Archiwa tagu: jesień/zima ’12/13

8

lut

Dziewięć i pół tygodnia

Do stworzenia tej kolekcji Magdę Hasiak zainspirowała bohaterka pewnego filmu. Blondynka, która zapadła mi w pamięć wcale nie dzięki scenie przy lodówce, a dzięki fantastycznej garderobie. Szereg przydużych płaszczy, białe koszule noszone z nonszalancją godną albo pozazdroszczenia, albo naśladowania, a całość w kolorystyce, która absolutnie nie miała szans przyćmić jej postaci. W poniższych propozycjach nie ma dosłownych odniesień, są to raczej echa tamtych czasów. Sylwetki, rozwiązania, materiały. Przywołują wspomnienia. Na przykład czarna bluzka z odkrytymi ramionami. Mam wrażenie, że identyczną nosiła dawno temu moja mama. Zamaszyste spódnice, zaznaczona talia, kobiecość niczym nie skrępowana.

Inna sprawa, czy tego rodzaju powrót do przeszłości ma dziś sens. Dla jednych to będzie sentyment, dla innych dziwactwo, dla jeszcze innych coś kompletnie niezrozumiałego. Projektantka odważnie podążyła ścieżką już lekko przykurzoną. Moim zdaniem wyszła z tego obronną ręką, choć, nie ukrywam, wolę jej poprzednie kolekcje. Tę postrzegam bardziej jako eksperyment niż kontynuację dotychczasowych dokonań. Dlatego ogromnie jestem ciekawa, co Magda Hasiak zaprezentuje nam na wiosnę.

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Magda Hasiak

Fot. Radek Berent
Modekal: Aleksandra Śniatkowska
Fryzury: Łukasz Zaleski
Make up: Agnieszka Sendal
Produkcja/stylizacja: Magda Hasiak/Natalia Wichtowska

5

lut

Pola & Frank

Coś dużo tu ostatnio kobiecych duetów. Pola & Frank to kolejny z nich, stworzony przez Judytę Wajszczak i Paulinę Zalewską-Dziedzic. Obydwie są matkami, jedna ma dwóch synów, druga dwie córki. Bardzo nie chciały swoich dzieci przebierać ani za Barbie, ani za Spidermana. Choć ubrania dla dzieci nie muszą być infantylne, ciężko znaleźć coś, co stanowiłoby kompromis między zabawą a totalną powagą.

„Wszyscy chcemy ubierać się podobnie, a przy tym wygodnie i ładnie” – czytamy na stronie internetowej. I udało się. Pod koniec zeszłego roku pierwsza kolekcja Pola & Frank ujrzała światło dzienne. Szybko zrobiło się o niej głośno, bo jeszcze nikt w Polsce czegoś takiego nie dokonał – a przynajmniej na taką skalę. Rozmiary zaczynają się od dziecięcego dwulatka, a kończą na kobiecym L. Wszystkie ciuchy można zamówić w dowolnej wersji. Co najlepsze, ani dzieci nie wyglądają w nich jak przebrane za dorosłych, ani dorośli jak przebrani za dzieci. Genialna sprawa. Brawo dla tych pań!

Pola & Frank

Pola & Frank (2)

Pola & Frank (3)

Pola & Frank (4)

Pola & Frank (5)

Pola & Frank (6)

Pola & Frank (7)

Pola & Frank (8)

Pola & Frank (9)

Fot. Hubert Komerski
Fryzury i makijaż: Ewa Kowalewska (nie ja ;)))

31

sty

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska. Te panie po prostu muszą się tutaj pojawiać przynajmniej raz na sezon. I zawsze będą czymś zaskakiwać. Ich zimowe pomysły to, mam wrażenie, pewna próba uwolnienia się od schematu, w który przez kilka lat istnienia marki zostały wpisane. Jest zdecydowanie ostrzej, momentami sportowo jak nigdy dotąd. Oczywiście wciąż pozostaje coś dla wiernych fanów nielubiących dużych zmian (kilka dzianinowych tunik czy asymetrycznych sukienek). Pojawiło się sporo nowych materiałów o najróżniejszych fakturach, a także wzory, co dla projektantek jest raczej nietypowe (nie liczę kilku wyjątków na przestrzeni minionych lat). Nie zawsze widoczne, czasem obecne na podszewce (hawajskie kwiaty), czasem przewrotnie banalne (sukienka w cętki). Kolory tradycyjnie energetyczne.

Przy okazji porządkowania tego bloga odnalazłam wszystkie możliwe wpisy na temat projektantek. Co stwierdzam? Że wciąż idą do przodu i ani im w głowie zjadanie własnego ogona. To jest ewolucja w najlepszym stylu.

Zemełka & Pirowska

Zemełka&Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

modelka: Paulina Pajka
fot. Jacek Ura
postprodukcja – Grzegorz Wójtowicz
makijaż: Agata Wrona
włosy: Kiki
shoes by: sequin.pl

30

sty

Lous

Młodziutka marka Lous zrodziła się z… czystego egoizmu. Jej twórczynie wcale tego nie ukrywają. Potrzebowały kilku rzeczy, które odpowiadałyby im w stu procentach. Zaczęło się od sukienki z dekoltem V na plecach. Potem doszły różnego rodzaju bluzy z mięsistej bawełnianej dzianiny. W międzyczasie też torby. Dobrze wiem, jak trudno jest znaleźć rzecz tzw. idealną. Wymarzymy sobie coś, a potem bezskutecznie szukamy miesiącami.  Gdy zobaczyłam torbę, nie zastanawiałam się ani przez chwilę. A więc zdarza się, że czyjś ideał może być też moim ideałem.

Lista pomysłów na kolejne ideały zdaje się nie mieć końca. Wszystko dzieje się na płaszczyźnie, którą mimo pozorów dość łatwo ograć, bez względu na to, jaki styl się preferuje. Na swój sposób są to rzeczy bazowe. Zwłaszcza teraz, gdy projektantki skupiły się na kilku dosłownie kolorach. Czerń musi być, wiadomo. Oprócz niej przepiękny kremowy, a także granat i szarości (na torbach, których tu nie widać, ale wierzcie mi na słowo, zwłaszcza że jedna z nich jest już moja).

Jesienno zimowa kolekcja Lous została spięta tytułem „Do not disturb”. Tytuł przemiły, zwłaszcza w miesiącach zimowych. Przemiłe są też ubrania. I to dosłownie, dzięki właściwościom bawełny czesanej, z której zostały uszyte, a także, jak to sobie roboczo określiłam, wspaniałym właściwościom otulającym. Niektóre z nich da się nosić na różne sposoby. Na przykład gigantyczną tubę. Noszona wzdłuż będzie sukienką z szalowym kołnierzem. W poprzek – tuniką godną prawdziwego Jedi. A skoro już jesteśmy przy dzielnych wojownikach, ośmielę się wyskoczyć z teorią, że gdyby Luke Skywalker był kobietą, nosiłby Lous. Co więcej, dla Dartha Vadera też by się coś znalazło.

Lous

Lous

Lous

Lous

Lous

Lous torba

Zdjęcia: Monika Wiąckiewicz
Modelka: Amelia Roman
Makijaż i fryzury: Magda Gontarczuk

6

lis

23 kolekcje

Skoro już zrobiłam przerwę w łódzkich relacjach, trochę ją jeszcze wydłużę. Bez względu na to, czy chcemy tego, czy nie, w przyszłym tygodniu po raz kolejny nastąpi zbiorowe szaleństwo. Najpierw w środę, 14 listopada, gdy podwoje H&M otworzą się dla gości starannie wyselekcjonowanych z całej grupy napalonych na owoce najbardziej chyba tajemniczej kolaboracji. A potem w czwartek, gdy cała reszta będzie mogła kupić to, co limitowane, pilnie strzeżone i wycenione absurdalnie wysoko (aczkolwiek wciąż działa na mnie argument, że za pierwotne projekty musiałabym zapłacić przynajmniej pięć razy tyle).


Maison Martin Margiela – dom mody bez głowy. Głowa odeszła jakiś czas temu, a nawet gdy była obecna, mało kto ją kiedykolwiek widział. Nie będę się teraz wymądrzać o Martinie Margieli, wystarczająco dużo osób robiło to przede mną. Wystarczy wiedzieć, że nie da się go umieścić w żadnych ramach. Jest mistrzem wymykania się schematom. Nie zdarzyło się chyba, by wypowiedział publicznie w pierwszej osobie. Zawsze mówił o sobie (czy raczej o swoim domu mody) w formie „my”. Nie pozwala się fotografować. Modelki bardzo często przebierał tak, by nie dało się ich rozpoznać (klasyką stały się okulary przypominające czarne paski na oczy umieszczane na zdjęciach). Wymyka się nawet słynnej antwerpskiej szóstce, do której często jest wliczany, choć skończył studia rok wcześniej. Dzielna grupa pod wezwaniem sprawnie kontynuuje jego dzieło.


Kolekcja przygotowana dla H&M zawiera w sobie wybrane projekty z dwudziestu trzech kolekcji powstałych od 1988 roku. Każdy ciuch posiada na metce opis i numer. Próbowałam je po kolei zidentyfikować, ale wymiękłam, wybaczcie. Z jednej strony ten zbiór jest wybitnie niekomercyjny. Ale z drugiej, dla maniaków mody, absolutnie genialny. Niektóre elementy śmieszą (płaszcz z kołdry, absurdalnie za duże dżinsy), inne przyśpieszają bicie serca (sukienka z przekręconej sukienki – na zdjęciu poniżej w wersji niebieskiej), jeszcze inne prezentują się całkiem klasycznie (żakiety, swetry z golfem, garniturowe spodnie). Nie będę stać w kolejce, zobaczę, co zostanie po burzy. Jeśli coś – to świetnie. Jeśli nie – trudno. Do tej pory jakoś żyłam bez Margieli i nie sądzę, by posiadanie czegokolwiek z tej kolekcji zmieniło moje i tak całkiem udane życie. Ale napisać o tym musiałam, bo – w moim mniemaniu – jest to najlepsza (choć najtrudniejsza w odbiorze jednocześnie) współpraca projektancka w historii H&M (wybacz, Consuelo!).


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


Martin Margiela


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


MMM H&M


Zdjęcia:H&M

25

wrz

Luksus. I kropka.

Aryton przez długi czas był sklepem, do którego nie zaglądałam. Ba, nie było to wcale świadome. Po prostu nie zauważałam go i tyle. Być może dlatego, że nigdy nie musiałam ubierać się oficjalnie czy służbowo – a właśnie z tym, jeśli już do świadomości coś docierało, Aryton mi się kojarzył. I pewnie wciąż bym nie zwracała na niego uwagi, gdyby nie ten blog. Bo w związku z blogiem z tygodnia na tydzień otrzymuję coraz więcej informacji prasowych. Pośród nich znalazłam plik zdjęć, które zatrzymały mój wzrok na dłużej.

 

Płaszcze, które mogłabym przygarnąć w liczbie znacznie przekraczającej moje potrzeby, kolory, które przetrwają dłużej niż jeden sezon – choć może i nudne, to jednocześnie ponadczasowe. Kroje – klasyczne i nowoczesne jednocześnie. I ten kapelusz – po prostu ideał, poszukiwany przeze mnie bezskutecznie od lat (plus kolor szminki – jej już nie ma w ofercie sklepu, ale mam w planach dotrzeć do źródła i wyciągnąć informację o marce i numerze).

 

Co jakiś czas warto uzupełnić szafę o jedną lub kilka rzeczy, które będą nam służyć przez kilka lat. Aryton jest idealnym miejscem na takie zakupy. Nie jestem fanką całej kolekcji, ale jeśli chodzi o wspomniane już płaszcze, mój zachwyt jest bezgraniczny. Ceny jak na polską markę są bardzo wysokie. Ale jakość tych ubrań sporo tłumaczy. Kto nie wierzy, niech wybierze się do sklepu i weźmie te ciuchy do ręki. Mam wrażenie, że Aryton aspiruje do bycia marką luksusową. I bardzo dobrze. Lepiej piąć się w tę stronę, niż spadać w czeluście tanich poliestrów i byle jakiego szycia.

 

P.S. Niedawno na odświeżonej stronie ruszył sklep internetowy. Kogo luksusowe ceny nie przekonują, niech zajrzy do outletu.

 

aryton płaszcz modelka kapelusz

 

aryton szary płaszcz modelka

 

aryton szary płaszcz modelka

 

aryton szary płaszcz modelka

 

aryton szary płaszcz modelka

 

aryton płaszcz modelka kapelusz

 

aryton szary płaszcz modelka

 

czapka z lisa aryton czarny płaszcz

 

Zdjęcia: Aryton

 

Nie kopiuję tu nigdy informacji prasowych, ale tym razem robię wyjątek. Przesłany opis materiałów wykorzystanych w jesiennej kolekcji marki poszerzył moją dość mizerną wiedzę (przyznaję, nie jestem dobra z tkanin, dzianin itd), więc może i Wy skorzystacie?

 

Wełna dziewicza – wełna z pierwszej strzyży. Oznacza to wełnę pierwotną, zawierającą co najmniej jedną trzecią wełny jagniąt. Dzięki temu włókno to jest znacznie bardziej szlachetne aniżeli wełna owcza, poprzez zachowanie niezwykłej delikatności. Marka Aryton traktuje tę niezwykle szlachetny surowiec jako niezbędne minimum w kwestii tkanin płaszczowych.

 

Moher – puszyste i miękkie włókno pozyskiwane od kóz angorskich. Jego niekwestionowanym atutem jest naturalny połysk. Podczas przędzenia moher musi co jakiś czas odpoczywać, by zachować swoje naturalne cechy.

 

Angora – wełna z sierści królika angorskiego. Jest uważana za jedną z najlepszych i najbardziej cenionych na świecie. Lekka, puszysta i miękka daje silne uczucie ciepła. Ze względu na kosztowny i pracochłonny sposób pozyskiwania, jest ona stosowana do produkowania wyrobów ekskluzywnych.

 

Kaszmir – włókno kaszmirowe pozyskuje się poprzez ręczne wyczesywanie lub skubanie wełny, raz do roku, zazwyczaj na wiosnę, Jest jednym z najdroższych włókien, a jedna koza dostarcza rocznie tylko od pięćdziesięciu do dwustu gram wełny puchowej. Z włókien tych powstaje przędza wyjątkowo gładka i lśniąca, doskonale układająca się. Średnica włókna kaszmirowego waha się od jedenastu do osiemnastu mikronów, co świadczy o jej niezwykłej szlachetności. Zawiera bardzo mało tłuszczu, co powoduje, że szybciej absorbuje wodę, będąc jednocześnie bardziej podatnym na schnięcie.

 

Alpaka – alpaki to zwierzęta z rodziny wielbłądowatych. Żyją w Andach. Są bardzo zahartowane i dostosowane do wysokogórskich warunków. Legenda Inków mówi, iż alpaki zostały pożyczone ludziom przez bogów na szczycie Ausangate w Peru i pozostawione na ziemi pod jednym warunkiem: ludzie mieli je szanować i dobrze traktować.
Wełna z tego włókna jest lekka, miękka i delikatna, lecz jednocześnie bardzo wytrzymała. Nie zawiera substancji będących najczęstszymi alergenami i nie wymaga chemikaliów do obróbki – dzięki temu jest hipoalergiczna. Niska zawartość lanoliny sprawia, iż nie zatrzymuje obecnych w powietrzu zanieczyszczeń, a to uodparnia ją na zabrudzenia.

 

Wełna merynosowa – merynosy to rasa owiec wywodzących się z Azji, obecnie występujących w Australii, Ameryce Południowej oraz RPA. To najwyższej jakości wełna owcza o bardzo cienkich włóknach. W przemyśle tekstylnym uważana jest za włókno doskonałe, łączące w sobie wszystkie zalety wełny z delikatnością kaszmiru. Zawiera lanolinę, która posiada właściwości antybakteryjne i termoregulacyjne.