Archiwa tagu: harel w terenie

6

sty

Mood Scent Bar

Był rok 1996 i bez żadnego szczególnego powodu mój tata postanowił kupić mi perfumy. Choć zaskoczona, świetnie wiedziałam, które wskazać. Moją ulubioną marką był w owym czasie Jackpot (chyba jeszcze jako linia Carli Gry, nie osobny byt) i tak się składało, że prócz kraciastych koszul i kwiecistych sukienek w ofercie miał perfumy. Okrągły flakon z mlecznego szkła z długim metalowym korkiem, ozdobiony charakterystyczną grafiką różowo czerwonego kwiatu, krył w sobie najpiękniejszy zapach, jaki do tamtej pory spotkałam. Kwiatowy, wiadomo, ale zmieszany z czymś jeszcze, co czyniło go nieprzesłodzonym, świeżym i uroczym. Szybko wplótł się w cudowne wspomnienia z owego czasu, na tyle silnie, że gdy znalazłam próbki wiele lat później (niestety po jego nieodwołalnym wycofaniu), wrócił nie tylko klimat, ale konkretne rozmowy, pogoda, a nawet ubrania, które wtedy nosiłam. I uczucia, oczywiście, co nie zmieniło się do dziś. Od tamtej pory każdy kolejny zapach rozpoczynał i zamykał jakiś etap w moim życiu. A ponieważ w liceum tych etapów bywa wiele (bo człowiek sam je sobie wyznacza – najprostszy przykład: od jutra zmieniam styl – i zmieniałam), liczba buteleczek na moim biurku rosła. Fascynowały mnie zarówno owocowe wody toaletowe z Yves Rocher (brzoskwiniową pachniały wakacje 1998), wszystkie odmiany Salvadora Dali, jak i klasyki (konwaliowe Diorissimo kocham do dziś, choć niekoniecznie na sobie). Aż pewnego dnia w perfumerii na Nowym Świecie, która wtedy nie była jeszcze Sephorą, lecz częścią Empiku, odnalazłam perfumy swojego życia. Zabawne, że byłam tego pewna, mając dziewiętnaście lat. Nie myliłam się, używam ich do dziś. Sprawiłam je sobie w prezencie po dostaniu się na studia.

mood-scent-bar

Czytaj dalej

3

lip

Harel po berlińsku cz. 2

Gdy mi źle, jadę do Berlina. Gdy mi dobrze – to samo. Nie ma momentu, w którym nie chciałabym tam być, a gdy już jestem, czuję szczęście w najczystszej postaci. Tak się zazwyczaj składa, że jestem tam w okolicach tygodnia mody lub różnych imprez z modą związanych. Ale nie uczestniczę, raczej odpoczywam od tematu, dawkując go sobie w bezpiecznych ilościach. Potem składam obietnicę, że następnym razem uda mi się połączyć jedno z drugim. Ale zbyt mało czasu, zbyt wiele planów. Wizja spędzenia choć pół godziny na pokazie na starcie przegrywa z degustacją tajskich burgerów lub zakupami japońskiego papieru. Na wieść o wyjeździe moi drodzy znajomi zasypują mnie kolejnymi adresami, których nie wypada nie znać. Przez parę lat z miejsc, które sama uwielbiam oraz tych polecanych, złożyłam całkiem rozległą mapę. Więc gdy kolejna osoba wybierająca się do Berlina zgłasza się do mnie z szeregiem pytań, co, gdzie i kiedy, zawsze wiem, co jej odpowiedzieć. Pomysł na ten tekst dość długo we mnie kiełkował. Bo jednak blog o modzie, a ja tu chcę poruszyć tematy dość dalekie. Z drugiej strony będę pisać o mieście, które nigdy z mody nie wychodzi. I może to wystarczy. Od czasu, gdy pisałam tu o nim ostatnio, sporo się zmieniło. Pora na drugą część cyklu. Możecie być pewni, że nie ostatnią. Gotowi?

KARL MARX ALLEE (2)

Czytaj dalej

16

lip

Kalendarz YES 2016

Warszawa. Tor wyścigów konnych Służewiec. Przeszkloną przestrzeń trybun wybudowanych w 1939 roku tym razem zapełnił nie tłum rozentuzjazmowanych graczy, lecz spory zespół pracujący nad zdjęciami do Kalendarza YES 2016. Na kawiarnianych stolikach czekały na swoją kolej prototypy biżuterii na przyszły sezon, a obok kas stanął sprzęt fotograficzny. To jedna z kilku lokacji zdjęciowych, które do niemal ostatniego dnia pozostawały tajemnicą. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć, jak wygląda praca nad Kalendarzem od strony technicznej. I przyznam, że teraz jeszcze bardziej jestem ciekawa efektu końcowego.

Kalendarz YES (9)

Czytaj dalej

7

maj

EM Cashmere

Jest w Warszawie takie miejsce, które istniało długo długo przed powstaniem tego bloga. Mijałam je prawie codziennie w drodze do Akademii Muzycznej na Okólnik, a wcześniej sporadycznie, bywając w okolicy. Zawsze przyciągało wzrok, intrygowało, bo wyróżniało się od samego początku. Gdy królowały stokrotki na pomarańczowym tle, uspokajało wzrok paletą szarości. Gdy przyszedł czas na kraciaste koszule i sztruksy, ono kusiło czernią w formach japońskich awangardzistów. Kiczowaty przełom wieków milcząco komentowało obszernymi formami lnianych i jedwabnych prostych sukienek oraz ogromnym splotem bawełnianych swetrów. Choć nie byłam tego do końca świadoma, przez te wszystkie lata systematycznie budowało mój gust.

em10

Czytaj dalej

26

mar

SHE/S A RIOT Concept Store

Zwalniamy, to pewne. Po latach fascynacji prędkością dość oczywisty jest punkt, w którym przychodzi chęć zmiany. Nikt nie jest w stanie żyć bez przerwy na wysokich obrotach. Zazwyczaj wpadamy do sklepu jak po ogień. Szybko chwycić ulubioną gazetę, spóźniony prezent urodzinowy dla przyjaciółki czy wypatrzoną w sieci sukienkę. Mierzyć nie ma sensu, przecież można oddać. Przejrzeć magazyn przed zakupem – lepiej nie, obsługa zabije wzrokiem. A wypić w sklepie kawę? Dziwactwo. Nie tak dawno pisałam o Kyosku na Koszykowej, gdzie kawa i ubrania żyją w spokojnej symbiozie. A teraz na Mysiej 3 w Warszawie otworzył się SHE/S A RIOT Concept Store, kultywujący tę samą filozofię, lecz na swój własny sposób.

shesriot conceptstore (7)

Czytaj dalej

19

mar

Kyosk

To miejsce absolutnie wyjątkowe. W samym centrum Warszawy, a jednocześnie z dala od zgiełku głównych ulic. Ukryte na samym początku Koszykowej pod numerem jeden. Kyosk działa od września i mniej więcej od tego momentu przyciąga mój wzrok – zawsze zza szyby samochodu. Przyszła pora to zmienić i przy okazji dnia otwartego postanowiłam sklep odwiedzić. Zachwyt może się wydać przesadzony, bo żadne zdjęcie nie odda prawdziwych wrażeń, ale z ręką na sercu – nie ma w Warszawie ani takiego drugiego, ani nawet podobnego. To unikat na skalę ogólnopolską.

kyosk6

Czytaj dalej