Pięć mitów na temat mojej własnej szafy.

I Waszej być może też. Ale po kolei. Z czym Wam się kojarzy spotkanie z osobistą stylistką? Mnie, z całym szacunkiem do tychże, przez długi czas stawały przed oczami obrazy „spektakularnych metamorfoz”, w skrajnych przypadkach prowadzących do tego, że własne dziecko odmienionej matki nie poznawało i na wizji zanosiło się łzami. W szeregu stoją jeszcze: obowiązkowa zamiana „brzydkich płaskich butów” na szpilki, wygodnych dresów obcisłą mini sukienkę czy wreszcie obcięcie „paskudnych mysich loczków”, by zamienić je na zgrabną krótką fryzurkę w odcieniu truskawkowego blondu, którą co rano trzeba wprawdzie układać przez pół godziny, ale za to koleżanki z pracy padną. Coś za coś. Wiadomo, podaję tu przykłady celowo przegięte, ale ponieważ strach naprawdę ma wielkie oczy, gdzieś w głębi zawsze lekko się obawiałam, że jeśli zdecyduję się kiedykolwiek na taką usługę, przestanę być sobą. Brzmi znajomo?

Fot. Kaśka Marcinkiewicz

I nawet ostatnio, gdy pochwaliłam się na Instagramie, że odwiedziła mnie i moją szafę Sylwia Antoszkiewicz, która osobistą stylistką jest, parę osób wyraziło co najmniej zdziwienie, że „się na to zdecydowałam” i że „przecież mam swój styl, po co mi to”. Sama też trochę przeciągałam to spotkanie, choć dobrze wiedziałam, co Sylwia robi i że nie będzie zmuszać mnie do niczego, czego sama nie poczuję. W międzyczasie zmieniłam rozmiar, więc szafę sama zaczęłam porządkować, czy raczej eliminować ubrania, które zrobiły się mocno za duże. W końcu nadszedł TEN moment. Jak było?

Wciąż jestem pod wrażeniem tego spotkania. Choć znamy się długo (jeszcze z czasów, gdy Sylwia współprowadziła, a potem prowadziła markę Lous), a jej własny styl podziwiam, zatem można powiedzieć, że ufam jej wyborom, myśl o konsultacji lekko mnie niepokoiła. No bo jak to? Zostanę poddana jakiejś analizie? A potem będę musiała połowę szafy wyrzucić? Choć przeprowadziłam z Sylwią wywiad na ten temat na łamach Vogue i mniej więcej wiedziałam, jak to wygląda (i że próżno szukać stereotypów w takim spotkaniu), zamknęłam się na długo i uparłam, że moja szafy takiej konsultacji nie potrzebuje. 

Minął jakiś czas od propozycji Sylwii, ja zaczęłam porządkować szafę tak czy inaczej (charakterystyczne pandemiczne zachowanie), sporo rzeczy znalazło nowe właścicielki, niby wszystko się znów ułożyło, ale jednak doszłam do wniosku, że przydałaby się pomoc. Nie to, żebym chciała przeprowadzić rewolucję, ale – gdy półki zrobiły się w połowie puste, a wieszaki wreszcie przestały na siebie zachodzić, stwierdziłam, że sporo z tych pozostałości, które przecież lubię, nie mam z czym połączyć. To był moment, do którego potrzebowałam dojrzeć. Krótka wymiana wiadomości, bo z Sylwią sprawa jest konkretna i w środowy poranek otworzyłam przed nią drzwi i lekko speszone serce. 

Dwie godziny później byłam w stanie szoku. Okazało się bowiem, że z szafy wylatuje jedna sukienka, która po prostu ma kiepski dla mnie fason. Niby wiedziałam o tym od początku, ale tak ładnie wyglądała na modelce (o 20cm ode mnie wyższej i pewnie z 10kg lżejszej, ale kto by się tym przejmował?). Nawet nie musiałam jej przymierzać. Sylwii wystarczył rzut okiem na „trudny dekolt” (faktycznie) i „kolory, które nie współgrają z karnacją, zwłaszcza przy twarzy” (faktycznie!). Na resztę Sylwia w mig znalazła sposób, a ja wszystko dokładnie sobie zapisałam, żeby tych genialnych połączeń nigdy nie zapomnieć.

Przy okazji zderzyłam się z kilkoma przekonaniami, które trzymałam w sobie tak mocno, że nie byłam w stanie wyjrzeć poza nie. Mity, można by rzec, tak chwytliwie. Rozprawiam się dziś z nimi, a Was zapraszam do czytania, bo być może znajdziecie tu inspirację dla siebie.

Mit nr 1: Moja szafa jest czarno szara. 

Okazuje się, że moja szafa jest niezwykle kolorowa. Ponieważ widziałam ją naprawdę w czerniach i szarościach, gdy decydowałam się na nową rzecz, wybierałam kolor, by nieco ją ożywić? Efekt? Nawet nie zauważyłam, jak szarości i czernie zostały wyparte przez naprawdę solidną porcję kolorów i wzorów. Które – mimo pozorów – całkiem nieźle do siebie pasują. Trzeba im było tylko świeżego spojrzenia. Z takim dobrym, analitycznym dystansem. 

Mit nr 2: Dżinsy pasują do wszystkiego.

Owszem, są wyjściem z niemal każdej sytuacji, ale najbardziej leniwym. Taaaak, zgadzam się, poranne lenistwo i chęć jak najszybszego ogarnięcia się spowodowały, że w 90% przypadków sięgałam po dżinsy, choć obok leży sporo alternatyw. Różowe bawełniane spodnie, dwa modele spodni w kratkę, liliowe z talią typu „paper bag”, oliwkowe… Długo by wymieniać. One pójdą ze wszystkim równie dobrze, trzeba tylko pamiętać o ich istnieniu. Jakie to proste…

Mit nr 3: Dwa wzory to już tłok.

Nie jestem z tych, które łączą desenie. Nie i już. Bo to krzykliwe i ryzykowne. Próbowałam kiedyś z kratką, by odtworzyć jedną z moich ukochanych kolekcji Driesa van Notena na wiosnę/lato 2013, ale nie byłam do końca zadowolona z efektu. Tymczasem wystarczyło znaleźć wspólny element dwóch gryzących się pozornie motywów, by odnieść sukces. Nie zdradzam tu żadnych sekretów, sama Sylwia stwierdziła, że patent będzie działać u mnie, ale niekoniecznie u kogoś innego. Bo to po prostu do mnie pasuje. I, choć byłam sceptyczna, rzeczywiście jest dobrze. I nagle bluzka Kenzo x H&M w tysiąc wzorów (upolowana na Vinted, tak swoją drogą) połączyła się z pomarańczową obrusową kratką spodni Reserved. Gdy pokazałam efekt na Instagramie, to właśnie ten zestaw zebrał najwięcej pochwał. Szok.

Mit nr 4: Trzeba się zdecydować na jeden styl. 

To chyba było najzabawniejsze. Byłam bowiem przekonana, że jestem minimalistką. Nie to, że mam mało ubrań. Ale że ubieram się ultra prosto. Poważnie. Tymczasem Sylwia odnalazła w mojej garderobie eklektyzm w stylu Harajuku! Owszem, stonowany do moich warunków geograficznych czy zawodowych, ale jednak. Czyli Japonia. To miło, bo lubię. Ale nie widziałam jej zbyt wyraźnie we własnej szafie. Nie oznacza to jednak, że wspomnianego minimalizmu nie ma. Bo nie da się mnie zaszufladkować – i właśnie to okazało się podstawą mojego stylu.

Mit nr 5: Muszę coś dokupić.

Naprawdę nic więcej nie potrzebuję. Przy hashtagu #masztowszafie skupiałam się bardziej na tym, że nie musimy sięgać po nowe trendy do sklepu, bo zwykle kryją się gdzieś na mniej popularnej półce naszej własnej garderoby. Ale nie spodziewałam się, że nawet trudne ubrania znajdą w tej samej szafie swoich partnerów. Jedyną rzeczą, o jakiej zamarzyłam, okazały się krótsze kowbojki. Dlaczego? Bo Sylwia w takich do mnie przyszła. Okazało się, że kupiła je dwanaście lat temu. A równie boską sukienkę – lat temu pięć. I do tego dążę. Mieć garderobę doskonałą nie na sezon, dwa czy nawet trzy, ale na długie lata. I jestem na bardzo dobrej drodze.

Wnioski? Nawet osobie siedzącej w modzie bardzo mocno i orientującej się na bieżąco, co i jak, profesjonalna stylistka może pomóc. Warunkiem jest prawdziwy profesjonalizm i realne umiejętności, bo pseudoekspertów w każdej dziedzinie mamy zatrzęsienie. Jak się nie przejechać? Nie mam na to prostej odpowiedzi. Sylwię Antoszkiewicz polecałam gorąco jeszcze przed tym doświadczeniem, bo po prostu miałam okazję nie raz obserwować jej pracę. Jeśli mamy wątpliwości, pytajmy o konkrety, dokonania, doświadczenie, osiągnięcia. Osoba, która faktycznie ma się czym pochwalić, nie będzie nam mydlić oczu niedopowiedzeniami. Zwłaszcza że w tych czasach naprawdę można wszystko sprawdzić. Ostrożności w internecie nigdy zbyt wiele.

Pozostaw swoją odpowiedź

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu