Turtle Story. Continuity.

Tę opowieść poznałam już dawno, nie rozumiałam jednak, co dokładnie kryje się pod sformułowaniem „archiwalne zbiory”, o których Julia, założycielka Turtle Story, mówiła mi, gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy. Owszem, wspominałyśmy złote czasy spinek, które za moment miały powrócić, śmiałyśmy się z tego, jak praktycznie wszystko w modzie wraca i to, co już nosi cała Kopenhaga, zalega w pudłach jej rodzinnej manufaktury. Kształty, kolory, lekko kiczowate zdobienia – to, co właśnie podbijało Instagram i Pinterest, ona świetnie znała z przeszłości. Znała jednak na tyle dobrze, by nie do końca wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze może nabrać cech rzeczy całkiem nowej i nieznanej (no bo jak, skoro praktycznie wszystko w modzie wraca?). A jednak. Po pierwsze: przychodzą nowe pokolenia, dla których taka spinka to rzecz świeżutka niczym organiczny chleb na zakwasie z lokalnej piekarni. A po drugie: wpadliśmy (na własne życzenie zresztą) w taki dziwny czas, który wymaga od nas dokładnego przyjrzenia się każdemu pragnieniu oraz jego ewentualnej realizacji. Spotkałyśmy się z tymi myślami, za co zresztą jestem jej bardzo wdzięczna, ponieważ przy okazji nowej kolekcji pt. „Continuity”, wspomina moją nieustającą akcję #masztowszafie, zakładającą dokładne przyjrzenie się posiadanym rzeczom przed zakupem kolejnej. Wspomina też MaisonCléo, markę niezwykłą, założoną przez Marie Dewet, a wynikającą z jej ruchu #FFF, czyli #FuckFastFashion. Marie zasługuje na osobny wpis, który wkrótce poczynię, na razie jednak wróćmy do spinek i do tego, dlaczego te wszystkie idee spięły się, nomen omen, latem 2020 roku.

Kolekcja „Continuity” być może jest nowa. A może wcale nie? Stworzona z istniejących już elementów, które przez kilkanaście lat czekały, aż ktoś nada im nowe życie. Wycięte kiedyś, farbowane dziś. I to w sposób specjalny, bo w Turtle Story możemy sobie wymyślić praktycznie każdy kolor, a on zostanie każdemu egzemplarzowi nadany w procesie ręcznego barwienia. Wszystko zaczyna się od perłowo połyskującej bazy, potem wchodzi szaleństwo. Błękit? Chiński róż? A może gradientowe przejścia, jak na ogonie syreny? Wszystko jest możliwe.

Nowy czy stary, biały czy czarny, mężczyzna czy kobieta, hetero czy homo? A gdybyśmy sobie wyobrazili świat bez podziałów? Co będzie, gdy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy kontynuacją tego, co już było? Wszyscy równi? – czytamy w opisie kolekcji. Dziś ma to szczególny wydźwięk, bo obudziliśmy się w miejscu, z którym łączyliśmy ogromne nadzieje, ale wszystko wskazuje na to, że zmiany będą zachodzić w innym kierunku, niż byśmy sobie tego życzyli. A z pewnością zmiany dotyczące wspomnianych podziałów. Sporo rozmawiałyśmy nawet o podziale na wiek. Wiek młody i stary, ale też wszystko, co pomiędzy. Pretekstem był dosyć banalny fakt, jak często człowiek słyszy, że na przykład jest za stary na spinki. A że słyszy to jedno, gorzej, gdy przyznaje racje, choć w głębi serca ma ogromną na nie ochotę. Bo przecież nikomu nic do tego. Wiek, płeć, kolor skóry – oby takie sprawy w końcu przestały wpływać na to, jak inni nas oceniają. No dobrze, wiem, nigdy nie przestaną nas oceniać. Zatem przynajmniej niech się tej różnorodności nie boją. I oby nie była to sprawa utopijna.

Fot. Dominika Ozimek

1 Komentarz

  • Jag
    Posted 15 lipca 2020 13:10 0Likes

    Niektóre z tych zdjęć przypominają obrazy mojej ukochanej Georgii O’Keefee (lilia, róża z robaczkiem). Cóż za piękna i dająca oddech kampania. Mam ostatnio wrażenie, że moda też wpadła w ten niski ton niechęci, oskarżeń i podziałów. A to chyba jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jaka nam towarzyszy w codzienności. Mam nadzieję, że chociaż to nam pozostanie.

Pozostaw swoją odpowiedź

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu