11

Wrz

Berenika Czarnota. Pozdrowienia z Tatr.

Na tę sesję czekałam wyjątkowo niecierpliwie. Tak się złożyło, że wczesne przygotowania do niej miałam okazję śledzić, spędzając nieco czasu z projektantką w Berlinie. Kto jednak myśli, że Berenika zdradziła mi cokolwiek, grubo się myli (tak grubo, jak gruby jest splot zielonego swetra poniżej). Niektóre z projektów były już gotowe, podsłuchałam też coś o Tatrach. I tyle. Nie przebłagałam, Jeśli chodzi o stopniowanie napięcia, proszę iść na lekcje do pani Czarnoty. I wreszcie jest! Rzeczywiście tatrzańska (Białka Tatrzańska, że tak po „bondowsku” sparafrazuję), chłodna, jesienna i jak zwykle doskonała. Warto było się przemęczyć.

Jesienna kolekcja Bereniki Czarnoty to trochę taka lista jej przebojów, uzupełniona w kilka niezwykle atrakcyjnych numerów. Bez trudu domyślimy się, że skomponował je ten sam artysta, jednak poniosą nas w nieco bardziej odległe niż zazwyczaj strony. Bo są znajome poprzeczne ściągaczowe prążki z półgolfem i balonowymi rękawami. I trójwymiarowe groszki. I znajomy pudełkowy kształt. I celowo pozostawione końcówki włóczki, tworzące barwne i bałaganiarskie frędzle. A jednak do gry weszły zupełnie nowe kolory i trochę więcej artystycznego nieładu. Taka zieleń na przykład, intensywna, wręcz niemożliwa, nabierająca intensywności wcale nie w słońcu, lecz właśnie w takim zamglonym, jesiennym krajobrazie. Albo mocny róż w towarzystwie swej pudrowej wersji i przygaszonego zielonego na przeskalowanym szydełkowym szalu, jakby zszytym z małych kwadratów. Dla towarzystwa ogromna sukienka w kwiaty i kraciasty płaszcz – zapinany asymetrycznie, jak dwurzędowy. Choć rząd tylko jeden.

Gdy zastanawiam się, co wpisać na listę polskich przedmiotów obowiązkowych (zwanych z obca „must have’ami”), sweter Bereniki Czarnoty plasuje się na podium. Nie tylko dlatego, że sama mam już kilka i noszę od wielu sezonów (i wciąż się sprawdzają, czyniąc zimę nieco bardziej znośną), ale przede wszystkim z bardzo prostego powodu: projektantka przywróciła polskiej modzie wiarę w swetry i dziewiarstwo w ogóle. W czasach, gdy debiutowała, sweter pozostawał w cieniu, nierzadko splamiony złą sławą czy to akrylowej przędzy, czy filmowymi występami (słynny świąteczny egzemplarz w niezapomnianej „Briget Jones”). Pamiętam własną reakcję, niechęć do starych babcinych wyrobów, a w zamian miłość do niezbyt ciepłych wersji z Zary. Człowiek nie zastanawiał się ani nad składem, ani nad pochodzeniem takich rzeczy. No i te ręczne robótki miały w sobie jakąś nieprzyjemną patynę, pamięć o czasach, w których nie mieliśmy wyboru. I nagle wyskoczyła taka Czarnota z jedną, drugą, trzecią kolekcją. Niektóre z nich podziwialiśmy na żywo w Łodzi, gdy wnosiły piękną radość na wybieg. Inne już tylko na zdjęciach, ale za to pierwszorzędnych. Znów muszę po angielsku, ale słowa „sky is the limit” najlepiej oddają podejście Bereniki do dziewiarstwa. Da się nowocześnie? Da się nietuzinkowo? I wreszcie: da się lokalnie, etycznie i ekologicznie (choć to doceniamy dopiero od niedawna – lepiej późno, niż wcale)? Odpowiedź jest krótka: da się.

Zdjęcia: Natalia Erdman / Van Dorsen Artists
Fryzura: Marcin Wypych
Modelka: Natalia Maj /  Model Plus
Produkcja: Berenika Czarnota

Jedna myśl nt. „Berenika Czarnota. Pozdrowienia z Tatr.

Dodaj komentarz
  1. Malwina

    Piekne zdjecia ,piekne swetry , ja sama Mämam w szafie dwa swetry od Pani Bereniki, moherowy oraz gruby z welny merino.Jakosc wykonania jest niesamowita.Nowa kolekcja znowu sprawia ze zdecyduje sie na zakup u Pani Bereniki.
    pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *