Dłużej.

Zaczął się właśnie Fashion Revolution Week. W tym tygodniu, a szczególnie 24 kwietnia, wywracamy ubrania na lewą stronę i, umieszczając metkę w wyraźnym miejscu i oznaczając markę w mediach społecznościowych, zadajemy pytanie: kto wykonał moje ubrania? W domyśle pytamy o warunki, w jakich powstały, o wpływ materiału czy barwników na zdrowie ludzi i środowisko, a w końcu o ślad węglowy, który zostawiają za sobą w drodze do naszych szaf.

Photo by Markus Spiske on Unsplash

Celem Fashion Revolution jest świętowanie pozytywnego wpływu mody na świat oraz wszystkich tych, którzy codziennie się do tego przyczyniają. Jako przedsięwzięcie na skalę globalną ma ono także ponownie połączyć poszczególne elementy całego łańcucha dostaw w jedną całość, gdzie każdy pracownik jest ważny i szanowany za swoją pracę. Fashion Revolution Day (24 kwietnia) ma być także momentem na zadawanie pytań firmom o warunki produkcji ich ubrań oraz o sposoby podnoszenia standardów tej produkcji. Fashion Revolution poprzez celebrowanie wielkich i małych historii farmerów, pracowników fabryk, firm i kupców, konsumentów i aktywistów pokazuje reszcie branży, iż zmiany są możliwe – czytamy na polskiej stronie przedsięwzięcia.

Mimo pokojowego wydźwięku słów twórców tej rewolucji, dla niektórych to wspaniały pretekst, by wysunąć ciężką artylerię i wypowiedzieć wojnę tej czy innej sieciówce (najchętniej komentując na Facebooku czy Instagramie z komputera złożonego w Chinach, na starcie skreślając każde działanie drugiej strony). Dla innych okazja, by poobrażać znajomych, wytykając im, że kupują szmaty, nie zastanawiając się nad skutkami tego postępowania (zapominając o własnej kolekcji „szmat” z niedalekiej przeszłości). A jeszcze dla innych niepowtarzalna szansa wrzucenia wszystkich „ekologów frustratów” do jednego worka i wyśmianie ich działań, podczas gdy „my tu się zajmujemy czymś naprawdę ważnym, a ta cała katastrofa klimatyczna to bzdura” (ale dlaczego wciąż nie było deszczu? Przecież już kwiecień!).

Gdzie w tym wszystkim jest Harel? Zadaję sobie to pytanie nie tylko w trzecim tygodniu kwietnia, ale przez cały rok, od lat. Odpowiedź ewoluuje. Nie będę radykalna, raczej obserwuję otoczenie, obserwuję też siebie, swoje reakcje i potrzeby. To, że moda się pogubiła, jest pewne. To, że my się w niej zgubiliśmy – również. Widzę (także u siebie) sporo niekonsekwencji, przymykania oczu na różne zjawiska, ale też chęć prawdziwego dociekania, poszukiwania źródeł tak zwanych faktów (często okazuje się, że faktami wcale nie są), zadawania pytań, zamiast wymyślania gotowych i tendencyjnych odpowiedzi. Nigdy nie będziemy doskonali. Ale zawsze możemy się choć odrobinę postarać.

Nawet teraz, gdy na modę spadł kryzys, jakiego nie zaznała od dekad, nie przestaniemy przecież nosić ubrań. Chodzi o to, by znaleźć na nie nowy sposób. I tak jak całkiem niedawno zachęcałam Was do tego, by kupować mniej, tak dziś poświęcę nieco słów temu, jak korzystać z nich dłużej. Może będzie dość nietypowo, bo tym razem nie będę ani zachęcać do poznania na wylot własnej szafy (swoją drogą zachęcam do odwiedzenia w tej sprawie Sylwii Antoszkiewicz, z którą rozmawiałam o tym niedawno na łamach Vogue Polska), ani do zaprzyjaźnienia się z krawcową (lub chociaż wyposażenia domowej szuflady w igłę, nitkę i podstawowe guziki). Nie. Dziś rozprawię się z niektórymi stereotypami, w które idziemy gładziutko, gdy tylko spojrzymy na metkę. A nie zawsze jest tak łatwo.

Lata zakupów bez sensu nauczyły mnie jednego: potrafię świetnie ocenić jakość ubrania, od pierwszego wejrzenia. Jeszcze zanim zerknę na skład, świetnie wiem, czy daną rzecz będę nosić latami, czy tylko przez miesiąc. W końcu człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach. Chętnie podam dalej, może dzięki temu jednak nauczycie się na moich.

100% kaszmir, 100% merino. Choć brzmi obiecująco i może nawet naprawdę mamy do czynienia ze sto procent surowca w surowcu, sama ta informacja nie gwarantuje jakości. Coraz częściej kaszmirowe elementy pojawiają się w sieciówkach. I zdarza się, że są naprawdę niezłe, w przeważającej większości jednak nie bez przyczyny ich cena jest o wiele niższa niż rzeczy kaszmirowych zazwyczaj. Moim ulubionym przykładem jest marka Uniqlo. W ofercie od lat ma kaszmiry i merynosy we wszystkich kolorach tęczy. Spróbowałam i nie polecam. Z drugiej strony czego mogłam się spodziewać w tej cenie? Na pewno nie cudów. Zawsze sobie przypominam szkocki kaszmirowy sweter, który mój mąż upolował w komisie. Już wówczas był używany, a posłużył jeszcze kolejnych kilkanaście lat, zanim zaczął najzwyczajniej w świecie znikać. Oprócz przetarć, które przez dekady miały prawo się zdarzyć, nie było ani śladu zmęczenia materiału. W przeciwieństwie do trzy razy włożonego granatowego sweterka z Uniqlo właśnie… Jeśli macie ochotę i możliwość wydać nieco więcej na sweter, proponuję rozwiązania z lokalnego podwórka: Minou Cashmere albo B Sides. Te swetry nie gryzą, a będą służyć latami. Jak sprawdzić jakość w sieciówce? To widać, wierzcie mi. Wystarczy dotknąć, zgnieść, sprawdzić, jak dzianina się zachowuje. Kiepski gatunek ma to do siebie, że gdy raz go poznamy, zapamiętamy raz na zawsze.

100% poliester. Zło wcielone? Owszem, lepiej unikać, ale niech ktoś mi pokaże porządną odzież sportową albo solidny biustonosz, które poliestru w składzie nie mają. Do tego dochodzą kurtki zimowe, płaszcze przeciwdeszczowe, a czasem po prostu domieszki do innych włókien, dzięki czemu nasze ubrania zachowują kształt na dłużej. Ba, prawdopodobnie przeżyją nas i nasze dzieci, ale nie wiem, czy o takiej długowieczności ubrań chciałam dziś pisać… Poliestrowej sukienki raczej nie założę (zdarzały się wyjątki, np. z COSa), czytanie składu skutecznie mnie uchroniło przed niejednym zakupem (zwłaszcza online). Czasem serce mocniej zabije i coś przygarnę (ostatnio różowy szeleszczący kombinezon Reserved – nie żałuję), ale to już chyba ostatnie takie podrygi. Zatem jeśli nie jest konieczny, unikajmy, ale nie przekreślajmy całkowicie. Kwestię mikrowłókien przenikających do wody podczas prania pozostawię specjalistom. Wciąż się o to spierają póki co. Jeśli jest na sali ktoś, kto ma naprawdę solidną wiedzę na ten temat (i może podać sprawdzone i wiarygodne źródła), bardzo proszę o zabranie głosu. Ja mogę polecić ten tekst na przykład.

Made in China. Tu mamy dwa rozwiązania. Albo chodzi o jak najtańszą i najszybszą produkcję (chociaż Chiny mają i tak sporą konkurencję w tym temacie), albo o rozwiązania technologiczne, które ciężko znaleźć bliżej. Albo o jedno i drugie. Nie jest pewnikiem, że chińska produkcja to wszystko, co najgorsze. Zależy to bowiem od wielu czynników, choćby od samej fabryki, w której zamawiane rzeczy powstają. Dlatego warto to sprawdzać, zadawać pytania działom CSR albo poszukiwać na własną rękę. Coraz więcej marek udostępnia takie dane, łącznie z linkiem do strony danej fabryki, np. Arket.

Made in Poland. O tym, że w Polsce różnie bywa i rodzima produkcja wcale nie jest tożsama z produkcją etyczną, możemy dowiedzieć się choćby z raportów przygotowywanych przez Clean Clothes Polska. Owszem, miło jest mieć świadomość, że nasze ubranie nie płynęło w kontenerze przez pół świata albo nie zostało uszyte w Bangladeszu, niestety wciąż może nosić w sobie sporo niewiadomych. Tu polecam sięgać po marki etyczne (np. Osnowa, Imprm Studio, GAU, Wearso Organic, NAGO), a jeśli mamy wątpliwości, nie wysnuwać teorii, tylko pytać, pytać i jeszcze raz pytać.

Pranie chemiczne. Tego unikam jak ognia, nawet bardziej, niż poliestru. Tak, wiem, garnitur z cudownej włoskiej wełny nie wytrzyma nawet najłagodniejszej pralki, podobnie jak mięciutki wełniany płaszcz. Ale gdy mam do wyboru sukienkę jedwabną i sukienkę z wiskozy… No cóż, możecie mnie nie naśladować, ale dopóki nie znajdę na metce pozwolenia na pranie ręczne, będzie mnie bardzo ciężko do jedwabiu przekonać. Dlaczego? Poza kwestią negatywnego wpływu takiego prania na środowisko, ja po prostu nie wytrzymuję świadomości, że coś potraktowane nie wiadomo jak ciężkimi chemikaliami, dotyka mojej skóry. O dziwnym zapachu z pralni nawet nie wspominam. Ani o dopłacaniu do takiej rzeczy raz po raz. Zatem jeśli decydujecie się na coś, czego nie możecie wyprać w domu, załóżcie sobie, ile będzie to Was kosztować w niedalekiej przyszłości. I czy nie lepiej wydać te pieniądze na coś innego.

To kilka dosłownie zagadnień, które – choć oczywiste – są bardziej złożone, niż się wydaje. Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w kwestii wyboru ubrań. Czego jestem pewna to to, że nawet ta drobna porcja wiedzy pozwala mi dłużej cieszyć się tym, co do swojej szafy sprowadzam. Nie będę tu wieścić końca szybkiej mody, bo jedyne, co będzie szybkie, to nasz powrót do galerii handlowych, gdy je otworzą… Mogę jednak obwieścić delikatną zmianę spojrzenia na nią, mamy wybór, więc korzystajmy z niego. Uczmy się swoich szaf, tego, co dobrze się nam nosi, a co nie. Kupujmy tylko wtedy, gdy naprawdę czegoś potrzebujemy. I nie dawajmy się wciągać w stereotypowe myślenie. Nie tylko w kwestii tak banalnej, jak zakupy.

10 Komentarze

  • B
    Posted 20 kwietnia 2020 15:19 0Likes

    Ja tylko chciałam dodać, że w przypadku komputerów i technologii ogólnej jest dość ciężko znaleźć etycznie wytwarzaną alternatywę w cenie dostępnej, a modę można zdobyć w lepszy sposób, choćby odkupując od kogoś, więc średnio mi się podoba ten argument, że albo to albo to. I też jednak uważam, że powinniśmy krytykować działania sieciówek. Gdy czytam blogi/instagramy o modzie obecnie dużą uwagę zwracam na ten aspekt. Może i nie będzie mnie stać na ubranie od projektanta, ale wolę etycznego projektanta niż sieciówkę, która swoje działania dyktuje tylko modą i nawet jeśli wypuszcza eko kolekcję, to nadal nie dba o pracowników. Metoda „calling out” w przypadku wielkich korporacji nie wydaje mi się wcale taka zła.
    I chciałam jeszcze zapytać jak sprawdzać etyczność marek polskich (gdzie Fashion Revolution działa trochę słabiej)? W tekście pada kilka nazw, ale jak zostały one sprawdzone?

    • harel
      Posted 20 kwietnia 2020 16:17 0Likes

      Dlatego piszę też, że albo jedno i drugie razem (odnośnie ceny i technologii, bo chyba to mamy na myśli). Zdarza się, że nawet w kwestii produkcji guzików czy suwaków inne kraje bywają znacznie lepiej ogarnięte. Ale nie znam wszystkich przypadków na świecie, zaznaczam temat. „Calling out” – tak, jestem za, natomiast zauważyłam dość częste wywoływanie, ale bez czekania na odpowiedź. Jeśli zostaje nawiązany dialog (sama niedawno miałam okazję to zrobić), to naprawdę super. I mam nadzieję, że będzie się tak działo coraz częściej.
      Co do polskich marek, najczęściej one same chętnie udostępniają wszystkie informacje, od producenta materiałów po miejsce powstawania. Dzielą się certyfikatami, niczego nie ukrywają, bo wiedzą, że im się to po prostu nie opłaca (może brutalne, ale w końcu to biznes, nawet jeśli etyczny – klienci są coraz bardziej wymagający). Te, które dziś opisałam, mają na swoich stronach podane wszelkie możliwe dane.

  • Emilia
    Posted 20 kwietnia 2020 16:50 0Likes

    Na swój własny użytek zrobiłam drzewko decyzyjne. Podstawowe kwestia: nie dla nowych ubrań (wyjątek tylko dla majtek i rajstop). Jeżeli coś nowego, co już się zdarza bardzo rzadko to od krawcowej, chce poznać osobę, która ubranie wykonała. Jeżeli już kupuję ubranie to nie może ono zawierać w składzie choćby domieszki materiałów ropopochodnych, nawet podszewka. Materiały dopuszczalne: wełna, len, bawełna, jedwab, konopie (podobnie jak u Ciebie, rzecz nie może być prana tylko chemicznie jeżeli jest noszona blisko ciała, będzie często prana). Nie mam nic do wiskozy jednak daleko jej do właściwości jedwabiu. Tak wyśrubowane kryteria powodują, że mało kupuję. Zgadzam się w 100%, że kto dotknął chociaż raz kaszmir dobrej jakości nigdy nie da się nabrać na lichą przędzę, Do polowania na swetry z kaszmiru polecam allegro i vinted. Bardzo wiele osób boi się prania wełny i dlatego jej nie kupuję. A wystarczy znać tylko 3 zasady żeby nigdy nie zrobić jej krzywdy.

    • harel
      Posted 20 kwietnia 2020 20:17 0Likes

      Racja, jeśli wełna jest dobra, to odpowiednia pielęgnacja jej nie zaszkodzi. Nawet kaszmir można prać w wodzie w niektórych przypadkach (swetry z Minou na przykład). Co do jedwabiu, on bywa postrzegany jako skrajnie nieetyczny, ze względu na brutalne traktowanie jedwabników (pisałam o tym kiedyś tu: https://harelblog.pl/2016/02/24/w-kregu-zarlokow-czyli-jak-powstaje-jedwab/). Więc nic nie jest czarno białe. Moim zdaniem mówiąc o swoich decyzjach możemy zrobić znacznie więcej dobrego niż wytykając innym ich błędy. To drzewko – wspaniałe!

      • Emilia
        Posted 20 kwietnia 2020 21:01 0Likes

        O tak zgadzam się, pozyskiwanie jedwabiu i wełny jest okrutne. Jednak nie mam żadnego testu na odróżnienie wysokiej jakości wiskozy od tej dennej. Wytykanie jest racja mało skuteczne. Dobry przykład i rada jak ktoś już pyta działają skuteczniej.
        Potrzebne są też działania zmienijące prawo i podatki. Bardzo nie lubię przerzucania całej odpowiedzialności na mnie jako kosumenta. Jasne, staram się nie czekam aż świat się zmieni, bo może nie zdążyć, ale jestem tylko człowkiekiem nie mam wbudowanego kalkulatora który 24/7 waży etycznie każdą moją decyzję. Jestem całym sercem żeby te rozmowy przenieść trochę cieżarem na rozmowy o winę jaką ponoszą korporację.

  • Karola
    Posted 20 kwietnia 2020 19:06 0Likes

    Mi w dialogu na temat etyczności marek wciąż brakuje informacji na temat producenta tkanin. Wiele polskich firm chwali się korzystaniem z naturalnych materiałów i bardzo głośno krzyczy o etycznej modzie, jednak tak jak napisałaś – kaszmir kaszmirowi nie równy. A ja bym chciała mieć świadomość w jakich warunkach pozyskano materiał. W moim przekonaniu podejście skupiające się tylko na tym, że bawełna 100% brzmi lepiej niż poliester strasznie spłyca znaczenie „mody etycznej” i w ten sposób marki tylko mydlą nam oczy. Ot, kolejny trend…

    • harel
      Posted 20 kwietnia 2020 20:14 0Likes

      A to jest bardzo ważne zagadnienie. Zdarza się, że marki same nie wiedzą, jak to do końca z tym materiałem było. Stąd tak istotne są certyfikaty, które choć trochę zawężają kwestię tego, co faktycznie jest np. organiczne, a co nie. Chociaż certyfikaty mnożą się i jeden drugiemu nierówny. Cieszę się, że wkrótce wychodzi książka Joanny Glogazy na ten temat między innymi. Liczę na to, że będzie tam sporo materiałów, dzięki którym jako klienci będziemy mogli się wreszcie porządnie wyedukować.

  • Ivi
    Posted 21 kwietnia 2020 20:34 0Likes

    Tak z ciekawości – A jakie jest Pani podejście do odzieży skórzanej? Szczególnie tej blisko ciała, typu spodnie, koszula czy sukienka? 🙂 sama rozważam od jakiegoś czasu zakup spodni, a ponieważ to wydatek niemały, nie jest łatwo podjąć decyzje… prać ich raczej też się nie da 😉 z drugiej strony odpowiedni model może być klasykiem służącym nam wiele lat…(pod warunkiem utrzymania figury – patrz rozmiaru) ma Pani jakieś w swojej szafie?

    • harel
      Posted 21 kwietnia 2020 20:46 0Likes

      Chyba nigdy nie kupiłam żadnego skórzanego ubrania (noszę skórzane buty i torebki). Nosiłam płaszcze i kurtki vintage z szafy mamy czy dziadka. Nigdy jednak nic blisko ciała. Klasyczna skórzana kurtka – czemu nie? Od paru lat zastanawiam się nad takim klasykiem z All Saints. W sumie kupuje się to raz na całe życie, przynajmniej teoretycznie. Podobają mi się skórzane spodnie, moja mama takie nosi odkąd pamiętam i nie narzeka. Zawsze jednak wygrywają dżinsy.

      • Sylwia
        Posted 21 kwietnia 2020 23:31 0Likes

        Potwierdzam! Gdzieś pod koniec liceum (może to były początki studiów?) ramoneskę z drugiej ręki Topshop na ebay. Służy mi do dziś – teraz mam 33 lata.

Pozostaw swoją odpowiedź

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu