Archiwa tagu: książki

5

sty

Znajdź dla mnie radę…

Na podstawie kilkuletnich obserwacji śmiem wysnuć być może odważną, lecz prawdziwą tezę. Żyjemy w czasach poradników. Na wypadek, gdybyśmy stracili podstawowe umiejętności, eksperci przypominają, jak ugotować jajko na miękko, jak podlać kwiatki, a także jak zapiąć spodnie albo włożyć kapelusz. Tezę potwierdziły prezenty, które dostałam na gwiazdkę. Pierwszy: „Paryski szyk” Ines de la Fressange. Drugi: „Dziesięć sposobów na modę” Mai Sablewskiej. Trzeci: „Jak zostać przywódcą stada” Cesara Millana, ale na tym tytule skupiać się tu nie będę.

 

„Dziesięć sposobów” przeczytałam w jedno popołudnie, a wcale nie kończyłam kursu szybkiego czytania. Nie chce mi się teraz liczyć, ale odniosłam wrażenie, że zdjęć w książce jest dwa albo nawet trzy razy więcej niż tekstu. Zresztą zdjęć, które oglądam z przyjemnością, bo styl ubierania autorki bardzo lubię. Gorzej z jej pisaniem. Wprawdzie złapałam optymistyczny wydźwięk, ale nad redakcją mógłby ktoś popracować. Nie jestem polonistką, więc nie będę się tu wymądrzać na temat składni czy stylistyki, ale jako osoba umiejąca czytać odczuwam pewien dyskomfort, odnajdując wciąż te same wyrazy, zdanie po zdaniu. I wciąż ten sam przekaz. Gdyby się postarać, tekstu mogłoby być dwa razy mniej, z korzyścią dla książki. Język polski jest zbyt piękny, by się ograniczać do najpopularniejszych słów. Być może chodziło o to, by tekst był prosty w odbiorze. Niestety paradoksalnie nie jest. Przynajmniej dla mnie.

 

Wracając do samego przekazu – duże brawa. W końcu sama autorka mówiła nie raz, że nie każdy musi się orientować w kwestiach mody (czy raczej stylu, bo kwestii mody książka nie porusza). Są osoby, które czują się w tych sprawach jak dzieci we mgle. Jeśli im z tym dobrze, zostawmy ich w spokoju. Ale jeśli nie, tych kilka rozdziałów nie zaszkodzi. Mam tylko wątpliwości, czy po lekturze książki zdołamy odnaleźć swój styl, czy może raczej… Mai Sablewskiej. Przynajmniej nie próbuje nas ona przekonać, że jesteśmy wazonem albo kolumną. Ufff…

 

„Paryski szyk”, choć jest wydawnictwem zdecydowanie bardziej uniwersalnym, polskim tłumaczeniem przygwoździł mnie do podłogi i wciąż nie mogę się pozbierać. Naprawdę niegłupim pomysłem byłoby zatrudnianie przy takich przedsięwzięciach konsultanta, który wykluczyłby choćby takie kwiatki jak „torba typu tote”. Z kolei pozostawienie francuskich określeń odbieram jako pretensjonalne, choć na swój sposób przyjemne. Ot, taki snobistyczny ton. Usunęłabym jednak przynajmniej połowę z nich, bo momentami robi się po prostu śmiesznie.

 

Same porady wydają się dość oczywiste, ale jeśli ktoś lubi podsumowania i tabelki, odnajdzie w tej książce spełnienie. Sporo informacji dotyczy tzw. faux pas, czyli, swobodnie na polski przekładając, grzechów przeciwko modzie. Choć wciąż nie rozumiem, co znaczy, że „gumki owijki są zbyt dziewczyńskie”, sporo punktów mi się przyda, zwłaszcza gdy zapadnę na amnezję i będę chciała nosić białe skarpetki do sandałów albo stringi wystające z dżinsów.

 

„Paryski szyk” jest zdecydowanie bardziej do czytania niż oglądania, nie sposób jednak pominąć fenomenalnej szaty graficznej. Co ciekawe, zabawne rysunki wykonała sama autorka i chwała jej za to. Ze zdjęciami bywa różnie, zwłaszcza w rozdziale o paryskich miejscach wartych odwiedzenia. Ale już kończę, żeby nie obudzić głosów w stylu: „W takim razie sama zrób to lepiej”. Ja się do pisania książki nie zabieram, wolę to pozostawić ekspertom (nawet samozwańczym, trudno, idealnie nigdy nie będzie).

 

Istotnym aspektem jest dostrzeżenie przez de la Fressange kobiet po pięćdziesiątce. Być może dlatego, że sama też przekroczyła magiczną granicę, nie udaje, że one nie istnieją albo że mogą się ubierać dokładnie tak samo jak nastolatki. Chętnie podetknęłabym niektóre zdania pod sam nos osobom w moim wieku, które robią sobie straszną krzywdę dzień po dniu.

 

Nie wiem, czy będzie jakiekolwiek podsumowanie. I jedna, i druga książka ma swoje plusy i minusy. Co zabawne, jeśli chodzi o tzw. podstawy garderoby (których chyba w żadnym poradniku zabraknąć nie może), u obu pań są niemal identyczne. Mała czarna (a jakże!), perfekcyjne dżinsy, trencz, skórzana kurtka, biała bluzka. No cóż… Jako komentarz pozwolę sobie zalinkować genialny tekst Tattwy o największych banałach na temat mody. I wiecie co? Najbardziej bym chciała, żeby Tattwa wydała kiedyś poradnik. To by dopiero było!