Archiwa tagu: Joanna Klimas

6

lut

Spragnieni piękna

Wystawa obrazów, plakatów, rzeźb, mebli, akcesoriów i strojów z okresu dwudziestolecia międzywojennego, pokaz stworzonych specjalnie na tę okoliczność przez polskich projektantów sukni, a wreszcie wieńczący przedsięwzięcie wielki bal dobroczynny – tak Stowarzyszenie „Przyjaciele MNW” świętuje swoje stulecie. Wystawę, której kuratorką jest pani Renata Higersberger, już można odwiedzać, potrwa do 26 marca, odbywa się w głównej siedzibie Muzeum Narodowego w Warszawie i dosłownie przenosi w czasie. Pokaz mody odbył się w miniony czwartek, swoje prace zaprezentowali ZUO Corp., Michael Hekmat, Bizuu, Michał Szulc, Lidia Kalita, Serafin Andrzejak, Weave, Le Brand, Joanna Klimas oraz MMC. Suknie zostały zlicytowane, a uzyskane kwoty – podobnie jak te ze sprzedaży biletów na bal – zasilą konto Muzeum. Skoro już przy balu jesteśmy… Inspirowany imprezami organizowanymi przez przyjaciół największych muzeów na świecie (choćby Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku) odbędzie się 27 lutego. Wstęp jest płatny, a celem – zgromadzenie osób zainteresowanych zarówno sztuką, jak i niesieniem tejże finansowej pomocy.

Spragnieni Piekna

Czytaj dalej

1

gru

Joanna Klimas dla Gino Rossi

Współpraca goni współpracę. Tym razem wracam na rodzime podwórko, by ogłosić połączenie sił dwóch marek: Joanny Klimas i Gino Rossi. Byłam pewna, że chodzi o buty i nie jestem jedyna. Tymczasem projektantka postawiła na torby – temat sobie nieobcy i doskonale opanowany. Efektem jest zestaw pięciu torebek różnej wielkości, fasonu i przeznaczenia, zmyślnie połączonych stylistyką i kolorystyką. Gino Rossi tylko dyskretnie zaznacza swoją obecność w delikatnym rzucie logo na materiale podszewki. Reszta to estetyka Joanny Klimas w dwustu procentach.

untitled-1

Czytaj dalej

29

lip

Drogie szafiarki, wiecie, że było życie przed H&M-em?

Któregoś dnia zgadaliśmy się z Michałem Zaczyńskim, że różnica wieku między nami jest zaskakująco nieduża (na moją korzyść lub niekorzyść – zależy jak na to spojrzeć). A co za tym idzie, choć nie znaliśmy się w poprzednim stuleciu, mamy sporo wspólnych wspomnień. Rozmowa dinozaurów odbyła się pewnego zimowego popołudnia w towarzystwie Tori Amos, Suede, dobrego jedzenia, wina i starych zdjęć. Postanowiliśmy nie ukrywać jej przed światem. Podobnie jak poniższych fotografii. Tak, to naprawdę my. Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych.

dinozaury

Co robiłaś w latach 90.?

Podstawówka, liceum i studia. Pod koniec zaczęłam pracę w teatrze Rozmaitości jako muzyk, przygrywałam na organach Hammonda do spektakli Warlikowskiego, do „Hamleta”.

Ja podobnie. Z tym, że na studiach pracowałem w biurze pośrednictwa eksportu. Eksportu talerzyków adwentowych i produktów oświetleniowych, trzeba dodać.  Biuro to dużo powiedziane; pokoik w baraku przy Kolskiej (słynnej z lokalizacji Izby Wytrzeźwień), gdzie przepisywałem na komputerze IBM kontakty, potem drukowałem (do drukarki razem z papierem wkładało się kalkę) i wysyłałem faksem do Niemiec. Płaca niewielka, 600 złotych, ale miło. No i bonusy, bo raz szef, nieoceniony Stefek, zawiózł mnie swoim lincolnem do Berlina. Jechaliśmy tam razem z lampą, którą trzeba było opatentować. Ale pisałem już coś dla Życia Warszawy, zdarzyło się też dla, hmm, Trybuny.  Potem szef rozbił lincolna, rzucił biznes i zamieszkał w Bieszczadach, by w końcu wrócić do Warszawy i do swego wyuczonego zawodu… pianisty. Całe życie spotykam takich ludzi… Twoja pierwsza myśl na hasło: moda lat 90?

Grunge. Flanelowe koszule, kurtki – parki, martensy. Do tego undergroundy, creepersy na płaskim koturnie.

A dla mnie dżinsy Piramidy. Z Egiptu, z charakterystyczną piramidą na metce, stąd nazwa. Swetry tureckie tricolore: zielono – miodowo – białe. Do tego mokasynki z frędzlami, białe skarpetki, pod swetrem obowiązkowo biały golf. I Kurtki bejsbolowe.

Teraz znów młodzież je nosi. I szafiarki!

I Rihanna. Ale był też miks tych dwóch stylów, pamiętam kumpli z początków liceum: słuchali Nirvany, Soundgarden i ich klonów, i nosili te flanele, ale z białym golfem pod spodem. Czego słuchałaś wtedy?

Beatlesów i Sinatry, ewentualnie Nirvany i Pink Floyd

Ja Sinead O’Connor. A zaraz potem zaczęło się Suede. I britpop. I PJ Harvey. No i Pulp, które było moim największym objawieniem.

Słuchałam jeszcze muzyki klasycznej…

Z klasyki kupiłem sobie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego na pirackiej kasecie Star; innych kaset do 1994 roku, kiedy weszła ustawa o prawie autorskim, w zasadzie nie było…

Nie wszystkie piosenki  na tych kasetach się mieściły…

Mnie w przypadku Vivaldiego to akurat nie przeszkadzało.

Czekaj, jeszcze Turnaua słuchałam!

Ja Renaty Przemyk. Turnau mnie nudził, że ciągle ten Kraków, i że dozorczynie piszą wiersze, a menele chodzą z księżycem w butonierce, choć może mylę to z Sikorowskim i Pod Budą. Oni byli jeszcze gorsi.

Początki lat 90. to zatem w naszym przypadku moda młodzieżowa.

Jak jesteś nastolatkiem, masz problem z akceptacją swojego ciała. Więc często nie jest to żadna moda młodzieżowa, tylko sposób na przetrwanie. Dlatego tak przyjęła się, na przykład, moda rapperska, a w pierwszych latach tej dekady szczególnie a’la Kris Kross, czyli duetu nastolatków, z których zresztą jeden, nieborak, już nie żyje. Bo podziw i jednoczesna tęsknota do USA, luzu Bronxu itp. to jedno, ale noszenie rzeczy tył na przód i styl, w którym wszystko jest wielkie i szerokie, to drugie. Popularność tej mody wynikała zatem z chęci maskowania kompleksów. Ja miałem wtedy kompleksy, że jestem za chudy…

Więc nosiłeś się jak Kris Kross?

Mimo to nie. Moje ubrania musiały być jednak czarne. Czyli też kamuflaż. Albo takie, w których bym wyglądał jak Marek Hłasko, mój nastoletni idol. No i koniecznie proste dżinsy, których nie można było kupić, bo wszędzie były zwężane, a w lumpeksach, dla odmiany, same dzwony.

Ja popadałam w skrajności. Najpierw był grunge. Zabierałam tacie flanelowe koszule. A tata do najmniejszych nie należy, więc świetnie się sprawdzały. A potem zaczęłam nosić rzeczy za małe. Strasznie ciasne. Chyba dlatego noszę teraz same wielkie ciuchy. Miałam przesyt. Moje pierwsze kontakty z modą to też pierwsze Levisy, które kupiłam w Legnicy w lumpeksie. Na wycieczce z organistami z klasy. Już wtedy zauważyłam, że najfajniejsze lumpeksy są poza Warszawą. Wrocław, Legnica, okolice Krynicy Górskiej.

Ja nie cierpiałem lumpeksów, ale po prawdzie nie było często wyboru…

Źle były widziane. Śmierdziało naftaliną, pełno było w nich jakichś wełnianych marynarek, koszul… choć kurtki skórzane bywały dobre.

Ale jak dla cinkciarza.

To nastawienie do lumpeksów zmieniło się diametralnie z chwilą, gdy w którejś z gazet Kayah się pochwaliła, że chodzi po lumpeksach. I to był przełom. Nagle lumpy stały się modne. Pojawiły się też specjalne, wyselekcjonowane. W Warszawie jeden był przy Chmielnej, a drugi przy Francuskiej. Na Chmielnej było sporo rzeczy z demobilu, ale też futra, kożuchy, bluzy vintage Adidasa… Klasyki. No i kurtki Bundeswehry i M65, jaką De Niro miał w „Taksówkarzu”. Z kolei na Saskiej Kępie sprzedawano ciuchy i torebki Burberry, Gucci, czy Diora.

Ale to było drogie. Tradycyjne, tanie lumpeksy były królestwem bistoru, sztruksowych i welurowych marynarek i koszul z kołnierzami Słowackiego. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, bo  w połowie lat 90. stylizowałem się już na Jarvisa Cockera z Pulp. Miałem fryzurę, jak on, okulary, spodnie w kant, torbę raportówkę…. A kumple w liceum dalej z tą Nirvaną…

A bazary? To drugi z wyznaczników mody lat 90. Ale w sklepach właściwie nic nie było, jakieś archaiczne ubrania, chyba jeszcze z poprzedniej epoki. Tak zwany tradycyjny handel zupełnie nie nadążał ani za trendami, ani za oczekiwaniami klientów. Ja, na przykład, marzyłam o ogrodniczkach dżinsowych i dopiero pod Universamem Grochów w budzie mama mi kupiła!

Istotnie, bazary były wtedy centrami handlowymi. Z tym największym, pod Pałacem Kultury. Takie Złote Tarasy tamtych czasów. Nawet fontanny były, przy samym Pałacu…

Umówmy się: warunki tam były wstrętne. Kałuże albo kurz, mróz albo upał. Tu dżinsy, obok jakaś rąbanka mięsna, obok rąbanka muzyczna, Mydełko Fa, disco polo, New Kids on the Block… I peruwiańskie czapki zawiązywane pod brodą, wełniane, z długim szpicem… Przymierzanie odbywało się za zasłonką; bo  przecież każda buda miała przymierzalnię.  Zasłonka na żabki, te sprawy…  I baba, która ci lustro trzymała.

Nie przewiało cię tam nigdy aby?

Może nie przewiało, ale to i tak nic. Ominęły cię wizyty w sklepach z bielizną. Żeby baba dobrała ci stanik, najpierw musiała cię upokorzyć. Ale były też ikony. Na przykład, pani Hania z ulicy Grochowskiej, pierwsza brafiterka wolnej Polski.

India Shopy, trzeci postpeerelowski koncept modowy, swoich ikon już raczej nie miały…

W pewnym momencie prawie wszystko miałam z India Shopów!

Tam nie było nic dla facetów, prawda?

Tak, to raczej sklepy dla kobiet. Flanelowe koszule, sukienki do ziemi, apaszki, torby, biżuteria… Na szyi nosiłam ciasno zapięte sznury koralików, wisiorki słoniki itp.. I można było znaleźć rzeczy „markowe”. H&M, Vero Moda, Monsoon, Dorothy Perkins – większości z tych sklepów nie było wtedy jeszcze w Polsce. Co ciekawe, miały poodcinane metki, dopiero na tej z instrukcją prania można było odszyfrować markę.

Śmierdziało tam kadzidełkami. To pamiętam. I pełno różnego dziadostwa do powieszenia w domu, brzęczydełek, wisiorków…

A tak! Ja nawet kupowałam tam olejek paczuli. Miał potworną moc, ale oczywiście sama tego nie czułam. Znajomi na pewno by potwierdzili.

Wybacz, ale dla mnie całe lata dziewięćdziesiąte były tak obciachowe, jak solówki gitarowe u Scorpionsów…

Bez przesady. A pierwsze markowe butiki?

Koszmar. Właściciele i sprzedawcy w tych wszystkich salonach Wranglera, Benettona, Carli Gry patrzyli z pogardą. Jakby wygrali życie. Modni, obrażeni, że muszą nam usługiwać. W latach 90. to był zresztą problem większości usług.  Ekspedienci (co za staromodne słowo!) robili wszystko, by wpędzić cię w poczucie winy. I byś czuł się biedny. Choć w sumie ja byłem biedny. Para Mustangów kosztowała niemal trzecią część moich ówczesnych zarobków.

Ja do takich sklepów wchodziłam w skórzanym płaszczu mojego dziadka. Matowy, z zaciekami, za duży, więc w sumie się nie dziwiłam, że tak na mnie patrzą. Przyzwyczaiłam się, że widzą we mnie złodziejkę. Ale może też dlatego, że byliśmy nastolatkami, czy też studentami?

Wszędzie chodzili za tobą. Już z samego tego faktu nie odwiedzałem tych sklepów

Zatem nigdzie nie chodziłeś?

Nie, w sumie miałem kilka rzeczy noszonych do zdarcia. Nie byłem modny.

A pamiętasz Benettona w Jerozolimskich, Diesla na Placu Konstytucji?

Benettona tak. I jeszcze Centrum Dżinsu Edyta. Tam kupiłem pierwsze Wranglery. Musiały mi wystarczyć na jakieś pięć lat.

A dom handlowy Arka, później Traffic przy Brackiej? Z Cottonfieldem na parterze?  Pierwsze prawdziwe perfumy miałam właśnie z Cottonfieldu. Do tej pory przeżywam, że już ich nie produkują. Potem, chyba w 1996 roku, pojawił się Troll. Znów nic dla ciebie, same babskie rzeczy. To był szał. Pierwsza kolekcja cała w kratkę. Marzyłam o plecaku w kratę, ale ktoś mi wykupił. Były wtedy modne obcisłe lekko rozszerzane na dole spodnie. Też w kratę. Nogi wyglądały strasznie, ale się nosiło, a co! Oczywiście, do martensów. A sklep Dziesiątka w podziemiach Arki?

Mieli tam efektowne przymierzalnie z drewnianymi drzwiami. Coś jak teraz All Saints, czy Diesel. No i oferowali prawdziwą modę, tak przynajmniej mi się zdawało. Po raz pierwszy w polskim sklepie zetknąłem się ze świetnie zaprojektowanym ciuchem. Z kurtką Scotch&Soda dokładnie. Bo Cottonfield był za bardzo weekendowy, a w Dziesiątce były czernie, pierwsze próby dekonstrukcji, fajne rzeczy sportowe. Kawiarnia Między Nami (zdaje się, że jako jedyny obiekt z naszej rozmowy przetrwał w Warszawie do dziś!) była wtedy areną lansu i ludzie po zakupach w Dziesiątce chodzili tam się pochwalić. Do Między przyjeżdżało się też prosto z lotniska. Przy jednym stoliku siedzieli ludzie z nowymi zakupami, przy drugim – ludzie z walizkami z naklejkami z zagranicznych lotnisk. Bardzo się z nich nabijałem, ale też i zazdrościłem.

Przynajmniej do Między Nami cię wpuszczali…

Ale zawsze się bałem, że mnie nie wpuszczą, bo tam obowiązywały karty członkowskie. Ludzie bali się tam przychodzić, bo tzw. selekcja potrafiła cię wpuścić , ale już twojego chłopaka, czy koleżankę, z którą się przyszło – nie. Dość upokarzające… Ale szczęśliwcy, oprócz napawania się widokiem zakupów własnych i cudzych oraz występami Lola Lou, pierwszej bodaj profesjonalnej drag queen, oryginalnie z Francji, mogli snobować się na krem z pomidorów, tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym i  kawę przedłużaną. To były specjalności Między…  Ale „kawa przedłużana”?! Ewidentnie lata dziewięćdziesiąte były pretensjonalne także w kwestii nazewnictwa.

Tak jak w Qchni Artystycznej, wcześniej zwanej Postmodernistyczną, gdzie nie było zupy, tylko „misa”, a zamiast naleśników z jabłkami był „naleśnik jabłko mięta sos”. ..

Koniec lat 90. to już marki pokroju Sunset Suits. Miałem ich białą koszulę na suwak. To była wtedy najdroższa polska marka, bardzo posh. Swoją drogą, gdy bankrutowali kilka lat temu, celowali już ceną w półkę niżej niż H&M… Który wszedł do Polski dopiero w 2003 roku. Do tego 4 You przy Brackiej i Jana Pawła. Przy tej drugiej ulicy butik miał też, zdaje się, Marek Kościkiewicz z De Mono. No i multibrandy pokroju Ultimo przy Nowym Świecie.

Przed aferą były tam świetne rzeczy. Trochę Morgana, Jus d’Orange. Kwintesencja późnych lat dziewięćdziesiątych. I często się asortyment zmieniał.

Mnie Ultimo kojarzy się zupełnie inaczej, bo dzięki tej „aferze”, czyli morderstwie, dostałem etat w „Życiu Warszawy”. Pojechałem z fotografem do rodzinnej wsi Beaty K., sprzedawczyni, która rzekomo zastrzeliła właściciela sklepu i raniła jego żonę. I przeprowadziłem z nią rozmowę. Potem ukazała się tylko u nas, nawet „Wyborczej” się to nie udało. Dni chwały…

Do listy dorzuciłabym jeszcze Odzieżowe Pole, Joannę Klimas i Galerię Centrum. Ale za rogiem czyhała już moda na techno. Straszna.

Małe plecaczki z lakierowanej skóry, koturny – tak zwane powodzianki, lateks, gwizdki. I, w stylu „nawrócony dresiarz na koksie” – koszulki polo ze stawianym kołnierzykiem.

Był przy Wilczej sklep Tekk Shop. Dla wielbicieli tekkno. Pełno odjechanych kolorowych rzeczy, w dzikie wzory, futrzane płaszcze itp. Ale raczej tam się nie zaopatrywałam.
Masz w szafie jakąś rzecz z lat 90?

Marynarkę. Dostałem ją w 1996 od samej Agnieszki Osieckiej. Powiedziała, że kupiła specjalnie dla mnie w Kanadzie. Potem się przyznała, że to jej własna, z lumpeksu…

Ja wciąż trzymam w szafie grafitową sukienkę z India Shopu, którą dostałam od chłopaka w liceum.

Pewnie pachnie jeszcze tymi kadzidełkami!

Muszę sprawdzić, ale możliwe, że masz rację.

Michał Zaczyński, dziennikarz, autor bloga michalzaczynski.com. Obecnie wicenaczelny „Grazii”, wcześniej związany z „Fashion Magazine”, „Newsweekiem” i „Wprost”.

16

paź

Kto nie lubi Joanny Klimas?

Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, szereg przykrych zdarzeń prędzej zwalę na pecha niż uknuję z nich logiczny ciąg. Ale ostatnio, przy okazji historii pokazów Joanny Klimas, zaczynam się zastanawiać, czy jednak nie powinnam zmienić strategii. Oto mamy fantastyczną polską projektantkę. Tworzącą nie od dziś, nawet nie od wczoraj. Z artystycznym dorobkiem godnym pozazdroszczenia. Z tak zwaną pozycją w branży. Dlaczego osoba tworząca luksusową markę na najwyższym poziomie godzi się na prezentację kolekcji w centrum handlowym? Ok, rozumiem, z pewnością chodzi o pieniądze. Sponsorów. Organizatorów. Nie wiem, kogo jeszcze. Ale dochodzi do sytuacji, w której zdjęcia z owego pokazu są tak brzydkie (z całym szacunkiem do fotografów – naprawdę nie mogliście Państwo tu wiele zdziałać), że nie mam ochoty ich tutaj wstawiać. Ba, nawet na nie patrzeć. A to tylko drobiazg. W końcu mogę poczekać na lookbook – i taki mam zamiar.

Okazuje się, że centrum handlowe ma bardzo mocno ograniczoną liczbę miejsc. Tak bardzo, że gdy pytam, czy mogę przyjść z osobą towarzyszącą (siedzącą w modzie znacznie mocniej niż ja), dostaję odpowiedź odmowną. Gdy postanawiam zsolidaryzować się z ową osobą i zjeść z nią kolację w miejscu jak najodleglejszym od rzeczonego centrum handlowego, dostaję kolejną odpowiedź. Że jednak miejsce będzie, tylko niekoniecznie siedzące. Za późno. Nie obrażam się, żeby nie było. W ogóle mnie to nie rusza. Jak będę chciała obejrzeć sobie te rzeczy, obejrzę w spokoju, z bliska i bez modelek (wtedy też je tutaj opiszę). Spora część osób, która na pokaz się wybrała, z zazdrością komentuje mój wybór.

Dlaczego? Otóż niektórzy zawodowcy (podkreślam – zawodowcy) w ogóle nie zostali wpuszczeni. Inni – gdyby mieli mniej tupetu niż mają – siedzieliby grzecznie daleko od wybiegu nie widząc nic. Jeszcze inni – zaproszeni osobiście przez samą projektantkę – są przeganiani na piętro. Gdy chcą wyjść, słyszą, że to niemożliwe, bo jeszcze komuś przekażą swoje zaproszenie i dopiero będzie. A więc znajdują się w potrzasku. Dopiero gdy grożą wezwaniem policji, udaje im się wydostać. Tak, tak, wcale tego sobie nie wymyśliłam. Joanna Klimas nie ma o niczym pojęcia, przez kolejne dni prawdopodobnie napływają do niej informacje od zdezorientowanych widzów. O ile widzowie w ogóle mają jeszcze ochotę podjąć jakikolwiek dialog. I o ile mają na tyle wyobraźni, by uświadomić sobie, że to nie jest jej wina.

Zmieniam zdanie. O ile jeszcze do niedawna upierałam się, że anturaż entourage to sprawa drugoplanowa, o tyle po tym wydarzeniu stwierdzam, że pokaz mody po prostu musi mieć odpowiednie tło. Wilanowski ogród różany był świetnym pomysłem. Nawet łódzki wybieg, przez tak wielu krytykowany, może i nie pomaga, ale przynajmniej nie szkodzi. Natomiast to, co nastąpiło ostatnio, nie przekona mnie do siebie niczym. Stąd tytułowe wrażenie, że chyba ktoś Joanny Klimas nie lubi i robi wszystko, by jej zaszkodzić. Tylko kto i po co? Może to jednak po prostu pech? Mam nadzieję, że gorzej już nie będzie. I kolejne przepiękne skądinąd dzieła projektantki obejrzymy w spokoju (przynajmniej wizualnym).

22

maj

Contradictions

Przeniosłam się w czasie. Niemal dosłownie. Wraz z Tobiaszem w ostatni poniedziałek wylądowaliśmy w wielkiej sali warszawskiego hotelu Victoria, otoczeni miniaturowym jedzeniem, sporymi obrazami zwisającymi zbyt nisko, by nie zwracać na nie uwagi (jeden z hukiem zleciał na pewną panią) oraz tłumem ludzi po części jakby wyjętym wprost z lat dziewięćdziesiątych. Elegancja Francja. Albo, jak kto woli „sen gangstera o luksusie” (tu odsyłam do zbyt szybko wzbogacających się bohaterów filmów Martina Scorsese). Przepych. Niezbyt gustowny (o ile można o tym dyskutować…). Zazwyczaj nie zwracam na to uwagi, ale tym razem (nie wiem dlaczego) się nie dało.

Wracam do sedna. Choć mogło się to w pewnym momencie wydać trudne do sprecyzowania (o czym wyczerpująco na Freestyle Voguing), znaleźliśmy się tam, by obejrzeć kolekcję Joanny Klimas na jesień/zimę 2013/14 pod tytułem „Contradictions”. Ponieważ ostatnio na Facebooku marki pojawiło się kilka zdjęć z odległej przeszłości, zastanawiałam się, na ile projektantka pozwoli sobie na sentymenty, a na ile będzie trzymać się lat obecnych. Jej powrót kilka lat temu był totalnym zaskoczeniem. Oczywiście nie ze względu na fakt samego powrotu, ale na stylistykę, jaką obrała. Czy etniczna Klimas się broniła? Do dziś nie jestem pewna. Ale cieszę się, że potem nie trzymała się kurczowo tamtego pomysłu. Swoją drogą zastanawiam się, ile czasu musi minąć, żebyśmy zapomnieli, że Joanna Klimas miała przerwę w twórczości. Media zdają się trąbić głównie o tym, a przecież, o ile dobrze liczę, prezentowanych było już co najmniej pięć nowych kolekcji. Czy na zawsze przywarła do niej etykietka „tej, która powróciła”? A gdyby tak skupiać się tylko na rzeczach ważnych w tej branży?

Obejrzeliśmy rzecz zwartą, jak zwykle świetnie przemyślaną i z wprawą poprowadzoną. Momentami przewrotną. Ubrania zabudowane pod szyją śmiało odsłaniały brzuchy modelek, a sportowe kroje okraszone zostały cekinami. Z kolei elementy wieczorowe sprowadzane były na ziemię skórzanymi ściągaczami. Zresztą, żeby nie było zbyt nudno, te same ściągacze zdobiły także mięsiste (rzecz jasna, przykrótkie, jak sprzeczność tego wymaga) swetry. Kratka w wersji retro zdobiła elementy na wskroś nowoczesne. A całość urzekała różnorodnością faktur. W dodatku cekinowe suknie (może i ograne, ale wg mnie się broniły) poruszając się na modelkach wydawały przepiękny dźwięczny odgłos.

Zabawa proporcjami wyszła projektantce na dobre. W ogólnym rozrachunku przywołała przełom wieków i pewne miłe zamieszanie, jakie miało wtedy miejsce w modzie. Przesyt ścierał się z minimalizmem, a my z zaskoczeniem odkrywaliśmy, że i dla jednego, i dla drugiego jest miejsce. Joanna Klimas pokazała klasę. Po raz kolejny.

joanna klimas cotradictions

joanna klimas cotradictions (2)

joanna klimas cotradictions (3)

joanna klimas cotradictions (4)

joanna klimas cotradictions (5)

joanna klimas cotradictions (6)

joanna klimas cotradictions (7)

joanna klimas cotradictions (8) joanna klimas cotradictions (9)

joanna klimas cotradictions (10)

joanna klimas cotradictions (11) joanna klimas cotradictions (12)

joanna klimas cotradictions (13)

joanna klimas cotradictions (14) joanna klimas cotradictions (15)

joanna klimas cotradictions (16)

joanna klimas cotradictions (17)

joanna klimas cotradictions (18)

joanna klimas cotradictions (19)

joanna klimas cotradictions (20)

joanna klimas cotradictions (21)

joanna klimas cotradictions (22)

joanna klimas cotradictions (23)

joanna klimas cotradictions (24) joanna klimas cotradictions (25)

joanna klimas cotradictions (26)

joanna klimas cotradictions (27)

joanna klimas cotradictions (28)

joanna klimas cotradictions (30)

Zdjęcia: AKPA

30

paź

Łódź. Część druga.

Obiecany ciąg dalszy.
Ponieważ dziś ostatni dzień nie tylko pokazów, lecz także otwarcia Showroomu, jeszcze trochę argumentów za odwiedzeniem tego miejsca.

Bookoff – księgarnia marzenie. W asortymencie znajdują się wszystkie książki, które śnią mi się po nocach, w tym wielka cegła drobiazgowo dokumentująca twórczość Miucci Prady. Kto nie zdąży wpaść, nic straconego. Bookoff posiada sklep internetowy.

 

 


Fot. Harel

 

Dla wielbicieli mody posiadających psy to pozycja obowiązkowa: Dogs in Vogue. Na poniższych stronach Phillip oraz jego właściciel, niejaki Alfred Hitchcock ;)).

 


Fot. Styledigger

 

A skoro już o psach i modzie mowa… Oto stali bywalcy Łódzkiego Tygodnia Mody, Marcellous L. Jones z Men’s Fashion Insider i piękna Fadira (tak prezentowali się podczas czwartkowego pokazu Teresy Kopias).

 


Fot. Pola Management

 

Tymczasem w Showroomie…

Monika Wyłoga – nawet nie próbuję sobie wyobrazić, ile czasu zajmuje autorce wykonanie jednej takiej torebki. Efekt zachwycający. Uwaga, sesja na stronie mrozi krew w żyłach (przynajmniej moich ;)).

 

 

Gutowski Ewert – na pokazie być nie mogłam, na szczęście trafiłam chyba jeszcze lepiej. Ubrania do dotknięcia, dokładnego obejrzenia i przymierzenia. Mam przeczucie, że dziś coś tam kupię.

 

 

Manitic – krótkie serie, sporo pojedynczych egzemplarzy, wszystko ogromnie pozytywne. Zresztą ta dobra energia jest głównym założeniem młodziutkiej marki. Mam tylko jedno zastrzeżenie: ceny. Odrobinę za wysokie. Ale jestem pewna, że znajdą się osoby, którym nie będzie to przeszkadzać, a satysfakcja z posiadania unikatowego ciucha pokona wszystko :).

 

 

 

 

Neogotik to dzieło Pauliny i Piotra Połozów. Inspirowane wszelkimi możliwymi gałęziami rockowej subkultury. Uwaga, kurtki z ćwiekami są niewiarygodnie ciężkie! Ale jak było w latach osiemdziesiątych? Dokładnie tak samo :).

 

 

 

 

Joanna Hawrot – ponieważ od wielu lat jestem zafascynowana formą kimona, najświeższa kolekcja projektantki trafiła w moje serce niczym strzała Kupidyna. Niestety mój aparat fotograficzny nie był w stanie znieść ogromnej porcji czerni i odmówił posłuszeństwa. Zgodził się jedynie na uwiecznienie pierzastego detalu.

 

 

Katsu – najbardziej zwariowane torebki świata. Gdy ujrzałam poniższą, przypomniał mi się cytat: „Nawet świnka potrafi wejść na drzewo, kiedy jest chwalona”. Kojarzycie, skąd to, drodzy Czytelnicy, czy w czasach Polonii Jeden nie było Was jeszcze na świecie? ;)

 

 

Nie wiem, czy ktokolwiek chce mnie tu oglądać. Nagonka na lansujące się podczas Tygodnia Mody blogerki trwa (czasem słusznie, czasem niesłusznie) i pokazywanie własnej osoby na blogu zdaje się być gorsze od samobója w decydującej minucie meczu. Ale ponieważ pannie Styledigger udało się idealnie oddać mój latami wypracowywany zabałaganiony look, nie mogę się powstrzymać :).

 


Fot. Styledigger

 

Na zaostrzenie apetytu mały podgląd wczorajszych pokazów. Poniżej kolekcje Moniki Ptaszek (wpasowałam się z tą kratą na granatowym tle!), Zuo Corp (chyba lubią Miuccię Pradę ;)), Łukasza Jemioła (nie było mi dane dostać się na salę nawet wejściem dla mediów – w sumie można tylko pogratulować projektantowi zasłużonej popularności) oraz Joanny Klimas – według mnie największego hitu wczorajszego dnia.
A teraz uciekam, by wziąć udział w finalnym odcinku maratonu. Do zobaczenia na trasie!

 

 

 

 


Fot. Łukasz Szeląg