Archiwa tagu: film

10

cze

Before the show

Pamiętacie ostatni pokaz Tomasza Ossolińskiego? Jeśli tak, to znaczy, że albo byliście zaproszeni, albo oszukujecie. Zdjęć z pokazu nie można było znaleźć nigdzie. Żadnej rejestracji filmowej również. Obowiązywał bezwzględny zakaz fotografowania. Jak się okazało niedawno, to ukrycie przed mediami nie wynikało ani z przewrotności, ani z potrzeby buntu (z pragnienia zachowania prywatności z pewnością nie, bo choć wg krążących wokół informacji, zaproszeni zostali tylko współpracownicy, najbliżsi przyjaciele i klienci projektanta, jeśli zamykają się w trzycyfrowej liczbie, to żadna z tego prywatność). W owym czasie powstawał dokument Judyty Fibiger: „Tomasz Ossoliński. Before the show”. Miałam okazję go niedawno obejrzeć, tym razem grono naprawdę było kameralne. Wśród widzów sam projektant, żywo reagujący na sporą część momentów filmu, co nie pozostanie obojętne na ten tekst, choć może powinno. Powstał obraz, który wzbudził u mnie zainteresowanie znacznie większe niż sam pokaz i zaspokoił ciekawość, która rosła nieprzerwanie od momentu, w którym o minionym pokazie się dowiedziałam.

Wyobraźcie sobie, że możecie towarzyszyć projektantowi w jego pracy. Od spotkań z klientami, doglądania sklepu po (przede wszystkim) przygotowywanie najnowszej kolekcji. Swego czasu marzyłam, żeby spędzić dzień z Miuccią Pradą w jej pracowni. W pewnym sensie dzieło Fibiger moje marzenie spełnia. Obserwujemy proces twórczy. Ale żadnych górnolotnych czy efekciarskich rozwiązań, jak to natchnienie przychodzi z księżyca, a namaszczony artysta szkicuje w romantycznej scenerii. Zero udawania, żadnej ściemy. Obserwujemy najnormalniejszy na świecie cykl pracy. Tworzenie konstrukcji, wykroju, nanoszenie poprawek, wybór materiałów, spotkania z przedstawicielami poszczególnych profesji, pierwsze przymiarki, starcia, sinusoidę stresu… Jest zadanie do wykonania na czas. Czas płynie, człowiek ma swoją wytrzymałość, kreacja artystyczna to jedno, a realizacja – zupełnie inna i często pomijana sprawa. Przyjrzeć się temu od środka to sposobność niecodzienna. Właśnie pociągnięcia tego wątku brakowało mi w opisywanym niedawno filmie Yves Saint Laurent. Zdaję sobie sprawę, że mamy do czynienia z dwoma kompletnie odmiennymi gatunkami filmowymi i ciężko je ze sobą porównywać. Ale jeśli głównym bohaterem jest projektant, to wręcz obowiązek twórców zaprezentować przebieg jego pracy.

I tak się złożyło, że to właśnie „Before the show” oglądałam z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej. To właśnie on mnie porwał. Całkowicie. Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, bo czeka widzów kilka fantastycznych niespodzianek (odnalezienie pewnych zdjęć w opuszczonym biurze zakładów odzieżowych na przykład albo sceny z Anną Poniewierską – nic więcej nie napiszę). Podziwiam otwarcie projektanta i ludzi wokół. Wyobrażam sobie, że nie jest łatwo wpuścić ekipę filmową do swojej codzienności i pozostać takim naturalnym, zwyczajnym sobą. Tu się udało wszystkim bez wyjątku. Gdy oglądam ten dokument, mam wrażenie, że kamery wcale nie było, a główny bohater albo mówi bezpośrednio do mnie, albo znajduje się nieopodal, tak zapracowany i skupiony, że nawet mnie nie zauważa. Reżyserce udało się przemycić do jego świata nie tylko kamerę, ale też wszystkich widzów.

Dla osób siedzących w modzie to pozycja obowiązkowa. Dla tych niesiedzących, ale aspirujących, tym bardziej. Podejrzewam, że ci kompletnie niezainteresowani tematem też mogą się wciągnąć. Bo opowieść fascynuje nie tylko na poziomie mody. A ja zyskałam kolejne marzenie. Chciałabym takie filmy oglądać jako dodatek obowiązkowy do pokazów projektantów. Zawsze.

4

13

Ossolinski_BTS_1
31

37

14

45

Zdjęcia: Vue Movie

2

cze

Yves – za i przeciw

Mam ochotę podzielić ten tekst na dwie części. W pierwszej opisałabym, dlaczego warto iść na film „Yves Saint Laurent”, a w drugiej coś dokładnie przeciwnego. Dlaczego? Bo nie jest to opowieść, którą śledziłabym za każdym razem z zapartym tchem. Lecz jednocześnie to film, na który mogłabym patrzeć godzinami. Dlaczego? Bo jestem wielbicielką mody. I takim jak ja dzieło to sprawi ogromną przyjemność estetyczną. Ilość autentycznych kreacji projektu Yves Saint Laurenta jest powalająca. Stanowią dodatkowe postacie, zresztą każda z nich ma imię, a napisy końcowe powiedzą nam, gdzie aktualnie można je zobaczyć. Ponadto prezentowane są w niezwykłych wnętrzach, pośród równie niezwykłych osobowości. Wszystko jest piękne i dopięte na ostatni guzik. Jednak ludzie modą niezainteresowani mogą poczuć niedosyt informacji, a momentami nawet nudę. Bo do tego filmu trzeba się przygotować. Przynajmniej troszkę. I, szczerze mówiąc, takich filmów nie lubię (chyba że ich tematyka jest mi znana). Na starcie twórcy redukują sobie zadowolonych widzów. Choć nie przeczę, że nawet kompletny laik coś z tego może wynieść.

Wrócę jednak do tego, co w filmie urzeka. Wędrówka od lat pięćdziesiątych do współczesności cieszy i oczy, i uszy. Fryzury, meble, obrazy, kostiumy (oczywiście), zwyczaje danej dekady czy charakteryzująca ją muzyka, kontekst historyczny – to wszystko jest niczym perfekcyjnie odrobiona lekcja. Każda z kolekcji projektanta okazuje się być odpowiedzią na aktualną rzeczywistość. Przesiąknięte są one osobistymi wydarzeniami, stanem ducha, dylematami i szeregiem najróżniejszych uczuć w ogóle. Czy chcemy to wiedzieć? Czy wystarczy doskonały efekt końcowy? Być może Yves – artysta byłby dla widza za mało „ludzki”, za mało „niedoskonały”.

I właśnie ten odarty z jakiejkolwiek prywatności Yves Saint Laurent nie przekonuje mnie zupełnie. Nie jako człowiek sam w sobie, lecz jako bohater stworzony przez scenarzystów czy reżysera, a może też poniekąd przez Pierre’a Bergé – swojego wieloletniego partnera i najbliższego współpracownika. Natychmiast przychodzi mi do głowy myśl, że gdybym była znanym projektantem o dość bujnej przeszłości (nie zawsze w pozytywnym znaczeniu), nie miałabym ochoty dzielić się swoją prywatną historią nawet po śmierci (w sumie gdyby przeszłość nie była bujna, również nie miałabym ochoty). Dlatego zbiegające się z premierą filmu wydanie „Listów do Yvesa” (autorstwa Bergé, a jakże!) zamiast ciekawości dodatkowo wzbudza moją niechęć. Odnoszę wrażenie, że ktoś błędnie ocenił, że przedstawienie artysty przy pracy, bez szczególnych afer na pierwszym planie, słabo by się sprzedawało. Mam coś do napisania na ten temat, ale o tym za kilka dni.

Tournage YSL

Tournage YSL

Tournage YSL

Tournage YSL

Tournage YSL

Tournage YSL

Tournage YSL

Stills © Tibo & Anouchka

4

lis

Metka by Traczka ciąg dalszy

Metka by Traczka jest dla Harel jak siostra. Nie tylko dlatego, że kobiety skrywające się za pseudonimami odnalazły się kilka lat temu i bardzo polubiły prywatnie. To jedna z pierwszych polskich marek, o których tu napisałam. Obecnie blog skupia się na Polsce w dziewięćdziesięciu procentach, ale w tamtych czasach nie było to takie oczywiste. Więc śmiało mogę stwierdzić, że Traczka była jedną z osób, które przyczyniły się do takiego a nie innego sprofilowania bloga. Cieszy więc ogromnie, że marka wciąż istnieje i ma się dobrze (bo nie jest to takie oczywiste. Sporo osób czy firm, o których pisałam pięć czy sześć lat temu, ulotniło się jak kamfora. Na powodach nie ma sensu się skupiać – jest ich mnóstwo, może kiedyś jakiś osobny tekst powstanie). Z domowej manufaktury wyrosła marka znana w najdalszych zakątkach świata. Choć produkcja wzrosła, wciąż zachowuje najwyższe standardy. Pomysł ponadczasowy. Dopóki będziemy podróżować. A to się raczej nie zmieni.

Poniżej powód i pretekst dzisiejszego wpisu. Jeśli zastanawialiście się, jak powstają woreczki podróżne, oto odpowiedź (w tym co najmniej zaskakująca proweniencja groszków). Na poprawę poniedziałkowych humorów.

Pomysł i reżyseria: Karolina fender Noińska / JAJKOFILM
Muzyka i dźwięk: Peter Laut / Sie Zmachasz – Studio Realizacji Dźwięku
Producent wykonawczy: Dominika Konstancja Potocka