Archiwa tagu: Ganni

9

Wrz

Skide godt! Czyli najbardziej klawe duńskie marki A.D. 2019 cz. 1

Jeśli już w ogóle kupować w sieciówkach, najlepiej zorientować swą uwagę na te skandynawskie. I nie, nie mam na myśli H&M, dla którego rok 2019 jest bardzo ciężki (jak donosił na wiosnę m.in. New York Times) – co zapewne ucieszy niejednego walczącego z systemem koncernu ekologa. Wolałabym skupić się na mniejszych firmach, które – mam nadzieję – dalekie są od ambicji zapełnienia po brzegi ponad czterech i pół tysiąca sklepów na całym świecie. Bo tylu nie otwierają, nierzadko skupiając się przede wszystkim na sprzedaży w internecie, pozostawiając sobie opcje stacjonarne na naprawdę specjalne okazje. Nawet sprzedaż internetowa odbywa się na znacznie mniejszą skalę. I w sumie zastanawiam się, czy wrzucać te wszystkie marki do worka z napisem „sieciówki”. Czy na przykład za dziesięć czy dwadzieścia lat to określenie straci rację bytu? Chyba że zacznie dotyczyć nie sieci sprzedaży, a sieci internetowej. Jakby ich nie nazywać, są zdecydowanie mniejsze, a co za tym idzie, są w stanie kontrolować znacznie więcej, jeśli chodzi o to nasze nieszczęsne środowisko. Nie na tyle, by neutralizować nasze słuszne skądinąd wyrzuty sumienia, lecz przynajmniej na tyle, byśmy mogli się przed zakupem dwa razy zastanowić. Dziś Dania, drodzy Państwo, do zastanowienia się skłaniająca przede wszystkim pod względem cen produktów. Nie będzie tu koszulek za równowartość pięciu euro, nie będzie też dzikich przecen czy „primarkowego” systemu dostaw. Będą za to porządnie skomponowane sezony i to coś, czego ja osobiście bardzo Skandynawkom zazdroszczę, ale zamiast rzucać zawistne spojrzenia, obserwuję z ukrycia i podpatruję różne świetne patenty. Skide godt! – wykrzykuję zatem za bohaterami „Gangu Olsena” i przystępuję do działania (oby było bardziej udane!).

Zdjęcie: Levete Room

Czytaj dalej

18

Maj

I że Cię nie opuszczę… cz.1

Przyznam się Wam do czegoś. Nie znoszę wesel. Całą sobą nie znoszę i dostaję alergii, gdy wyciągam ze skrzynki kolejne zaproszenie. Są oczywiście wyjątki, gdy przyjaciele decydują się na ten nierozważny krok (i mam na myśli wesele, nie ślub), cieszę się razem z nimi i jestem w stanie przetrwać ciąg idiotycznych konkursów prowadzonych przez nawet najbardziej sfrustrowanego swoją pracą wodzireja. Mój brak sympatii dla tego typu imprez wynika być może z przekonania o ich małej przydatności. Nie spotkałam osoby, która byłaby w pełni ze swojego wesela zadowolona. Ani takiej, która organizowałaby je z radością i bez stresu. Mam wrażenie, że to schemat, w który sami się na siłę wpisujemy, podobnie jak niemieszcząca się w drzwiach suknia ślubna czy miesiąc miodowy na kredyt. Gdy wiele lat temu pokazałam sukienkę, w której brałam ślub (sukienkę, nie suknię, zdecydowanie), otrzymałam mnóstwo wiadomości, wyrażających głównie zachwyt moją odwagą. Odwagą? Tak, bo zrobiłam coś inaczej niż tradycja nakazuje. Akurat o przełamaniu czy buncie wówczas nie myślałam, po prostu zakochałam się w sukience Ani Kuczyńskiej od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że to właśnie w niej chcę powiedzieć „Tak!”. Przecież to mój dzień, na moich warunkach, to ja mam się dobrze czuć. Proste? Niekoniecznie. Podobnie wygląda sprawa ze strojami weselnymi. Rokrocznie unikałam tego tematu jak mogłam, bo moja opinia jest krótka: ubierz się na wesele dokładnie w to, co chcesz. W tym roku postanowiłam jednak trochę ją rozwinąć, a że mam świetne miejsce, gdzie mogę to zrobić, zapraszam serdecznie do czytania.

R1-03366-003A 001Fot. & Other Stories

Czytaj dalej

8

Kwi

Siedem marek odzieżowych, których potrzebujemy w Polsce

To już standard. Jeśli zwracam uwagę na czyjś ciuch, zazwyczaj okazuje się, że nie można go kupić w Polsce. To taki radar, którego nie potrafię wyłączyć. Bo to, co dzieje się u nas, mam uporządkowane i pogrupowane w głowie na wszelkie sposoby. Potrafię w kilka sekund bezbłędnie określić pochodzenie danej rzeczy – nie tylko markę, ale bardzo często sezon. Ot, skutek uboczny przyglądania się twórczości projektantów i koncernów. Posiadanie czegoś, co nie od razu będzie w naszym zasięgu, w czasach globalizacji mody urosło do rangi nowego snobizmu. Najbliższe źródło świeżych i nieobecnych na naszym rynku marek mamy w Berlinie. Im dalej na Zachód, tym lepiej, choć i Południe ma nam coś do zaoferowania, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej