Miesięczne archiwum: Luty 2019

27

Lut

LOVE ON THE SNOW

Bodaj jedną z pierwszych prywatnych informacji, jaką tu Wam lata temu podałam, było przyznanie się do noszenia kalesonów. No, prawie. Chodziło o bieliznę narciarską, która ratowała mi życie w miesiącach zimowych przez długi czas, zanim do Europy wkroczyło Uniqlo z boskimi ocieplaczami HEATTECH. No bo mam na przykład piękną lekką spódnicę, która idealnie pójdzie w parze z wełnianym swetrem i kozakami. Ryzykować zdrowie? Absolutnie nie trzeba. Legginsy, koszulki z rękawem długim i krótkim, w kolorach nienarzucających się, towarzyszą mi do dziś. Choć, przyznaję, nawet te sygnowane nazwiskiem Alexandra Wanga po pewnym czasie wcale tak spektakularnie nie wyglądają. Ba, pewien czas to dość łagodne określenie. Kilka prań i niestety mamy urodę wspomnianych kalesonów. Kobieco? Ach, jeszcze jak! Dlatego zastrzygłam uszami i zamrugałam zauroczonymi oczami natychmiast, gdy doszły mnie wieści, że pewna osoba w Polsce postanowiła połączyć użytkowość z atrakcyjnością i stworzyć bieliznę, która będzie jednocześnie ciepła i seksowna. Niemożliwe? Poznajcie LOVE ON THE SNOW i zmieńcie zdanie.

Czytaj dalej

18

Lut

Żyrafy wchodzą do szafy!

Ubrania, mnóstwo ubrań. Otaczają mnie, tak wybrałam. Czy na pewno był to świadomy wybór? Dziś wiem doskonale, że nie. Zawsze staram się mieć tyle samo ciuchów i tych, które nie noszę, na bieżąco się pozbywać, ale wciąż mam dużo, bardzo dużo. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że statystyczny człowiek nosi w najlepszym razie 20% zawartości swojej szafy. To mnie tknęło. Chyba bardziej niż wszelkie niepokojące prognozy dotyczące nadprodukcji odzieży i wszystkich jej zagrożeń. Mam w domu skarby! Dlaczego z nich nie korzystam? Od tamtego momentu minęło parę lat, już wybieram świadomie, impulsywnych zakupów praktycznie nie dokonuję. A jeśli nawet, to są porządne rzeczy. I noszę zdecydowanie więcej niż 20%. Dlaczego poruszam temat? Nie tylko ze względu na wczorajsze fantastyczne spotkanie z ogromnie świadomymi ludźmi podczas Festiwalu Vogue (o nim będzie innym razem). Ale też dlatego, że równo tydzień temu przemierzałam miasto objuczona jak wielbłąd, aby przekazać część moich wspaniałych ubrań na nadchodzącą imprezę, zatytułowaną „Żyrafy wchodzą do szafy”.

Fot. Pexels

Czytaj dalej

15

Lut

Z rózgą do ślubu

Taki ładny mem ostatnio znalazłam, z prośbą o rozsądne spędzanie Walentynek, bo starczy nam już zodiakalnych Skorpionów. Czy mieści się w nim opcja oświadczyn? Wiadomo, nie ma lepszego pretekstu niż święto zakochanych, żeby podjąć kolejny lekkomyślny krok i zaproponować wspólną podróż przez to przedziwne życie. Ale poważnie już. Zapewne wczoraj padło sporo tych przedwstępnych „tak”, a co za tym idzie, trzeba zacząć się zastanawiać nad ślubną kreacją. O strojach ślubnych pisałam ponownie już jakiś czas temu, pora na akcesoria. I miało być o rzeczach najróżniejszych, ale trafiłam wtedy na Annę Rulecką i jej… ślubne rózgi. Stwierdziłam, że zasługują na osobny tekst, bo czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam.

Czytaj dalej

11

Lut

Veclaim

Kiedy Jessica Mercedes pojawiła się tu po raz pierwszy? Dawno, dawno temu polecałam ją Waszej uwadze, podkreślając, że jeszcze będzie o niej glosno. Skąd to wiedziałam? Czy to słynna harelowa intuicja? A może po prostu natychmiast było widać, że ta dziewczyna dobrze wie, czego chce, w przeciwieństwie do wielu innych blogerek. Gdy pisałam o niej i jej marce kostiumów kąpielowych całkiem niedawno w kontekście influencerek z poważnym planem B, nie miałam pojęcia, że to dopiero początek. Grudzień 2018 roku przyniosl kolejna niespodziankę: Jessica Mercedes Kirschner stworzyła markę ubrań. Poznajcie Veclaim.

Czytaj dalej

4

Lut

D.S. & Durga. Na pamięć.

Jedni mają szczególną pamięć do obrazów, inni do smaku. Ja zdecydowanie idę w dźwięk i zapach. Jedno i drugie potrafi mnie przenieść w dowolne miejsce i czas, zadziałać mocno i dać złudzenie powrotu w takie lub inne okoliczności. Raz w życiu zdarzyło mi się nawet rozpłakać z powodu zapachu pewnych perfum, z którymi miałam jak najgorsze skojarzenia. Wówczas było to okropne, ale wiadomo, jak człowiek ma naście lat, targają nim emocje obce i zaskakujące. Gdy myślę o tym teraz, widzę jedynie potwierdzenie własnej słabości do zapachów. Która, choć słabością się zowie, nie jest niczym negatywnym. Już kiedyś tu pisałam, że któregoś razu zupełnym przypadkiem trafiłam na bliźniacze perfumy moich pierwszych, ukochanych i, rzecz jasna, już dawno nie produkowanych. To było podczas rozmowy z Victorem Kochetovem, właścicielem perfumerii Mood Scent Bar na warszawskim Powiślu. Dzielił się ze mną wiedzą o zapachowych tendencjach Polaków i tym, że bardzo rzadko wybieramy nuty kwiatowe. Ja na to, że od najmłodszych lat właśnie kwiaty najbardziej mnie rozbrajały. Czy to nieodżałowana woda Jackpot, czy potem konwaliowe Diorissimo (obecnie już zbyt słodkie, gust się jednak zmienia). Victor podszedł do jednej z półek i zdjął z niej flakon z napisem „White Peacock Lily”. Kilka sekund później znów był rok 1996, szłam na randkę do Dunkin’ Donuts (przykro mi, tak było!) w kwiatowej sukience z India Shopu i granatowych martensach. Wzruszenie totalne. Lilia to jeden z zapachów D.S. & Durga, w Polsce dostępnych ekskluzywnie w Mood Scent Barze.

Czytaj dalej