Archiwa tagu: akcesoria

27

mar

Zofia Chylak – kolekcja nr 4

Oto ona, jedyna jak na razie projektantka, która stworzyła torbę równie popularną co Shanghai Ani Kuczyńskiej. Bez żadnej przesady, na ten model są zapisy, a gdy pojawia się gdziekolwiek – stacjonarnie lub internetowo – znika szybciej niż przyjechał. Mowa o Zofii Chylak i małym worku z wytłaczanej skóry. Stworzonym w ostatniej chwili jako uzupełnienie kolekcji, nokautującym wszystkie pozostałe, skądinąd równie przyjemne kształty. W czwartej odsłonie swojej przygody z torebkami Zofia Chylak powraca do pierwotnego zamysłu, proponując fasony oszczędne, uniwersalne, uzupełnione w okucia i dyskretne detale. Worek wciąż obecny, dostaje jednak nowy mniejszy rozmiar. Czy będzie kolejny hit?

chylak-mini-bucket-bag-black-crocodile-2-kopia

Czytaj dalej

27

lut

Gift Shop Concept

Kto chodził na wagary do sklepów papierniczych, z podróży przywoził kolejne notesy, a swoje największe skarby trzymał w piórniku? Gdybym mając lat osiem chciała się dowiedzieć, co to jest fetyszyzm, zdecydowanie najlepiej byłoby mi to wyjaśnić na podstawie mojej fascynacji papierem. Karteczki, naklejki, zeszyty, równo zatemperowane kredki, pachnące gumki do ścierania i oczywiście chińskie pióro wieczne – element obowiązkowy. Potem pojawiły się włoskie zeszyty w kwiatki (Pigna, o ile mnie pamięć nie myli), segregatory z kolorowymi wkładami (układało się je tęczowo, żadnych przypadków), tzw. „pióra kulkowe” (potworna obraza dla stalówki) i barwne cienkopisy. Jeszcze na studiach prowadziłam taki segregator i, choć zwyczaje zmieniły się diametralnie w ciągu ostatniej dekady, ja wciąż wolę notatki analogowe (możecie nie wierzyć, ale niektóre teksty na blog mają swoją pierwotną wersję w zeszycie, zapisane piórem wiecznym, rzecz jasna). Choć tematem przewodnim moich najróżniejszych wycieczek jest moda (oprócz odpoczynku) – od obserwacji stylów ulicznych, wystawy w muzeach po… no cóż… drobne zakupy – to jeśli w danym mieście jest jakieś miejsce z papierem, na sto procent tam dotrę. A propos muzeów. Zawsze ogromną przyjemnością jest spotkanie oko w oko z projektami mistrzów, ale równie wielka czeka na mnie zaraz za ostatnią salą. Można narzekać, że to twór czysto marketingowy, bo w stanie uniesienia osiągniętym poprzez obcowanie z wielką sztuką człowiek jest w stanie wydać ostatnie pieniądze na pamiątkę z wystawy, ale ja ani przez moment nie czuję się nabita w butelkę. Chodzi o muzealne sklepy z upominkami. To swoiste „wszystko, czego nie potrzebujesz” inspiruje nie mniej niż obejrzane przed chwilą dzieła, tym bardziej że sukni Chanel raczej nikomu w prezencie nie przywiozę, ale już notes z rzeczoną suknią na okładce jak najbardziej. I tu dochodzimy do sedna, bo oto marka, która najwyraźniej potrafi czytać w myślach moich oraz osób podobnych, trochę na wzór tych muzealnych sklepików, a trochę z nostalgią za papierowymi czasami, wprowadza do swoich sklepów (na stałe!) dział upominkowy. Panie i Panowie, oto & Other Stories i Gift Shop Concept!

Gift Shop_Stories_Stockholm (1)

Czytaj dalej

1

gru

Joanna Klimas dla Gino Rossi

Współpraca goni współpracę. Tym razem wracam na rodzime podwórko, by ogłosić połączenie sił dwóch marek: Joanny Klimas i Gino Rossi. Byłam pewna, że chodzi o buty i nie jestem jedyna. Tymczasem projektantka postawiła na torby – temat sobie nieobcy i doskonale opanowany. Efektem jest zestaw pięciu torebek różnej wielkości, fasonu i przeznaczenia, zmyślnie połączonych stylistyką i kolorystyką. Gino Rossi tylko dyskretnie zaznacza swoją obecność w delikatnym rzucie logo na materiale podszewki. Reszta to estetyka Joanny Klimas w dwustu procentach.

untitled-1

Czytaj dalej

8

lis

MINOU Cashmere

Zaczęło się od mojej pierwszej wizyty w Brukseli. Był rok 2001, a na ulicach dosłownie roiło się od kolorowych szalików. Nosiły je kobiety w czarnych płaszczach i sportowych butach, a swój egzemplarz można było kupić na każdym rogu. Kaszmir! Pashmina! Niepowtarzalne, oryginalne i… zaskakująco tanie. Jakżebym mogła sobie odmówić? Kupiłam więc „kaszmirowy” szal w intensywnym różowym odcieniu, który – jak szybko się okazało – ani za bardzo nie grzał, ani za bardzo nie wyglądał. Wychwalana „pashmina” okazała się ściemą podobnego kalibru jak „pierwszy butik Diora w Warszawie”, tajemniczej tkaniny nie dało się wyprasować, a blask odszedł w zapomnienie jeszcze przed pierwszym praniem. Nie mogłam wtedy wiedzieć o nieuczciwych zabiegach sprzedawców, a przede wszystkim producentów, którzy mianem pashminy określają surowiec, choć jest to tylko typ produktu. Sformułowanie „100% pashmina” na metce sprytnie omijało fakt braku jakiejkolwiek ilości kaszmiru w składzie. Ba, nawet o wełnie można było sobie pomarzyć! Dopiero jakiś czas później zrozumiałam, jak bardzo dałam się nabrać. Czy było pocieszające, że nie ja jedyna? Oczywiście nie kupiłam drugiego szalika, bo… w tamtym czasie mojego życia był po prostu za drogi. Ale obiecałam sobie, że kiedyś sprawię sobie taki klasyk z prawdziwego zdarzenia. Bo autentyczny kaszmir to jakość, której nie da się obejść, a kto raz miał z nim do czynienia, nie nabierze się nawet na najlepszą podróbkę. Przypomniałam sobie o tym wszystkim podczas spotkania z Natalią Rochacką, właścicielką i założycielką marki MINOU Cashmere, która postanowiła wprowadzić na polski rynek ręcznie tkane kaszmiry we wszystkich kolorach tęczy.

minou-cashmere-lookbook-2016-2

Czytaj dalej

4

sie

Molehill

Podróże autobusem bywają lepsze niż oglądanie teledysków. Zwłaszcza gdy siedzi się przy oknie. W uszach gra muzyka, a ja oglądam jak zahipnotyzowana szybko mijające obrazki. Tu plakat koncertu, o którym Facebook milczy, tam nowa knajpa do przetestowania plus najważniejsze: ludzie. Ubrani różnie. Już nie oceniam, co zdarzało mi się w początkach tego bloga, gdy wyobraźnię pobudzały zdjęcia Scotta Schumana, tworząc idealistyczną wizję pięknej (i zawsze modnej) ulicy. Nie przeszkadza mi ani atak gimnazjalnych klonów (normalne zjawisko), ani cekiny od rana (jeśli ktoś lubi…), ani nawet dziesięć pań pod rząd w bestsellerowej tunice Zary (hit blogerek!). Bo zawsze w którymś momencie dostrzegam coś, co niweluje wątpliwej wartości doznania estetyczne. Któregoś wiosennego dnia była to ogromna skórzana torba zawieszona na ramieniu drobnej blondynki. Rzecz wyglądała tak dobrze, że wręcz słyszałam, jak wypomina mi własną niewiedzę. Miesiąc później podczas targów HUSH Warsaw znajoma pragnęła zasięgnąć porady w kwestii wyboru torby i zaciągnęła mnie do stoiska pod nazwą Molehill. Odpowiedź nadeszła, a zaniepokojona ambicja odetchnęła z ulgą.

Molehill

Czytaj dalej