Archiwa tagu: Cheap Monday

17

kwi

Cheap, cheap!

Cheap Monday – marka, która wciąż mnie zadziwia. I nie, nie chodzi o sam asortyment, raczej o magiczną zdolność przyciągania mojej uwagi. Bo te rzeczy nie są, że tak się wyrażę, w moim stylu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Kiedyś zdecydowanie chodziło o dostępność (czy raczej niedostępność), luksus posiadania czegoś, co w Polsce w naturalnych warunkach nie występuje ;). Może też pewien snobizm (nie zapomnę wypinania tyłków obleczonych w metki z trupią czaszką w co poniektórych modniejszych lokalizacjach Warszawy kilka lat temu ;) – i nie, ja nie wypinałam, ja należałam do zazdrośnie się przyglądających… tym metkom, rzecz jasna ;)). Ale gdy stały się osiągalne, ten pewien rodzaj fascynacji nie minął.
Przygodę z Cheap Monday zaczęłam od słynnych marmurków – podobnych do tych, których za nic nie włożyłabym w podstawówce. Potem był t-shirt ze wspomnianą czachą, potem tunika, torba, kolejne dżinsy… Wiem, że te ciuchy obecnie w Polsce można dostać w kilku źródłach (w tym w second handach za bezcen), ale ja jestem wierna butikowi Modmod (i nie, to nie jest reklama :)). Chyba że jestem w Berlinie, wtedy kieruję się na Friedrichstrasse. Przy okazji, polecam tę lokalizację w czasie przecen :).
Poniżej fragment kolekcji na obecne wiosnę i lato, ale ja chcę jeszcze na moment wrócić do tego, o czym przed chwilą pisałam. Czy macie tak, że marki, których nie ma w Polsce, są dla Was bardziej atrakcyjne, a gdy się pojawią, na tej atrakcyjności tracą? Wprawdzie Cheap Monday przeczy mej logice, ale zwykle obserwuję u siebie pewien spadek zainteresowania. Czyżby działał tu instynkt łowcy? ;)

 



Zdjęcia: Cheap Monday

4

sty

Harel po berlińsku

Gdy niedawno kumpel spytał mnie, gdzie najbardziej chciałabym pojechać (i zabronił zastanawiać dłużej niż dwie sekundy), od razu powiedziałam: „Do Berlina”. Żadne tam ciepłe kraje, nieznane kontynenty czy nawet miasta znacznie bardziej (przynajmniej biorąc stereotypowo) związane z modą. Jeżdżę tam, gdy tylko mogę (ostatnio nie mogłam i bardzo mocno to przeżyłam ;)), wystarczy rano wsiąść w pociąg (z Warszawy jedzie się około sześciu godzin, z Poznania już tylko cztery – zawsze liczę z opóźnieniami, bo za żadnym razem nie udało mi się dojechać punktualnie), a obiad już zjeść z widokiem na taki COS na przykład… :). Choć kto by szedł na obiad, gdy jest tyle do zrobienia…

 

 

Po Berlinie najlepiej poruszać się metrem (U-Bahn) i kolejką miejską (S-Bahn). Sieć linii jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu z Warszawą ;). Ja zawsze swoje pierwsze kroki kieruję do COSa przy Friedrichstrasse 83 (stacja Französische Strasse). Jest to wg mnie najlepszy „cosowy” oddział w mieście, co daje się odczuć podczas przecen. Zdecydowanie najlepszy wybór (albo tak trafiałam po prostu).

 

 

Idąc w kierunku dworca Friedrichstrasse (swego czasu kolejowego przejścia granicznego) po tej samej stronie ulicy pod numerem 90 znajdziemy fantastyczny (i gigantyczny) sklep z książkami i płytami, Dussmann das KulturKaufhaus. To tam kupiłam wymarzony album Face Huntera, a także niezliczoną ilość płyt, których poszukiwałam latami (ale o tym nie tu, może kiedyś założę blog muzyczny, na starość ;)).

 

 

Zaraz za dworcem, po przeciwnej stronie, przy Friedrichstrasse 140 mamy szansę odwiedzić szwedzkie Cheap Monday i Weekday, a także cholernie piękne i cholerne drogie All Saints. Do tego ostatniego warto wstąpić chociażby przez wzgląd na wystrój. Gdy byłam tam ostatnio, cały był ozdobiony starymi maszynami Singera. I nie sądzę, by ktokolwiek chciał się ich stamtąd pozbywać, a wrażenie imponujące, więc koniecznie.

 

 

Jeszcze kawałek dalej, gdy miniemy Szprewę, pod adresem Friedrichstrasse 133 mieści się Lomography Gallery Store, czyli mówiąc po polsku… da się to po polsku? Sklep dla wielbicieli nowej generacji aparatów typu Lomo, gdzie przy okazji można obejrzeć dzieła pasjonatów zjawiska. Nie pytajcie mnie, dlaczego tak dziwnie idą numery ulic. To jest dla mnie zagadka nierozwiązywalna. Może ktoś wie?

 

Gdy cofniemy się metrem do stacji Stadmitte, przeniesiemy w czasy muru berlińskiego (zaraz obok znajduje się Checkpoint Charlie, kolejne przejście graniczne między Berlinem wschodnim a zachodnim), którego śladem można podążyć, kierując się w stronę Potsdamer Platz. Spokojnie, sklepy będą ;). Kto zdesperowany, może jeszcze po drodze wstąpić do Lafayette przy Friedrichstrasse 76/78. Znajduje się w tym rejonie sporo luksusowych butików, swego czasu obejrzałam sobie dokładnie pewne słynne kotki (ktoś je jeszcze pamięta? ;)).

 

 

Zapomniałabym o Taschen! To bajeczne wydawnictwo ma swój sklep firmowy w okolicy, przy Friedrichstrasse 180/184.

 

Idąc w stronę wspomnianej granicy, trafimy na niby słynną Einstein Kaffee, lecz jest z nią taki problem, że mocno się zamerykanizowała i rozbudowała (wszystko przez wszechobecnego Starbucksa) i nie jest wcale tą, za którą się podaje. Ale i tak ją lubię. Ta prawdziwa znajduje się podobno przy Kurfürstenstraße 58 (nie mylić z Kurfürstendamm – ostrzegam, bo mi się to zdarzyło ;)).

 

Im bliżej nieistniejącego muru, tym więcej takich „kramów z pamiątkami”. A im bardziej odległy od Niemiec kraj, tym większe prawdopodobieństwo, że jego turystyczni przedstawiciele włożą na siebie te cudeńka ;).

 

 

Potsdamer Platz i okolice. Raczej komercyjnie, ale latem przepięknie.

 

 

Centrum Sony. Tu można zostawić na przechowanie towarzysza podróży, który nie przepada za ciuchami ;).

 

 

Galeria… handlowa Arkaden (czyli Arkadia chyba? ;)) przy Alte Potsdamer Strasse 7. Polecam ze względu na genialnie zaopatrzony sklep obuwniczy sieci Leiser (tu zawsze znajduję to, czego gdzie indziej już nie było).

 

 

Jeśli nabierzemy ochoty na wspomniany Kudamm, polecam wysiąść na stacji metra Wittenbergplatz. Zarówno wnętrze, jak i budynek z zewnątrz ogromnie cieszą oko (mam nadzieję, że remont już się skończył ;)). Idąc od placu w stronę Kościoła Pamiątkowego (kto nie wie, szybko zorientuje się, o który budynek chodzi), znajdziemy właściwie wszystkie popularne sklepy obecne w Polsce plus dosłownie kilka brakujących. Im dalej, tym bardziej luksusowo. Ja zwykle zawracam na wysokości stacji metra Uhlandstrasse, ponieważ tam zlokalizowany jest kolejny COS (Kurfürstendamm 217). Nigdy nie zaszkodzi sprawdzić różnic w asortymencie ;).

 

 

 

Zaraz obok Wittenbergplatz znajduje się American Apparel (Bayreuther Straße 35). Choć lata świetności ma już za sobą, wciąż lubię tam zaglądać. Gama kolorystyczna ciuchów zwala z nóg, żałuję tylko, że moje ulubione fasony wyszły z produkcji. I niestety nigdy, przenigdy nie ma tam przecen (poprawcie mnie, jeśli się mylę).

 

 

 

Mam wrażenie, że jeśli chodzi o fantazję w modzie, to wygrywa strona wschodnia. Bez względu na to, czy wysiądziemy na stacji Hackescher Markt (która jest kolejnym pięknym budynkiem, fragment na zdjęciu poniżej), Alexanderplatz czy Weinmeisterstrasse, trafimy, gdzie trzeba. Kierujmy się na Rosenthalerstrasse, Münzstrasse, Alte i Neue Alte Schönhauser Straße. Stwierdzam, że nie ma sensu wyszczególniać tu butików, trzeba się przejść i zaglądać, gdzie tylko się da. Wielbiciele odzieży z drugiej ręki powinni zajrzeć do Made In Berlin (Neue Schönhauser Strasse 19) oraz Calypso (Rosenthalerstrasse 23), maniacy dżinsów do True Religion (Münzstrasse 11c) i Mavi (Neue Schönhauser Strasse 3/5). Przy okazji można wstąpić do Acne (Münzstraße 21), choć tu ceny zdecydowanie zniechęcają (lub zachęcają do oszczędzania, jak kto woli ;)). Kto lubi ideę concept store’ów, obowiązkowo powinien odwiedzić imperium Andreasa Murkudisa (ukryte przy Münzstrasse 21).

 

 

Fot. Harel

 

Zdaję sobie sprawę, że to niewiele pośród zakupowych możliwości, jakie daje to przedziwne miasto (na przykład całkiem pominęłam dzielnicę Friedrichshain – lecz ona zasługuje na osobny tekst, który napiszę, gdy odwiedzę ją ponownie), mam jednak nadzieję, że moje wskazówki kiedyś się Wam przydadzą. I lepiej nie piszcie, że właśnie się tam wybieracie, bo będę bardzo, bardzo zazdrosna ;).

9

mar

Czekając na… poniedziałek!

I wreszcie nadszedł ten moment! Kto zwykł był z utęsknieniem spoglądać w stronę Skandynawii, marząc o ciuchach z północnym sznytem, teraz może swobodnie odetchnąć. Zamiast jechać do Sztokholmu, wystarczy odwiedzić wirtualny sklep Modmod z całkiem realnym (i świeżutkim) asortymentem Cheap Monday (na razie kilka sztuk, wkrótce znacznie więcej)!
Oczywiście nie wszyscy muszą tę markę kojarzyć, jednak osoby śledzące blogi modowe z pewnością będą wiedziały, o co chodzi. Była sobie szwedzka firma Weekday, o której zresztą kiedyś tu pisałam. Zachęcona sukcesami, jakie odnosiła od samego początku, postanowiła wypuścić nową gałązkę. Gałązka była młodzieżowa i dżinsowa, a otrzymała nazwę pierwszego dnia tygodnia. Z wiekiem tak się usamodzielniła, że wyrosło z niej całkiem osobne (i aktualnie sporej postury) drzewko. Tak, marmurkowe rurki, do których wzdychałyśmy, oglądając Style Bytes za czasów największej świetności, były właśnie tej marki. Radość, radość, duża radość!!!

Zdjęcie: Cheap Monday