SAPU. Dyplomy 2020. Najlepsze kolekcje.

Jak trudny jest to rok, nie muszę nikomu przypominać. A gdy patrzę na dzielnych dyplomantów uczelni artystycznych, podziwiam ich bardziej niż zwykle. W związku z epidemią marcowe dyplomy Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru w Krakowie zostały przesunięte na wrzesień. I to już był pierwszy cios (jak sobie przypominam swój dyplom i wyobrażam, że dosłownie chwilę przed godziną zero ktoś by mi go przełożył o pół roku, robi mi się zimno). Przesunięcie imprezy niestety nie zagwarantowało lepszych czasów, na które organizatorzy mieli zapewne cichą nadzieję. I w rezultacie w tym roku oglądaliśmy dyplomowe kolekcje na dwa sposoby. Część jury zdecydowała się przyjechać na miejsce. Ja pozostałam w grupie, która tym razem oglądała wszystko online. Pytanie: czy można wydać fachową ocenę, nie oglądając prac na żywo? Miałam sporo wątpliwości, ale okazało się, że wysoki poziom poszczególnych kolekcji dało się docenić nawet ze stanowiska przed ekranem komputera (i tu przy okazji pochwała dla organizatorów, bo wszystko działało bez zarzutu). Oceny jury w większości przypadków pokrywały się na tyle, by nie obudzić we mnie bestii.

Jak było? Zaskakująco optymistycznie. Obawiałam się mrocznych, dystopijnych wizji w niemożliwym nadmiarze, wariacji na temat maseczek i dość ponurego komentarza rzeczywistości, skoro dano studentom jeszcze pół roku dodatkowego czasu. Ale nie, nic z tych rzeczy. To był jeden z najbarwniejszych jak dotąd sezonów, przynajmniej za mojej bytności w jury (a, o ile pamięć mnie nie myli, zasiadam w nim już siedem lat). Dziś skupiam się na trzech najlepszych wg mnie kolekcjach. Dopracowanych, pomysłowych i praktycznie gotowych do noszenia zaraz po zejściu z wybiegu. Wiadomo, dyplomy są po to, żeby zaszaleć, a nie nisko kłaniać się konfekcji. Ale – jak widać – z łączenia skrajnych funkcji można wyjść obronną ręką.

Agnieszka Wolnica i kolekcja „Fartuszek” to mój osobisty numer jeden. Rustykalna, z przymrużeniem oka traktująca o wiejskiej estetyce, trochę nostalgiczna, a trochę zabawna, bierze na warsztat tytułowy fartuszek w wielu wydaniach i tworzy z niego nowe formy. Czy to dwuczęściowy komplet w miętową kratę przetykaną kwiatami, czy sukienkę na koronkowej halce, z kieszonką z przodu i falbaniastymi rękawami, czy wreszcie klasyczną, watowaną podomkę, z której projektantka kreuje coś na kształt puchowego płaszcza. Mimo wielości wzorów, wszystko zostało logicznie skomponowane, dodatkowo zaakcentowane mocnym odcieniem fuksji i błękitu. I te ozdoby: falbaneczki, lamówki, kokardki, marszczenia, pikowania – ukłon w stronę domowej kreatywności, która w ostatnim czasie znów odwiedza wybiegi. Jest tu zarówno świetnie zrealizowany tytułowy motyw przewodni, jak i doskonale rozłożone akcenty. Kolekcja nie jest przecież duża, ale odnoszę wrażenie, że mówi wszystko, co miała do powiedzenia. Niczego tu nie zabrakło.

Aleksandra Szcząchor obronną ręką wyszła z patentu tzw. ubraniowych transparentów, spopularyzowanych przez Katharine Hamnett, a przypomnianych nie tak dawno przez Marię Grazię Chiuri u Diora. „Girls just wanna…” to kobiece protesty podane przez pryzmat barwnej postaci Cyndi Lauper, z odniesieniami zarówno do popowych lat osiemdziesiątych, jak i dwudziestego pierwszego wieku, który już zaznaczył się w historii poszukiwaniem coraz to nowych surowców i sposobów na nie. Pastelowe odcienie w połączeniu z napisami, które mogłyby funkcjonować choćby w formie szablonów nanoszonych na mury, wprowadzają równowagę między ważnym przesłaniem a codziennością, którą owe przesłanie powinno zapewniać.

W przypadku Patrycji Segedyn, która zwyciężyła tegoroczny konkurs Cracow Fashion Awards odbywający się w ramach dyplomów, to nie tylko eklektyczna mieszanka kultur, zaskakujące połączenia deseni i barw. To również fenomenalnie zrealizowana sesja wizerunkowa, niebędąca wprawdzie częścią ocenianych przez nas prac, lecz stabilizująca pewien chaos, którego wrażenie miałam, oglądając „La Belleza” na wybiegu. Nie była ona moją faworytką, widząc jednak jej projekty w innym kontekście, nabrałam dużo więcej podziwu. Projektantka porwała się do trudnego zadania. Decydując się na tradycyjne angolskie nadruki, zaryzykowała wrażenie, które roboczo nazywam samograjem. Bo te motywy, barwne, radosne, chętnie odwracają uwagę od meritum, zachwycając już samą swoją obecnością. W takich momentach szczególnie należy zadbać o formę i jakość wykonania. Zakładam, że jury obecne na miejscu jakość tę bezsprzecznie dostrzegło, co – w połączeniu z kreatywnością projektantki – zaprowadziło kolekcję na podium

Wszystkim dyplomantom serdecznie gratuluję. Po takich przygodach każde kolejne przedsięwzięcie będzie już tylko łatwiejsze. Życzę Wam tego z całego serca. Idźcie w świat i poprawiajcie nam humor pięknymi pracami.

1 Komentarz

  • Mariola
    Posted 6 października 2020 22:55 0Likes

    Bardzo ciekawe modele i rzeczywiście większość od razu można ubrać i wyjść na ulicę! Zwykle te pokazy kojarzyły mi się z prowizorką i takim udziwnieniem, że trzeba było czytać z kartki co autor miał na myśli. Teraz już jest na co popatrzeć 😉 Miałam wiele lat temu, w początkach istnienia szkoły przyjemność szyć trochę modeli na takie pokazy i to było nawet ciekawe, choć „moi” projektanci mało odkrywczy. 🤷‍♀️ Ale teraz poziom jest o wiele wyższy!

Pozostaw swoją odpowiedź

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu