28

Wrz

Dlaczego przestałam chodzić na pokazy?

Choć staram się bardzo, nie mogę sobie przypomnieć swojego pierwszego pokazu. Nie pamiętam, co to za projektant, nie pamiętam, co to za miejsce. Ale pamiętam, że byłam zachwycona atmosferą i wszystkim, co wokół się działo. Wspominałam ten moment ostatnio z niemałym rozrzewnieniem, gdy zupełnie przypadkiem trafiłam na pokaz Łukasza Jemioła. Przypadkiem, bo nie dotarło do mnie zaproszenie, ale zabrała mnie ze sobą pewna miła osoba. Tradycyjnie był cyrk z usadzaniem, tradycyjnie usadzający chyba za bardzo nie mieli pojęcia, kto, gdzie i po co. Koniec końców trafiliśmy hen daleko, za wszystkie rzędy, skąd raczej wsłuchiwaliśmy się we fragmenty utworów Pink Floyd niż wpatrywaliśmy w kolekcję. Do czego dążę? Na pewno nie do tego, że zaraz się obrazimy na projektanta i od tej pory będziemy krytykować wszystko, co spod jego igły czy ołówka wyjdzie. Wniosek ten mam już od pewnego czasu i ta sytuacja ostatecznie go potwierdziła. Pokazy mody już dawno nie są skierowane do dziennikarzy. Zwłaszcza w Polsce (choć w innych krajach też nie jest kolorowo, o czym możemy przeczytać choćby w tym artykule). To imprezy firmowe, biznesowe, towarzyskie (niepotrzebne skreślić), podczas których sam moment na wybiegu odgrywa najmniejszą rolę. Nieliczne recenzje pokazów to raczej relacje, bardzo ostrożne i powierzchowne. Zdjęcia? Już kwadrans po zgaśnięciu reflektorów, jeszcze zanim, celebrytki dobiegną do baru, możemy obejrzeć na portalach plotkarskich (i nie tylko), kto był w co ubrany (ewentualnie którą część ciała zabrał ze sobą lub w co sobie wstrzyknął botoks), z kim przyszedł i na kogo krzywo spojrzał. Czy to źle?

Fot. Pixabay

Nie mam prostej odpowiedzi. Spójrzmy sobie na taki temat. Tydzień mody. W Polsce go nie ma. Kropka. Bywał w Łodzi i wydawało się, że dobrze sobie radził. Ale im dłużej trwał, tym mniej mediów zbierał, a więcej afer generował. Potem miał być w Warszawie. I to nie raz, nie dwa. Publikacji na temat polskiego Mercedes Benz Fashion Week było więcej niż zgłoszeń projektantów. Został przesunięty, ale tak bardzo mocno, że wciąż nie widać go na horyzoncie. Dlaczego? Tu chyba będzie łatwo. Tygodnia mody nie potrzebujemy, podobnie jak nie potrzebujemy krytyki. Najwyraźniej.

Pokazy mody w takiej formie, w jakiej się w Polsce odbywają, przypominają zawieranie małżeństwa dla papierów. Wspólne zobowiązania, wspólne interesy, trochę szumu, jak na weselu dla zachowania pozorów. Będzie trochę filmów na Instagramie z naprędce dopisywanymi komentarzami w stylu „to lubie” lub „chce tą spódnice” (pisownia oryginalna), będzie pięć minut w telewizji śniadaniowej, podczas których goście opowiedzą niezwykle ciekawe historyjki ze swojego życia. Niestety lub stety, będzie też przepiękna i dopracowana kolekcja, której odbiór z nielicznymi wyjątkami zostanie sprowadzony do wcześniej zacytowanych słów, ewentualnie zawyrokowania „podoba się” lub „nie podoba”. Ci, którzy pracują w magazynach mody lub pokrewnych, rozkładają ręce. Nie mogą skrytykować. Z różnych względów, najczęściej biznesowych oczywiście. I nie chodzi wcale o zmiażdżenie kolekcji od góry do dołu, ale o fachową, szczerą opinię. Z kolei niezależne ciało blogerskie, że tak się wyrażę, praktycznie wymarło. Odnoszę wrażenie, że wszystko jest przeliczane na zyski lub straty. I nie ma miejsca na nic, co będzie w zupełnie innym koszyku. Na osobiste wrażenia, odczucia, emocje. Nie znaczy to, że u mnie ich kiedykolwiek zabraknie. Budzą się jednak coraz częściej podczas indywidualnych spotkań z projektantami.

Podczas wspomnianego na początku pokazu przywołałam w myślach całkiem prawdziwe historie o zdjęciach krytyków kulinarnych wiszących na zapleczach restauracji. Obsługa ma się nauczyć tych twarzy na pamięć i dobrze traktować. Z jednej strony zabawne i mocno w stylu filmu „Skrzydełko czy nóżka” z Louisem de Funèsem. Ale z drugiej bardzo mądre, nawet jeśli wytwarza potem sztuczne sytuacje. W modzie tego nie mamy. I znów: bo widocznie nie potrzebujemy. Projektant, nawet jeśli ma najlepsze intencje, nie jest w stanie skontrolować całej listy zaproszonych gości. Wielokrotnie słyszałam od samych twórców, że bardzo im zależy na mojej obecności. Ale już potem, gdy próbowałam przekonać pana „na bramce”, że bardzo mi zależy na obejrzeniu kolekcji z bliska, bo będę o niej pisać, spotykałam się z uniesionymi brwiami co najwyżej. Nie mówię o wszystkich sytuacjach, zawsze będę chwalić absolutnie fantastyczny zespół White Noise, który chyba jako jedyny rozwiązuje najtrudniejsze imprezowe łamigłówki. Odkładam też na bok swoje ego, wierzcie lub nie. Bo nie chodzi mi o to, że ktoś mnie zobaczy w trzecim rzędzie i coś sobie pomyśli (a znam takich, dla których to największy ból). Chodzi o czas, który poświęcam, wychodząc wieczorem z domu, mając pewność, że to dobra inwestycja. Wychodzę, dojeżdżam, czekam półtorej godziny, aż opłacona gwiazda dotrze na miejsce, oglądam pokaz, czekam na taksówkę, wracam. W sumie to trwa jakieś trzy godziny. Trzy godziny, podczas których mogłabym odwiedzić projektanta w jego atelier, obejrzeć kolekcję z bliska, spokojnie pogadać, a może nawet coś jeszcze napisać? I to wszystko w świetle dziennym.

Nie piszę tego, by walczyć ze zjawiskiem. Przyjmuję je takim, jakie jest. Show business. Kropka. Nie widzę tam po prostu miejsca dla siebie. Choć jak najbardziej, siłą rzeczy, pozostaję w branży. Szanuję projektantów, szanuję zwyczaj organizowania pokazów. Bardzo lubię takie momenty, w których mogę oglądać na przykład prace młodych twórców, choćby podczas dyplomów krakowskiej SAPU czy konkursu Złota Nitka – gdzie zasiadam w jury. No właśnie, mam konkretne zadanie do wykonania i czuję się na miejscu. Natomiast zupełnie przestałam czuć się na miejscu na tych wszystkich wielkich imprezach, których w każdym tygodniu jest kilka i które w moją pracę niestety niewiele wnoszą. Nie zarzekam się, że już nigdy mnie nie zobaczycie w którejś z wielkich hal na obrzeżach Warszawy. Kto wie? Raczej jednak w tym czasie będę sobie siedzieć w domu i być może pisać o marce, która swój pokaz zorganizuje za kilka lat. Albo i wcale. Bo naprawdę skończyły się czasy, w których pokaz miał dla marki największe znaczenie. W sumie w Polsce to nawet nie zaczęły, ale już nie cisnę i nie dokuczam.

3 myśli nt. „Dlaczego przestałam chodzić na pokazy?

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *