkreślane. Nawet jeśli danej marce przewodzi dyrektor kreatywny, nie umniejsza się pracy pozostałych osób. Być może również stąd coraz częstsza obecność na wybiegach firm odzieżowych, które do tej pory cichutko siedziały w swoich butikach.

Bardzo ciekawe jest też otwarcie na zdanie innych. I to nie dalekie, zbierane przez ośrodki badań społecznych, a potem udostępniane w kosztownych pakietach, ale bezpośrednie. Tak było przy okazji współpracy z brazylijską marką Melissa. W ramach corocznej wrześniowej akcji pt. „Citizens Of Everywhere” AWAYTOMARS zebrał pomysły wszystkich chętnych, by wyprodukować osiem prototypowych par butów. Następnie podczas Londyńskiego Tygodnia Mody odbyło się głosowanie na najlepsze modele, które z kolei miały szanse wystąpić na pokazie marki w Lizbonie. Głosować mógł każdy, kto tylko o tym wiedział. W rezultacie do sprzedaży trafiły trzy oryginalne fasony.

Lekcja trzecia: Jutro.

Krótka grzywka, dwa urocze koczki po bokach, brązowe oczy, piegi. Idealna figura, najmodniejsze ciuchy, kilka udanych kampanii reklamowych Plus niedawno wydana płyta i miliony obserwatorów na Instagramie. Ma dziewiętnaście lat i osiągnęła wszystko, o czym przeciętny, podłączony na stałe do smartfona millenials marzy. Jest tylko jeden szkopuł. Poza siecią Miquela Sousa nie istnieje. Jest awatarem stworzonym przez Trevora McFedries’a i Sarę Decou jako eksperymentalny projekt instagramowy. Oczywiście już dawno wyszedł poza Instagram, choć wciąż nie da się go spotkać osobiście. Z projektem, może już mówmy mu po imieniu, współracuje się doskonale. Miquela nie marudzi, nie ma gorszego dnia, podobno jest wiarygodna. Najwyraźniej, skoro na współpracę z nią decyduje się choćby Prada. Czy influencerki gatunku homo sapiens powinny czuć się zagrożone? Wszak Miquela nie ma problemu z uczestniczeniem w kilku imprezach jednocześnie czy bywaniem na dwóch pokazach zorganizowanych o tej samej godzinie w skrajnych dzielnicach miasta (czy nawet świata). Marka nie musi wydawać ani na jej noclegi, ani na bilety lotnicze, nie musi się też obawiać humorów czy niesłowności. Dziewczyny i tak chcą nosić to, co ona nosi, czesać i malować się jak ona, mieć jej sylwetkę i całą (nieistniejącą przecież) garderobę. Twórcy projektu robią co mogą, by Sousa zachowywała się jak zwyczajna nastolatka, ale nie ma co się oszukiwać. Choć czuje się człowiekiem (co sama podkreśla), ludzkich słabości praktycznie nie posiada. A czy nie chodzi o to, by w jej zawodzie móc być przyklejonym do sprzętu elektronicznego przez dwadzieścia cztery godziny na dobę bez wyrzutów sumienia?

Dziwnym akcentem dziś kończę, zostawiając Państwa z przyszłością sam na sam. Praca domowa? Nie dać się zwariować. Ale też patrzeć otwarcie i nie obawiać się nowych zjawisk. Bo one mówią o nas więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć. Koniec końców to wcale nie jest takie złe.

Zdjęcia: Harel, Semaine, AWAYTOMARS, @lilmiquela.

3 myśli nt. „Trzy lekcje z Fashion Tech Talks

Dodaj komentarz
  1. Domi

    Semaine- tak mi się skojarzyło z Gentlewoman, bo tacy interesujący rozmówcy! A G niestety rzadko teraz czytam. Dzięki za bardzo ciekawy wpis drogi Panie Harel:)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *