Archiwa tagu: Berlin

23

mar

The Dreamer

Jeśli ktokolwiek z Was ma jeszcze wątpliwości, czy dzianina może być zmysłowa, niech tu biegnie czym prędzej i ogląda najnowsze projekty Bereniki Czarnoty. Byliśmy z nią dosłownie wszędzie. Na surfingu w dalekich krajach, wśród plemion tworzących najpiękniejsze maski na świecie, na nartach, zlocie wielbicieli Volkswagena „garbusa”, w Paryżu i na Bali. Różnorodność inspiracji zawsze układała się w przyjemną całość, już z daleka rozpoznawalną. Zauważyłam już jakiś czas temu, że Berenika prowadzi główny wątek, uatrakcyjniając go co jakiś czas i wprowadzając nieduże zmiany. Bo albo trzyma się podobnej gamy kolorów, albo powtarza pewne elementy kroju, a jednak za każdym razem dowiadujemy się o niej czegoś nowego. Dziś jedziemy do Berlina, który został drugoplanowym bohaterem sesji wizerunkowej. Jak tam jest? Modnie, nawet bardzo modnie. I trochę słodko, a trochę seksownie. „The Dreamer”, czyli marzycielka, nieśpiesznie kroczy po mieście, które nigdy nie śpi. Chyba że w niedzielę, opóźniając wyjście na pięciogodzinny brunch.

BER9

Czytaj dalej

23

sty

Patrizia Aryton x Dawid Tomaszewski

Patrizia Aryton – polska marka z ponad dwudziestopięcioletnią tradycją. Dawid Tomaszewski – jeden z najlepszych polskich projektantów, mieszkający i tworzący w Berlinie. Spotykają się w połowie drogi, między niezawodną klasyką i artystyczną wizją, określaną mianem nowego krawiectwa. Dla niej to pierwsza otwarta współpraca i debiut na rynku niemieckim. Dla niego – kompromis między własną estetyką a oczekiwaniami polskich, zdecydowanie bardziej zachowawczych klientek. Wielka moda wpisana w codzienność – rzecz kiedyś wręcz niepożądana, dziś jeden z głównych nurtów – od poziomu koncepcji aż do końcowego etapu produkcji. W zeszły czwartek efekty przedsięwzięcia zostały zaprezentowane publiczności w Berlinie. Choć tegoroczna jesień daleko, mam ochotę już zacząć odliczać do niej czas.

Patrizia Aryton x Dawid Tomaszewski

Czytaj dalej

3

lip

Harel po berlińsku cz. 2

Gdy mi źle, jadę do Berlina. Gdy mi dobrze – to samo. Nie ma momentu, w którym nie chciałabym tam być, a gdy już jestem, czuję szczęście w najczystszej postaci. Tak się zazwyczaj składa, że jestem tam w okolicach tygodnia mody lub różnych imprez z modą związanych. Ale nie uczestniczę, raczej odpoczywam od tematu, dawkując go sobie w bezpiecznych ilościach. Potem składam obietnicę, że następnym razem uda mi się połączyć jedno z drugim. Ale zbyt mało czasu, zbyt wiele planów. Wizja spędzenia choć pół godziny na pokazie na starcie przegrywa z degustacją tajskich burgerów lub zakupami japońskiego papieru. Na wieść o wyjeździe moi drodzy znajomi zasypują mnie kolejnymi adresami, których nie wypada nie znać. Przez parę lat z miejsc, które sama uwielbiam oraz tych polecanych, złożyłam całkiem rozległą mapę. Więc gdy kolejna osoba wybierająca się do Berlina zgłasza się do mnie z szeregiem pytań, co, gdzie i kiedy, zawsze wiem, co jej odpowiedzieć. Pomysł na ten tekst dość długo we mnie kiełkował. Bo jednak blog o modzie, a ja tu chcę poruszyć tematy dość dalekie. Z drugiej strony będę pisać o mieście, które nigdy z mody nie wychodzi. I może to wystarczy. Od czasu, gdy pisałam tu o nim ostatnio, sporo się zmieniło. Pora na drugą część cyklu. Możecie być pewni, że nie ostatnią. Gotowi?

KARL MARX ALLEE (2)

Czytaj dalej

4

sty

Harel po berlińsku

Gdy niedawno kumpel spytał mnie, gdzie najbardziej chciałabym pojechać (i zabronił zastanawiać dłużej niż dwie sekundy), od razu powiedziałam: „Do Berlina”. Żadne tam ciepłe kraje, nieznane kontynenty czy nawet miasta znacznie bardziej (przynajmniej biorąc stereotypowo) związane z modą. Jeżdżę tam, gdy tylko mogę (ostatnio nie mogłam i bardzo mocno to przeżyłam ;)), wystarczy rano wsiąść w pociąg (z Warszawy jedzie się około sześciu godzin, z Poznania już tylko cztery – zawsze liczę z opóźnieniami, bo za żadnym razem nie udało mi się dojechać punktualnie), a obiad już zjeść z widokiem na taki COS na przykład… :). Choć kto by szedł na obiad, gdy jest tyle do zrobienia…

 

 

Po Berlinie najlepiej poruszać się metrem (U-Bahn) i kolejką miejską (S-Bahn). Sieć linii jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu z Warszawą ;). Ja zawsze swoje pierwsze kroki kieruję do COSa przy Friedrichstrasse 83 (stacja Französische Strasse). Jest to wg mnie najlepszy „cosowy” oddział w mieście, co daje się odczuć podczas przecen. Zdecydowanie najlepszy wybór (albo tak trafiałam po prostu).

 

 

Idąc w kierunku dworca Friedrichstrasse (swego czasu kolejowego przejścia granicznego) po tej samej stronie ulicy pod numerem 90 znajdziemy fantastyczny (i gigantyczny) sklep z książkami i płytami, Dussmann das KulturKaufhaus. To tam kupiłam wymarzony album Face Huntera, a także niezliczoną ilość płyt, których poszukiwałam latami (ale o tym nie tu, może kiedyś założę blog muzyczny, na starość ;)).

 

 

Zaraz za dworcem, po przeciwnej stronie, przy Friedrichstrasse 140 mamy szansę odwiedzić szwedzkie Cheap Monday i Weekday, a także cholernie piękne i cholerne drogie All Saints. Do tego ostatniego warto wstąpić chociażby przez wzgląd na wystrój. Gdy byłam tam ostatnio, cały był ozdobiony starymi maszynami Singera. I nie sądzę, by ktokolwiek chciał się ich stamtąd pozbywać, a wrażenie imponujące, więc koniecznie.

 

 

Jeszcze kawałek dalej, gdy miniemy Szprewę, pod adresem Friedrichstrasse 133 mieści się Lomography Gallery Store, czyli mówiąc po polsku… da się to po polsku? Sklep dla wielbicieli nowej generacji aparatów typu Lomo, gdzie przy okazji można obejrzeć dzieła pasjonatów zjawiska. Nie pytajcie mnie, dlaczego tak dziwnie idą numery ulic. To jest dla mnie zagadka nierozwiązywalna. Może ktoś wie?

 

Gdy cofniemy się metrem do stacji Stadmitte, przeniesiemy w czasy muru berlińskiego (zaraz obok znajduje się Checkpoint Charlie, kolejne przejście graniczne między Berlinem wschodnim a zachodnim), którego śladem można podążyć, kierując się w stronę Potsdamer Platz. Spokojnie, sklepy będą ;). Kto zdesperowany, może jeszcze po drodze wstąpić do Lafayette przy Friedrichstrasse 76/78. Znajduje się w tym rejonie sporo luksusowych butików, swego czasu obejrzałam sobie dokładnie pewne słynne kotki (ktoś je jeszcze pamięta? ;)).

 

 

Zapomniałabym o Taschen! To bajeczne wydawnictwo ma swój sklep firmowy w okolicy, przy Friedrichstrasse 180/184.

 

Idąc w stronę wspomnianej granicy, trafimy na niby słynną Einstein Kaffee, lecz jest z nią taki problem, że mocno się zamerykanizowała i rozbudowała (wszystko przez wszechobecnego Starbucksa) i nie jest wcale tą, za którą się podaje. Ale i tak ją lubię. Ta prawdziwa znajduje się podobno przy Kurfürstenstraße 58 (nie mylić z Kurfürstendamm – ostrzegam, bo mi się to zdarzyło ;)).

 

Im bliżej nieistniejącego muru, tym więcej takich „kramów z pamiątkami”. A im bardziej odległy od Niemiec kraj, tym większe prawdopodobieństwo, że jego turystyczni przedstawiciele włożą na siebie te cudeńka ;).

 

 

Potsdamer Platz i okolice. Raczej komercyjnie, ale latem przepięknie.

 

 

Centrum Sony. Tu można zostawić na przechowanie towarzysza podróży, który nie przepada za ciuchami ;).

 

 

Galeria… handlowa Arkaden (czyli Arkadia chyba? ;)) przy Alte Potsdamer Strasse 7. Polecam ze względu na genialnie zaopatrzony sklep obuwniczy sieci Leiser (tu zawsze znajduję to, czego gdzie indziej już nie było).

 

 

Jeśli nabierzemy ochoty na wspomniany Kudamm, polecam wysiąść na stacji metra Wittenbergplatz. Zarówno wnętrze, jak i budynek z zewnątrz ogromnie cieszą oko (mam nadzieję, że remont już się skończył ;)). Idąc od placu w stronę Kościoła Pamiątkowego (kto nie wie, szybko zorientuje się, o który budynek chodzi), znajdziemy właściwie wszystkie popularne sklepy obecne w Polsce plus dosłownie kilka brakujących. Im dalej, tym bardziej luksusowo. Ja zwykle zawracam na wysokości stacji metra Uhlandstrasse, ponieważ tam zlokalizowany jest kolejny COS (Kurfürstendamm 217). Nigdy nie zaszkodzi sprawdzić różnic w asortymencie ;).

 

 

 

Zaraz obok Wittenbergplatz znajduje się American Apparel (Bayreuther Straße 35). Choć lata świetności ma już za sobą, wciąż lubię tam zaglądać. Gama kolorystyczna ciuchów zwala z nóg, żałuję tylko, że moje ulubione fasony wyszły z produkcji. I niestety nigdy, przenigdy nie ma tam przecen (poprawcie mnie, jeśli się mylę).

 

 

 

Mam wrażenie, że jeśli chodzi o fantazję w modzie, to wygrywa strona wschodnia. Bez względu na to, czy wysiądziemy na stacji Hackescher Markt (która jest kolejnym pięknym budynkiem, fragment na zdjęciu poniżej), Alexanderplatz czy Weinmeisterstrasse, trafimy, gdzie trzeba. Kierujmy się na Rosenthalerstrasse, Münzstrasse, Alte i Neue Alte Schönhauser Straße. Stwierdzam, że nie ma sensu wyszczególniać tu butików, trzeba się przejść i zaglądać, gdzie tylko się da. Wielbiciele odzieży z drugiej ręki powinni zajrzeć do Made In Berlin (Neue Schönhauser Strasse 19) oraz Calypso (Rosenthalerstrasse 23), maniacy dżinsów do True Religion (Münzstrasse 11c) i Mavi (Neue Schönhauser Strasse 3/5). Przy okazji można wstąpić do Acne (Münzstraße 21), choć tu ceny zdecydowanie zniechęcają (lub zachęcają do oszczędzania, jak kto woli ;)). Kto lubi ideę concept store’ów, obowiązkowo powinien odwiedzić imperium Andreasa Murkudisa (ukryte przy Münzstrasse 21).

 

 

Fot. Harel

 

Zdaję sobie sprawę, że to niewiele pośród zakupowych możliwości, jakie daje to przedziwne miasto (na przykład całkiem pominęłam dzielnicę Friedrichshain – lecz ona zasługuje na osobny tekst, który napiszę, gdy odwiedzę ją ponownie), mam jednak nadzieję, że moje wskazówki kiedyś się Wam przydadzą. I lepiej nie piszcie, że właśnie się tam wybieracie, bo będę bardzo, bardzo zazdrosna ;).

22

cze

Byłam w raju…

Cóż to był za dzień… Znalazłam się w miejscu, które spokojnie mogłabym w całości zaadaptować na swoją szafę. Gdy zobaczyłam zdjęcia pierwszej kolekcji COS, wiedziałam, że to coś dla mnie. Ale po kolei. Cóż to takiego COS? To dzieło firmy Hennes & Mauritz. Ideę najlepiej obrazuje odszyfrowany skrót nazwy: Collection of Style. Pierwszy sklep został otwarty w 2007 roku. Obecnie wciąż ich przybywa, choć w Polsce wciąż nie ma ani jednego (oby to się szybko zmieniło!).
Ubrania znacznie różnią się od tego, co oferuje nam H&M. Właściwie nie mają z nim nic wspólnego, oprócz właściciela. Asortyment jest mniejszy, za to jakość znacznie lepsza. A fasony… To trzeba zobaczyć. Jest trochę klasyki, trochę aktualności, a wszystko podane w zaskakujący sposób. Nawet najzwyklejsza mała czarna będzie miała w sobie przynajmniej jeden charakterystyczny element, który odróżni ją od reszty. To może być drobna fałdka materiału czy lekka asymetria. Ale zdarzają się tak odlotowe pomysły jak neonowy suwak wszyty na całej długości. Z przodu wszystko jest grzecznie i klasycznie, a z tyłu… totalne zaskoczenie.
A oprócz ciuchów, które mogłabym kilogramami stamtąd wynosić, znajdziemy też buty, torebki i nieco biżuterii. Wybór niewielki, ale za to wszystko trafione w dziesiątkę. Kto ma okazję, niech zajrzy – przynajmniej na ich stronę.

fot. Harel