Miesięczne archiwum: Kwiecień 2019

30

Kwi

Paris+Hendzel. Above the Springs.

Zaklinamy pogodę. Deszczu być nie może, zwłaszcza gdy Paris+Hendzel prezentuje dwanaście nowych kapeluszy w sam raz na nowy sezon. Wykonanie perfekcyjne, charakter, jak to przy kapeluszach, pozbawiony wad, a na deser rzecz bawełniana oraz słomiane daszki. Nic, tylko ruszać w stronę słońca.

Czytaj dalej

25

Kwi

Polanka. Wiosna 2019

To przyjemność pisać ten tekst podczas Fashion Revolution Week. Bo w końcu właśnie w tym tygodniu szczególnie interesujemy się tym, jak i gdzie powstały nasze ubrania. Pytamy, kto je zrobił i w jakich warunkach. I domagamy się odpowiedzi. Polanka podaje odpowiedź na tacy, zaraz obok naparu z kurkumą i miodem. Jest jedną z najbardziej lokalnych polskich marek, jakie znam. Ubrania powstają tutaj, na miejscu, projektuje je Ania Polańczyk, a wykonanie zamawia u zaprzyjaźnionej krawcowej. I tyle, żadnej filozofii. Gdy trzeba, można zamówić inny rozmiar niż dostępne od ręki (korzystam, polecam) – zostanie pięknie uszyty, w dodatku całkiem sprawnie czasowo. Polanka to sukienki – już tak się utarło i pewnie tak zostanie. Nawet gdyby projektantka chciała nas przekonać do świetnych skądinąd płaszczy czy dziewczęcych koszul, sukienki zawsze będą na pierwszym miejscu. Ach, a propos pierwszeństwa, mam jeszcze jedną przyjemność. Poniższa sesja ukazuje się premierowo właśnie u Harel.

Czytaj dalej

23

Kwi

L 37. Live a life.

Niewiele mamy polskich marek, które wzbudzają aż takie emocje. Czy skrajne nastawienie spowodowane jest poczuciem, że to nasze, tutejsze, więc jesteśmy bardziej krytyczni (lub wręcz przeciwnie – przymykamy na wszystko oko)? Nie znajdę odpowiedzi, to już wiem. Wiem też, że ilekroć poruszę temat L37 u siebie, robi się gorąco. Jakie ja mam nastawienie do marki? Lubię, szanuję, a niektóre modele chętnie noszę (i to od lat!). Ale też obserwuję zmiany, niekoniecznie im przyklaskując. Unowocześnienie projektów? Podążanie za modą? Tak, tak i jeszcze raz tak. Niebezpieczne zbliżanie się do oryginałów zaprojektowanych przez zupełnie inne marki? Z tym mam problem, choć nie będę nikogo rzucać na pożarcie. Najwyraźniej ta strategia się sprawdza, podobnie jak w przypadku wielu innych firm obuwniczych czy odzieżowych. Tych światowych również.

Czytaj dalej

14

Kwi

Messo. Zodiac.

Za co lubię Messo? Kilka lat znajomości tej marki pokazało mi jedno: Messo nigdy nie udaje. Za to doskonale potrafi zająć się tym, co robi najlepiej. Czyli klasyką, aczkolwiek zawsze podaną przez jakiś specyficzny filtr. Były motywy japońskie, bywała brytyjska krata, tajemnicze ogrody i zapracowane miasto. Co tym razem? Zodiak. Ten długo zapomniany budynek w centrum Warszawy, który kilka miesięcy temu odrodził się i praktycznie natychmiast ponownie został okrzyknięty kultowym, był pretekstem do stworzenia kolekcji silnie inspirowanej latami siedemdziesiątymi. Czy by ją nosić musimy wpiąć kwiaty we włosy i poszukać w czeluściach szafy sandałów na koturnie? Bynajmniej!

Czytaj dalej

4

Kwi

Kulta. No Promisses.

A dziś na przekór marka, której trendy nie interesują. Od samego początku istnienia działa tak, by realizować własne wizje, zazwyczaj dalekie od tego, co na wybiegu. Ale ponieważ nie da się żyć w zupełnym oderwaniu, czasem to i owo się zgadza. Natomiast nie ma takiego ryzyka, że zgadzać się przestanie i trzeba będzie odłożyć gdzieś głęboko, by zaczekało na lepsze czasy. Nie mogę powiedzieć, że Kulta jest niemodna. Bo Kulta do najnowszej mody fenomenalnie się dopasowuje, sama się w nią nie angażując. Klasyka? Nic podobnego. Uniwersalność? Może trochę? Ewa Woźniak, twórczyni i projektantka Kulty, przywołuje czasem estetykę skandynawską. Ze szwedzkiego czy fińskiego (w tym drugim „kulta” oznacza „złoto” – i ja bym przez to rozumiała raczej coś cennego niż ozdobnego) Ewa tłumaczy na własny język. Przez kilka lat obecności marki na polskim rynku, sporo kobiet nauczyło się nie tylko go rozumieć, ale także nim mówić.

Czytaj dalej

3

Kwi

Re.Design po raz czwarty

Jak nużą mnie sieciówki i kolejne kolekcje specjalne, tak do Re.Design mam słabość. Słabość, pomimo ułamka wręcz procenta, który kolekcja zajmuje w całym asortymencie, pomimo bardzo ograniczonej dostępności i pomimo świadomości, że ubrań produkuje się i kupuje za dużo. Bo kupować to jedno, ale drugie tworzyć różne światy i historie, które wierzchnią swoją warstwą mają nas zachęcić do konsumpcji, lecz już kolejnymi pod spodem mogą po prostu przyjemnie połechtać nasze zgłodniałe piękna serca i oczy (no dobra, nie będziemy nikomu łechtać oczu, ale wiecie, o co mi chodzi?). Pierwsze wpisy na tym blogu, w 2006 roku, przedstawiały kampanie reklamowe. Od tego zaczęłam. Czy byłam opłaconym medium? Nie. Czy zachęcałam do kupowania tych produktów? Również nie. Chciałam podzielić się tym, co mnie poruszyło, zafascynowało. Kreatywnością ludzi mody i okolic, ujęciami, często poczuciem humoru.

Dziś powracam z Reserved, marką wzbudzającą skrajne emocje, przykładem innych sieciówek czerpiącą z wybiegów czasem zbyt dosłownie (choć, jak dobrze wiemy, ogromniasty kapelusz spopularyzowany przez Jacquemusa  – bardzo podobny do tego z Re.Design – wcale nie był jego autorskim projektem), ale też z zespołem polskich projektantów, którzy tworzą wciąż coraz lepsze kolekcje kapsułowe. Re.Design w rocznym cyklu marki to dwa akcenty, które ogląda się z przyjemnością. Po prostu. A czy trzeba kupować? Zdecydujcie sami.

Czytaj dalej