30

Sty

Drapella

Nowa! Świeża! Zaskakująca! Oto jest, trzymana w tajemnicy do ostatniej chwili, inspirowana strojami estradowymi z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, polska marka Drapella. Jej twórczynie znacie dobrze, jeśli tu zaglądacie, choć możecie o tym nie wiedzieć. To Ewa Stepnowska i Adrianna Małyszko z Bodymaps. Prywatnie dziewczyny fascynują się modą vintage i poniekąd właśnie ta fascynacja przyczyniła się do powstania Drapelli. Oraz pewne wesele, na które nie mogły znaleźć sukienki. Któregoś letniego dnia przytaszczyły do butiku na warszawskim Mokotowie swoje łupy z ciucholandów i nagle przyszło olśnienie. Że chcą jeszcze, że chcą więcej, że marzy im się garderoba jak z sopockich i opolskich festiwali, jak z występów Zdzisławy Sośnickiej, Izabeli Trojanowskiej czy Urszuli Sipińskiej w złotych czasach ówczesnych imprez. Nazwa przyszła od razu, funkcjonuje w języku dziewczyn od dawna i, jak same mówią, „oznacza właśnie taką kobietę, jaką wyobrażacie sobie, czytając w myślach drapella – stanowczą, zmysłową, ekstrawagancką, spektakularną, świadomą swojej kobiecości. Drapella błyszczy i nie boi się flirtować z kiczem, a tym bardziej z otaczającym ją światem”.

 

Te nostalgiczne inspiracje to jednak dopiero początek. Drapella to rzecz bardzo świadoma i fair. Jej twórczynie ukuły nawet nowe znaczenie skrótu ASAP: as sustainable as possible, co stanowi podstawę ich strategii. Obok nawiązań do najbardziej bodaj charakterystycznych dekad dwudziestego wieku mamy tu bowiem odpowiedzialność, przejrzystość informacji o pochodzeniu i produkcji nie tylko danej rzeczy, lecz także surowca, z którego powstała. „Robimy to, na co możemy sobie pozwolić w tym momencie, nie tracąc z oczu celu, jakim jest dążenie do używania coraz bardziej ekologicznych rozwiązań w przyszłości. Obecnie, jeśli tkanina jest robiona na nasze zamówienie, decydujemy gdzie i w jakich warunkach przędza przeobrazi się w materiał. W duchu less waste korzystamy z końcówek po innych produkcjach. Mamy pełną kontrolę nad warunkami, w jakich szyty jest ostateczny produkt. Stopniowo, wraz z rozwojem marki, z Waszą pomocą będziemy szukać coraz bardziej zrównoważonych rozwiązań na wszystkich frontach” – podkreślają projektantki.

Same kostiumy kąpielowe przyczyniły się do powstania nowej marki bardziej, niż mogłoby się wydawać. Poszukując materiałów w stylu retro, Ewa i Adrianna odkryły, że żakardy i reliefy wciąż produkuje się w Łodzi. Od tych z lat siedemdziesiątych różnią się tylko lepszym składem. Premierowe modele Drapelli uszyte są właśnie z tych łódzkich surowców. Dziane są one z europejskich przędzy, zawierają przede wszystkim wiskozę, choć także – uwaga – poliester. Lepiej być nie mogło, akurat mam na warsztacie tekst w obronie poliestru (wiem, trudno w to uwierzyć, ale jednak), a tu czytam taką wypowiedź: „Niestety nic na świecie nie jest idealne – żeby nasze tkaniny miały charakterystyczną fakturę i nie gniotące się właściwości, niezbędna jest domieszka poliestru. Dbamy o to, żeby nie była większa niż 30-40%. Sukienki testujemy na sobie i wstawiamy do sklepu, tylko jeśli jesteśmy pewne, że skład nie zepsuje Wam radości z ich noszenia”. 

Drapella to sukienki szyte na zamówienie. Dzięki takiemu modelowi sprzedaży twórczynie unikają nadprodukcji, nietrafionych odszyć czy belek materiałów zalegających latami  w pracowni. Czas oczekiwania wynosi dwa tygodnie, ale czyż nie marzymy, by wreszcie odpocząć od szybkiej mody na rzecz bardziej przemyślanej i rozsądnej? Sama wiem, że gdy się na coś czeka, potem bardziej się to docenia. Ewa i Adrianna nie wykluczają produkowania krótkich serii dostępnych od ręki, na razie jednak skupiły się na pierwszych modelach i uruchomieniu sklepu. Wszystkie produkty są szyte w małej pracowni krawieckiej w Warszawie. Nie ma tu ani zawyżonych marż, ani pracy za grosze. Jest za to wspieranie wszystkiego, co lokalne. Etykiety, metki, pokrowce na sukienki i wieszaki – wszystkie te rzeczy są zamawiane od polskich producentów.

Zostawiam Was z pierwszą, karnawałową odsłoną Drapelli, czekając na więcej. Nie tylko jako wielbicielka polskiej mody. I wielbicielka sukienek. I Bodymaps. Ale też jako kobieta, która właśnie odnalazła w sobie… Drapellę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *