Miesięczne archiwum: Wrzesień 2019

20

Wrz

Amourette. Niech żyje wygoda!

Sama w to nie wierzę, ale właśnie mijają dwa lata od dnia, w którym otrzymałam nową sylwetkę. Mniej więcej o tej samej porze, późnym popołudniem żegnałam się ze swoim starym biustem, który okazał się o dwie paczki cukru za ciężki. Pięć godzin później obudziłam się totalnie zakręcona, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo moje życie się zmieni. Nie dość, że zaczęłam zupełnie inaczej wyglądać w swoich starych ciuchach, to jeszcze otworzył się wachlarz nowych możliwości, które do tej pory nie były mi dane. Gdy parę tygodni później w przymierzalni dopięłam się w koszulę dwa rozmiary mniejszą niż dotychczas (i w dodatku całkiem nieźle się układała), może nawet wzruszyłam się nieco za mocno, bo nie miałam pojęcia, że czeka mnie tyle niespodzianek. Ale żeby niespodzianki leżały odpowiednio, trzeba było się ponownie zmierzyć i dobrać sobie odpowiedni biustonosz. Znalazłam jakiś zapomniany bon na zakupy w Triumphie, poszłam sprawdzić, czy da się coś wybrać, zostałam otoczona tak wspaniałą opieką pań brafitterek, że postanowiłam zostać z marką na dłużej. Dobry los chciał, że zaraz potem Triumph zaproponował mi współpracę. I tak trwa nasz udany związek, dzięki czemu mogę dawać Wam znać o wszelkich nowościach czy dobrych wieściach. Tym razem chodzi o Amourette. Już nie model (pierwszy powstał w 1954 roku), a całą linię, która na jego bazie powstała. Jest się czym zachwycać.

Czytaj dalej

19

Wrz

Daige. Poznań. Budapeszt.

A gdyby tak na chwilę przenieść się do Budapesztu? Dawno tu nie było nic węgierskiego, chyba od tekstu z 2014 roku, w którym przedstawiłam Wam m.in. Nanushkę (która teraz w świecie mody czy też świecie influencerek jest równie pożądana, co niedawno opisywane Ganni). Tym razem Budapeszt dotarł do mnie z Poznania, a to za sprawą sklepu Concept 21, w którym co i rusz pojawiają się interesujące i niekoniecznie polskie marki. Oto Daige – póki co wciąż niszowa, ale przewiduję, że wkrótce może się to zmienić, jeśli utrzyma styl i poziom. Powstała w odpowiedzialnej odpowiedzi na szybką modę, by niewielkimi nakładami lokalnej produkcji i uniwersalną formą nieco zwolnić w tym szalonym świecie. Efekt? Cieszące oko nieduże kolekcje, powstające w niewielkim studio w węgierskiej stolicy.

Czytaj dalej

12

Wrz

Druga młodość. Ten sam Mandel.

Co zrobić ze starą torebką? Albo z taką, która się zużyje? O ile marka nie prowadzi dożywotniego serwisu gwarancyjnego (a chyba nawet Hermes się na to nie porwał), a notesie z kontaktami nie brak nam sprawdzonego kaletnika, sytuacja robi się ponura. Wyrzucić? W tych czasach, gdy każdemu wyrzucanemu przedmiotowi przyglądamy się trzy razy? A może jednak trzeba było jej nie kupować tych kilka lat temu? I tu nadchodzi marka Mandel ze wspaniałym, nowoczesnym rozwiązaniem. Wprowadza właśnie innowacyjny koncept, mający na celu szerzenie bardziej świadomej i odpowiedzialnej konsumpcji. Akcji towarzyszy kampania wizerunkowa pod jakże wymownym tytułem „Druga młodość. Ten sam Mandel”. I to jaka kampania!

Czytaj dalej

11

Wrz

Berenika Czarnota. Pozdrowienia z Tatr.

Na tę sesję czekałam wyjątkowo niecierpliwie. Tak się złożyło, że wczesne przygotowania do niej miałam okazję śledzić, spędzając nieco czasu z projektantką w Berlinie. Kto jednak myśli, że Berenika zdradziła mi cokolwiek, grubo się myli (tak grubo, jak gruby jest splot zielonego swetra poniżej). Niektóre z projektów były już gotowe, podsłuchałam też coś o Tatrach. I tyle. Nie przebłagałam, Jeśli chodzi o stopniowanie napięcia, proszę iść na lekcje do pani Czarnoty. I wreszcie jest! Rzeczywiście tatrzańska (Białka Tatrzańska, że tak po „bondowsku” sparafrazuję), chłodna, jesienna i jak zwykle doskonała. Warto było się przemęczyć.

Czytaj dalej

9

Wrz

Skide godt! Czyli najbardziej klawe duńskie marki A.D. 2019 cz. 1

Jeśli już w ogóle kupować w sieciówkach, najlepiej zorientować swą uwagę na te skandynawskie. I nie, nie mam na myśli H&M, dla którego rok 2019 jest bardzo ciężki (jak donosił na wiosnę m.in. New York Times) – co zapewne ucieszy niejednego walczącego z systemem koncernu ekologa. Wolałabym skupić się na mniejszych firmach, które – mam nadzieję – dalekie są od ambicji zapełnienia po brzegi ponad czterech i pół tysiąca sklepów na całym świecie. Bo tylu nie otwierają, nierzadko skupiając się przede wszystkim na sprzedaży w internecie, pozostawiając sobie opcje stacjonarne na naprawdę specjalne okazje. Nawet sprzedaż internetowa odbywa się na znacznie mniejszą skalę. I w sumie zastanawiam się, czy wrzucać te wszystkie marki do worka z napisem „sieciówki”. Czy na przykład za dziesięć czy dwadzieścia lat to określenie straci rację bytu? Chyba że zacznie dotyczyć nie sieci sprzedaży, a sieci internetowej. Jakby ich nie nazywać, są zdecydowanie mniejsze, a co za tym idzie, są w stanie kontrolować znacznie więcej, jeśli chodzi o to nasze nieszczęsne środowisko. Nie na tyle, by neutralizować nasze słuszne skądinąd wyrzuty sumienia, lecz przynajmniej na tyle, byśmy mogli się przed zakupem dwa razy zastanowić. Dziś Dania, drodzy Państwo, do zastanowienia się skłaniająca przede wszystkim pod względem cen produktów. Nie będzie tu koszulek za równowartość pięciu euro, nie będzie też dzikich przecen czy „primarkowego” systemu dostaw. Będą za to porządnie skomponowane sezony i to coś, czego ja osobiście bardzo Skandynawkom zazdroszczę, ale zamiast rzucać zawistne spojrzenia, obserwuję z ukrycia i podpatruję różne świetne patenty. Skide godt! – wykrzykuję zatem za bohaterami „Gangu Olsena” i przystępuję do działania (oby było bardziej udane!).

Zdjęcie: Levete Room

Czytaj dalej

5

Wrz

Big Star. Życie zaczyna się po czterdziestce!

Czy wiedzieliście, że marka Big Star w tym roku obchodzi czterdzieste urodziny? Obstawiałabym góra dwudzieste piąte, ze względu na własną o nich świadomość, która circa ćwierć wieku temu właśnie się zrodziła. Ale jednak. Cztery dyszki, czyli o rok więcej niż Harel w tej chwili. Jak było kiedyś? Szpanersko, zdecydowanie. W naszej młodzieżowej świadomości marka nie odstawała od swej ówczesnej konkurencji typu Diesel czy Americanos. Zresztą jak przez mgłę widzę dość częstą wspólną obecność tych trzech w różnych punktach warszawskich w okolicach roku 1996-97. Gdy parę miesięcy temu podzieliłam się z Wami wspomnieniem o Big Starach, okazało się, że sporo z Was ma same dobre, lekko sentymentalne skojarzenia. Że w podstawówce to był obowiązek, inaczej następował rówieśniczy ostracyzm. Albo że to były pierwsze Wasze dżinsy. Albo że znajomy z Anglii do tej pory jak przyjeżdża do Polski, to sobie Big Stary kupuje. I tak dalej, i tak dalej. Gdzieś ten nasz Big Star przepadł na parę dobrych lat, raczej nie podążając za dżinsowymi trendami, moszcząc się wygodnie w tej kategorii stylu, którą sobie swego czasu wypracował. Niejedna marka na tym się przejechała i teraz ledwo zipie, zadowalając jedynie mocno nostalgicznych klientów. Ale nagle, w okolicach czterdziestki, najwyraźniej przyszła jakaś refleksja, bo nam się marka rodzi na nowo.

Czytaj dalej