Archiwa tagu: Łódź

23

lut

Many Mornings

Z szerokim uśmiechem przedstawiam Wam nową polską markę, Many Mornings. Skąd taki entuzjazm w poniedziałek? Wystarczy spojrzeć na wzory i kolory, a potem schrupać ze smakiem informację, że jest to produkcja w stu procentach krajowa. Chodzi tylko i aż o skarpetki. Tylko, bo cóż to takiego – drobiazg od czasu do czasu migający spod nogawki. Aż – przypomnijcie sobie, ile może budzić emocji. Od ślinotoku ofiar mody wpatrzonych w mistrzowskie skądinąd dzieła Prady czy Castiglioni, po zgrzytanie zębami na widok popularnego od dekad połączenia tychże z sandałami – zawzięcie komentowanego rok po roku, bez skutku. Przyznaję, że do wspomnianego akcesorium nie przykładałam szczególnej wagi, miałam świadomość istnienia „Happy Socks” i jej podobnych, ale skupiałam się na właściwościach cieplnych przede wszystkim. Szaroczarne pięciopaki z H&M dawały radę od ponad dziesięciu lat. Zresztą po co się trudzić, skoro między dolnym brzegiem dżinsów a górnym botków zdarzy się co najwyżej centymetr przerwy?

Aż tu nagle odezwał się tekstylny patriotyzm. Many Mornings działa w Aleksandrowie Łódzkim, lokalnie określanym jako „polskie skarpetkowo”. Trudno uwierzyć, że skarpetki produkuje się tam od ponad stu lat (zwłaszcza gdy w polskich sieciówkach element ten niezmiennie okraszony jest zbitką „made in China”). Rodzinne przedsiębiorstwo wzięło się do roboty i na bazie najprostszej z możliwych postanowiło stworzyć coś od nowa. Stąd mnogość deseni w najsoczystszych barwach i rodzajach, bez obaw o zbyt wysokie loty. Są i regularne formy geometryczne, i zwierzęta (na wiosnę do sklepu zawitały tukany i pszczoły), i nawiązania do polskiego folkloru (motywy góralskie, łowickie i kaszubskie), i zabawy opartowską iluzją. Aż się nie chce wkładać butów.

Co więcej, marka Many Mornings stworzyła program Share a Pair – niosący pomoc potrzebującym. My kupujemy parę skarpet, a w tym samym czasie druga automatycznie trafia do domów dziecka, ośrodków pomocy społecznej itp. Inicjatywa godna naśladowania. Kończę, bo muszę znów spojrzeć na swoje kolorowe skarpetki. Rozumiecie mnie chyba?

baner2

lookbook_05

lookbook_10

lookbook_11

lookbook_12

lookbook_17

Zdjęcia: Many Mornings

4

lut

I’m not then

Świdrujący uszy modulujący głos Gaby Kulki w monologu „Not I” Samuela Becketta, zwolniona choreografia modelek, zawężona do minimum paleta barw i niewygodne uczucie, które pogłębiało się z każdą kolejną sylwetką pojawiającą się na wybiegu. Nenukko. Nigdy nie zostawia nas obojętnych, choć łódzki pokaz należał raczej do denerwujących, nie odprężających. Gdzieś w tym wszystkim przepadły same ubrania, w przeciwieństwie do sezonów poprzednich, gdy to właśnie one budowały napięcie. Może dlatego, że tym razem ich forma uspokoiła się, złagodziła, wręcz zobojętniała. Kapelusze Hat Hat (stworzone specjalnie na potrzeby pokazu) opadające na oczy modelek dodatkowo odwracały uwagę od projektów marki, narzucając skojarzenie z młodziutką bohaterką filmu „Kochanek” Jeana-Jacquesa Annauda (swoją drogą, jeśli go nie widzieliście, to gorąco polecam – choć stroje dziewczyny schodzą w historii na drugi plan – dosłownie i w przenośni – warto im się przyjrzeć, a potem odkryć na nowo projektantów słusznie okrzykiwanych minimalistami). A potem wróciłam do tych ubrań w całkiem innych okolicznościach. W zaciszu warszawskiego showroomu przesuwałam wieszak za wieszakiem i dziwiłam się, jak to się mogło stać, że tyle fantastycznych szczegółów umknęło mi podczas pokazu.

„I’m not then” to projekty na wiosnę i lato 2015 stworzone przez Nenukko. Śmiało mogę stwierdzić, że składają się w najbardziej dojrzałą kolekcję w historii marki. Pełną sprawdzonych schematów, a jednocześnie sięgającą wysoko po całkiem nowe. Czystość, transparentność, ale też sporo ukrytych detali. Drobne paseczki na spodniach, plisy sukienki (skojarzenie z pracami Miyake to w tym momencie komplement), kudłaty sweter, celowe zagniecenia, wiązania, warstwy, cięcia… Tradycyjnie przeważają czernie, biele i szarości, nie zabrakło jednak miejsca dla granatów, błękitów i beżów, choć pod tym względem lookbook nieco rozczarowuje, bo nie widać w nim niektórych istotnych momentów. Mimo to prostota kolekcji świetnie oddaje przesłanie projektantek. Zmęczenie kulturą masową, płytkością więzi międzyludzkich, pogonią za niepowtarzalnością. Nie chciałabym nadużywać słowa „normcore”, bo mnie w końcu zatłuczecie, ale nie można odmówić „I’m not then” pewnych podobieństw, chociażby w reakcji na otaczającą rzeczywistość. To pewna niezgoda, cichy bunt, sprzeczna opinia. Mocnym (choć na pierwszy rzut oka niewidocznym) akcentem jest niemal całkowite odejście od sztucznych materiałów. Przewagę bawełny i lnu odbieram jako kolejną deklarację Nenukko, chęć odcięcia się, zmiany i odkrywania nowych ścieżek.

I w końcu jest spokój. Prostota, ale nie nuda. Oddech. Swoboda. Nieskrępowanie. Podsumowując, wszystkie nasze marzenia na lato zamknięte w jednej kolekcji. Kto by przypuszczał?

bluzkaMINTU_spodniePASSO_przod

bluzkaAMEL_szortyIVY_przod

bluzkaBOSE_szortuIVE_narzutaMALTA_przod

bluzkaBOSE_szortuIVE_narzutaMALTA_ty+é

bluzkaFANA_spodniePASSOgray_przod

bluzkaGEMMA_spodniePASSO_przod

bluzkaHAZEL_spodniePASSO_przod

bluzkaHAZEL_spodniePASSO_tyl

bluzkaMINTU_koszulaKAMA_spodnieDUBLIN_przod

spodniePASSO_koszulaLIMMI_przod

tunikaIRIS_spodniePASSO_przod

sukienkaPINA_przod

sukienkaTEYNA_przod

tunikaNOOBI_szortyIVY_przod

Poniżej wybrane sylwetki z łódzkiego pokazu. Nie wszystkie znalazły miejsce w lookbooku, poza tym chciałam Wam pokazać kapelusze, bo piękne. Teraz seans filmowy obowiązkowy.

NENUKKO WIOSNA 15

NENUKKO WIOSNA 15a

Zdjęcia: Nenukko

13

sty

Siedem marek normcore, które musisz znać

Był bunt, potem milczące przyzwolenie, a teraz – choć niechętnie się do tego przyznaję – radość. Pół roku temu byliście świadkami mojego narzekania na zjawisko normcore oraz powierzchowną jego interpretację przez naszą drogą modę. Cóż, machina ruszyła, stało się, nic tego nie zatrzyma. Zamiast więc zacietrzewiać się i obrażać, dla równowagi szybko znalazłam dobre strony tej reakcji. Bo to, co zostało siłą nazwane, od wielu lat istniało sobie w cieniu innych większych, bardziej charakterystycznych i reagujących na pędzącą na łeb na szyję rzeczywistość.

Niczego nie udają, za niczym nie gonią. Odporne na działanie czasu. Należałoby się zastanowić, co jeszcze kwalifikuje daną markę do określenia mianem normcore. Bo – warto zaznaczyć – normcore nie stanowi jednego zunifikowanego stylu. To szereg zjawisk całkiem od siebie odległych, lecz spiętych klamrą konsekwencji i pewnego rodzaju ponadczasowości. Do tych sklepów wracamy pewni, że znajdziemy dokładnie to, czego szukamy. Że ulubiony model swetra nie został wycofany, a zniszczony trencz zastąpimy równie dobrym po pięciu latach. Wybrałam siedem marek, młodych i starszych, które najlepiej się z normcore identyfikują (często bezwiednie), w dodatku bez szkody dla siebie samych. Warto je znać, bo nigdy nie zawodzą.

MUJI – japońska królowa normcore’u. Nie do ruszenia. Jeszcze zanim ktokolwiek wpadł, by ukuć to słowo, marka reprezentowała jego wszystkie cechy. Zero szpanu, świecenia logo czy rażenia po oczach najnowszym trendem. Bestsellery powracają co sezon, a nowości szybko zdobywają wierne serca. Bawełna organiczna czy materiały z recyklingu były tu dostępne jeszcze przed erą mody na ekologię. Muji to ubrania praktycznie niezniszczalne. Wiem, bo jestem posiadaczką kilku różnych elementów i ząb czasu ich nie tyka. W sezonie jesiennym zawitały do sklepu najróżniejsze koszule z miękkiej flaneli oraz swetry z kaszmiru i alpaki. Co ważne, można się tu ubrać od stóp do głów, a przy okazji urządzić całe mieszkanie. Jedyna wada? Dość wysokie ceny. Niweluje ją zaleta: porządne wyprzedaże. Zwłaszcza na przełomie sezonów. Czy genialny męski granatowy trencz za niecałą stówę będzie wystarczającym argumentem? W mojej szafie od trzech lat.

muji fall 14

muji fall 14 2

SECRET LIFE – polska marka mająca za sobą już cztery udane sezony. Powstała z uwielbienia zwyczajności – czy może być lepsza rekomendacja? Zimą i jesienią znajdziemy tu wełniane swetry i płaszcze. Latem – świetnie skrojone białe koszule i sukienki z lekkiej dzianiny. Swobodne fasony, oszczędna gama kolorów, trochę zapożyczeń z męskiej szafy, ale wszystko pod płaszczem stuprocentowej, choć dyskretnej kobiecości. W tych ubraniach się żyje. Po prostu.

secret life jesien

secret life jesien (2)

secret life jesien (3)

KISS THE FROG – spokój i relaks. Choć serwowane są smakowite nowości, całość pozostaje w niezmiennym klimacie. Autentyczność marki podkreśli spotkanie z projektantką, Moniką Szczuką. Zawsze w ubraniach swojego projektu, zawsze pełną energii. To surowe, obszerne formy, w których można się komfortowo ukryć. Zawsze na posterunku.

kiss the frog 2014b

kiss the frog 2014a

BORKO – oto normcore w wydaniu klasycznym. Stworzony dla kobiet żyjących w wiecznym pośpiechu i niemogących sobie pozwolić na nonszalancki (to eufemizm) wygląd. Ubrania eleganckie, zachowujące wypracowane latami metody krawieckie, zaserwowane przy użyciu najlepszych materiałów, nierzadko szlachetnych. Już od paru lat hitem pozostaje luźna sukienka z symetryczną kontrafałdą u zbiegu z dekoltem V. Sięganie po tradycyjne fasony i nadawanie im współczesnego sznytu to specjalność Aleksandry Chmielewskiej, twórczyni marki. „BORKO dąży do tego, by kobieta mniej czasu poświęcała na ubiór, a więcej na życie” – i wszystko jasne.

borko 2014a

borko 2014b

BAGSY – pamiętacie siatkę na zakupy? Nie reklamówkę Boss, nie torbę „ekologiczną”, tylko siatkę. Taką, w której filmowa Marysia przewoziła na rowerze ciężkie kilogramy cukru (biorąc udział w wiekopomnej misji zbadania zawartości cukru w cukrze w zależności od położenia danego sklepu). Łódzka marka Bagsy wskrzesza ją z popiołów zapomnianej przeszłości. Kto więc marzy o zwyczajności w stylu retro, może sobie szybko takową zapewnić. A prócz niej pojemne i najzwyklejsze w świecie drelichowe i dżinsowe worki oraz grube czapki idealne na trzy z czterech polskich pór roku.

bagsy store (4)

bagsy store (5)

bagsy store (2)

bagsy store (3)

SI-MI – punktem wyjścia założonej w 2013 roku przez Janusza Bielenię marki była inspiracja londyńską ulicą. Ja tu widzę sporo innych miast. Od Seattle późnych lat osiemdziesiątych po obecny Berlin, wymieszaną kulturowo Brukselę czy zachowawczą Warszawę. Choć każdy tydzień przynosi nowe ciuchy, całość uparcie i z powodzeniem trzyma się mocno skonkretyzowanego stylu. W Si-Mi zjawisko fast fashion przybiera zdecydowanie bardziej ludzką formę niż w większości sieciówek. Krótkie serie nie wykluczają powrotów wciąż i na nowo ukochanych modeli. Moim hitem jest raglanowy t-shirt. Mogłabym go mieć w każdym możliwym kolorze. Bo nie dość, że bez problemu mieszczę się w niezbyt obszerny rozmiar (choć tu muszę podziękować również jodze), to jeszcze wyglądam jak człowiek.

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

UNIQLO. Powrót do Japonii. I jedyna marka, której wciąż nie ma w Polsce, choć wreszcie dopisano nasz kraj do listy obsługiwanych przez brytyjski sklep internetowy. Jej początki sięgają lat pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. W 1984 roku powstała nazwa: Unique Clothing Warehouse, skrócona szybko do wersji obecnej. Każde europejskie otwarcie budziło pozytywną histerię (o ile w ogóle coś takiego może istnieć), a nie zawsze było tak różowo. Skupię się jednak na teraźniejszości. Czym ujmuje japońska marka? O ile Muji jest dość zwyczajne, to jednak zachowuje pewien powściągliwy klimat, zwany uparcie przez niektórych minimalizmem, o tyle Uniqlo to mieszanka wybuchowa we wszystkich kolorach tęczy. Jeśli wymyślisz sobie kaszmirowy sweter w kolorze wściekłej pomarańczy, możesz tam wejść i bez szukania o niego poprosić. Będzie w co najmniej trzech fasonach. Nie możesz nigdzie znaleźć prostej dżinsowej koszuli? To samo. Uniqlo to także pionier ultra nowoczesnych rozwiązań technologicznych. To właśnie tam pojawiły się niezwykle lekkie (i równie ciepłe) kurtki puchowe, które można bez problemu zmieścić w kieszeni, a także rewolucyjna bielizna termiczna (kto nie zna, ten nie zrozumie zachwytu – po prostu trzeba spróbować, zwłaszcza teraz, gdy powstaje w tylu różnych opcjach). I jeszcze jedno. To jedyna sieciówka, której udało się namówić do współpracy Jil Sander. Linia +J okazała się takim sukcesem, że kooperacja przedłużyła się na dwa lata (od 2009 do 2011), a jesienią 2014 do sklepów trafiła reedycja najlepszych wspólnych projektów. Cecha charakterystyczna? Zero ozdobników. Istnienie poza modą. Można? Można.

uniqlo

uniqlo (3)

uniqlo (2)

Zdjęcia: Muji, Uniqlo, Bagsy, Si-Mi, Secret Life, Borko, Kiss the frog.

30

paź

Proszę wyjść

Dałam Łódzkiemu Tygodniowi Mody kolejną szansę. Została zmarnowana. Po jego zakończeniu ogarnęło mnie współczucie. Ogromne. Dla wszystkich po kolei. Projektantów, widzów, redaktorów (tej garstki, która jakimś cudem się pojawiła), fotografów, modelek, obsługi, wystawców, a wreszcie dla mnie samej. Czuję, że powinnam to napisać. Z drugiej strony szkoda mi osób, które ten tekst niesłusznie skrzywdzi. Bo czy to ich wina, że brali udział w tej a nie innej imprezie? Czy mieli alternatywę?

Od poniedziałku ciągle odpowiadam na pytanie: Jak było w Łodzi? I odpowiedź jest jedna: Beznadziejnie. Pomijam aspekt towarzyski, bo ze znajomymi równie dobrze mogę się spotkać u siebie w domu, bez narażania się na tyle negatywnych bodźców. Miło było poznać nowych ludzi, z którymi znamy się tylko z sieci, ale nie o tym dzisiaj.

Rozwinięcie mojej odpowiedzi może stanowić kilka historii, które spotkały albo mnie, albo ludzi z najbliższego otoczenia, a także ogólne wrażenia osoby, która na imprezie była po raz ósmy, pełna nadziei, że tym razem będzie lepiej. Jak najkrócej i jak najkonkretniej. Bez zbędnego rozpisywania się.

1. Z pustego pierwszego rzędu przegania się mnie do tyłu ze słowami: „media siedzą w drugim”. Gdybym się przesiadła, pięć minut później zagoniono by mnie z powrotem do pierwszego. Nie mam o sobie wygórowanego mniemania, ale niech pokażą mi dziesięć osób z tam obecnych, które piszą tyle o polskiej modzie co ja (o poziomie tekstów nawet nie wspominam).

2. To samo robi się z członkami rady programowej FPFWP, żeby na ich miejscu mógł spocząć organizator imprezy. W rezultacie wychodzą i nie oglądają pokazu. Gdyby nie przypadkowe spotkanie z osobami decyzyjnymi, które zareagowały błyskawicznie, prawdopodobnie wszyscy byśmy wyjechali.

3. Gdy robię wywiad z projektantem w strefie projektanta, podchodzi do mnie obsługa i informuje, że nie wolno mi tu przebywać. Zero wyjaśnień. Proszę wyjść. Dodam, że nigdzie się nie włamałam, posiadałam odpowiedni identyfikator. Ale ponieważ moja twarz mało komu coś mówi…

4. Wszelkie próby pobrania materiałów zdjęciowych z serwera kończą się porażką. Do dziś się to nie zmieniło. Gdyby nie projektanci, nie dysponowałabym żadnymi zdjęciami.

5. Nie wiem, kto ma ostateczny wpływ na dobór projektantów i marek biorących udział w imprezie. To była najgorsza edycja pod względem poziomu i estetyki. Jeśli rzeczywiście zostały wybrane najlepsze kolekcje ze wszystkich zgłoszonych, to chyba żyję w równoległym świecie.

6. Podobnie nie wiem, kto miał wpływ na dobór modelek. Drogie dziewczyny, jeśli to czytacie, nie bierzcie do siebie tej uwagi. Istnieje szereg uroczych kobiet, które nie powinny być modelkami i koniec. Sama mam problem z chodzeniem w szpilkach, ale gdybym miała to robić zawodowo, raczej bym się przyłożyła. Nie jest Waszą winą, że FPFWP zdecydował się na wynajęcie tej a nie innej agencji.

7. Czy na którymkolwiek ze światowych tygodni mody, do których łódzki tak mocno aspiruje, znajduje się osobne wejście dla mediów zagranicznych? Rozumiem, że zapewniają tyle publikacji i rozgłosu, że warto ich dopieszczać na każdym kroku. Jeśli tak, ten punkt skreślamy. Absencja mediów polskich dojmująca.

8. Nagroda Macademian Girl Designer Award. Przede wszystkim: piękny gest, doceniam. Ale miałby sens poprzedzony nagrodami od Elle, VuMaga czy samego Fashion Philosophy. To impreza międzynarodowa, z szeregiem sponsorów i partnerów. Dlaczego jedyną nagrodę dla projektantów funduje blogerka? Czy w naszym kraju jest aż tak źle? Pomijam fakt, że została wręczona przed obejrzeniem wszystkich pokazów. Kilkanaście godzin później i sprawa prezentowałaby się znacznie lepiej.

To nie są drobne potknięcia. To poważne błędy. Przyjechałam tam z własnej woli, do pracy, za którą również z własnej woli nic nie dostaję. Utrudniano mi działanie wielokrotnie. Już mam szczerze dosyć pisania, że wszystko rozumiem, że pomyłki są wpisane w ludzką naturę itd. Ta impreza sama się pogrąża. Wizerunkowo i organizacyjnie. To nie znaczy, że nie widzę plusów. Ale, jak mawiał klasyk, Ryszard Ochódzki, „rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów„. Dziś było o minusach. Plusy dzierży resztka dobrych projektantów, którzy pozostali na pokładzie tonącego okrętu. I o nich w najbliższym czasie. Dziękuję za uwagę.

27

paź

Sold!

Michał Szulc postanowił się sprzedać. Ogłosił to mocno i konkretnie, choć niewerbalnie. Że coś się szykuje, dało się odczuć już kilka miesięcy temu, gdy jesienno zimową kolekcję Fire podzielił na dwie części. Pierwszą zaprezentował w Warszawie, drugą – podczas Łódzkiego Tygodnia Mody. Choć łączył je tytuł, każdy z rozbudowanych modułów przemawiał po swojemu, posługując się krojami, gamą kolorystyczną, a nawet przeznaczeniem danych elementów. Obecnie dystans zwiększył się na tyle, że druga kolekcja otrzymała miano całkiem nowej marki – SOLD. Co więcej, chwilę po sobotnim pokazie ruszył sklep internetowy. Natychmiast skojarzyło to mi się z działaniami marek zagranicznych (np. Burberry Prorsum), których ubrania od kilku sezonów można kupić online już kilka minut po premierze na wybiegu. Pełen profesjonalizm i niski ukłon w stronę wygłodniałych klientów. Żadnego czekania. Widzisz, klikasz, kupujesz i masz. Wprawdzie pojawiła się tylko część kolekcji (na moje oko mniej więcej połowa), ale to i tak spore osiągnięcie, jak na tempo, do którego przywykliśmy w polskiej branży.

Michal Szulc Sold (1)

Czytaj dalej

24

paź

Dlaczego pojechałam do Łodzi?

Agnieszka Maciejak, Berenika Czarnota, Agata Wojtkiewicz, Bohoboco, Zuo Corp., Łucja Wojtala, Joanna Klimas, Anna Poniewierska, Maldoror, Anna Pitchouguina, Ania Kuczyńska czy wreszcie MMC Studio. Z pewnością nie wymieniłam wszystkich, bo pisałam posługując się swoją złudną pamięcią. O co chodzi? To projektanci i marki, które mogliśmy oglądać podczas Łódzkiego Tygodnia Mody (w dłuższym skrócie Fashion Philosophy Fashion Week Poland). W większości przypadków niejednokrotnie. Z niektórymi z nich miałam do czynienia po raz pierwszy na żywo wlasnie tu, w Łodzi. W najbliższych dniach nie zobaczymy ani jednej. Tak, dobrze czytacie, także MMC (choć jeszcze we wrześniu słynna informacja prasowa zapowiadała ich obecność – zaraz obok stylistki współpracującej z „Calvinem i Kleinem” – pisownia oryginalna, ale to już pewnie wiecie). Niektórzy z projektantów otwarcie mówią, że pokazy na tej imprezie w żaden sposób im się nie opłacają. Inni zrezygnowali na rzecz warszawskiego blichtru. Jeszcze inni kompletnie się zaszyli i żadne pokazy im niepotrzebne. Kto w takim razie został? I czemu to wciąż gigantyczne przedsięwzięcie służy? I wreszcie: co ja tu robię? W dużej tajemnicy Wam powiem, że mogłam być teraz w hotelu przy słonecznej plaży i oddychać powietrzem o znacznie wyższej temperaturze – i to też w związku z blogiem. Wybrałam Łódź. Czy jestem masochistką?

Przyjechałam tu dla projektantów. Tych, którzy jeszcze zostali, choć imprezę porównuje się ostatnimi czasy do tonącego okrętu. A mnie naprawdę nie obchodzi, co się dzieje za kulisami. Piszę o polskiej modzie, przedstawiam Wam ją najlepiej jak potrafię. I wciąż mam nadzieję, że w kontekście Łodzi będzie co przedstawiać. Z niecierpliwoscią czekam na tych, którzy za każdym razem trzymali wysoki albo najwyższy poziom. Na Michała Szulca z całkiem nową marką Sold (pamiętam, gdy startował z linią Sale). Na Nenukko i przekaz poza schematem mody. Na Kas Kryst, której kolekcje sezon po sezonie nabierają dojrzałości. Na Olę Bajer i pierwszy jej pokaz w Alei Projektantów (Magda Floryszczyk zagościła tam wczoraj – i słusznie). Łukasza Jemioła, za którym wielbicielki przyjadą zapewne z całej Polski, choć to „tylko” linia Basic. I na Dawida Tomaszewskiego, który za każdym razem (przynajmniej do tej pory) dawał dość boleśnie odczuć, co to znaczy dla polskiego projektanta mieć możliwość pracy za granicą (to się potocznie nazywa „ukłucie zazdrości”). Liczę też na nowe marki, choć kilkuletnie obserwacje dowodzą, że te znikają równie szybko, jak się pojawiają. Czasem to duża szkoda. Ale też dowód, jak bardzo potrzeba myślenia perspektywicznego. Jeden udany sezon nie czyni mistrza. Nawet jeśli był wybitny.  Wiem, samą myślą nie uszyje się kolekcji – ale to temat na inny tekst.

Optymizm zelżał na widok Showroomu. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie dobierani są wystawcy, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Nawet jeśli pośród listy przebojów polskich hurtowni tekstylnych pojawiają się perły, potrzeba sporo energii, by je wyłowić. Pomieszanie z poplątaniem. Zresztą być może wlasnie ta przestrzeń najlepiej oddaje to, co według mnie stanowi największy problem imprezy.  Przedstawię go przewrotnie, w kilku pytaniach. Kto jest głównym odbiorcą FPFWP? Jakie są jej cele? Dlaczego tak mało tu polskich dziennikarzy, coraz mniej zainteresowanych wydarzeniem redakcji? Czy kilka jednorazowych wzmianek w mediach zagranicznych ma większą moc niż regularna obecność w mediach polskich? Polska moda, którą tu widać, to zlepek tak przeróżnych płaszczyzn, poziomów i kontekstów, że nie sposób jej nakreślić nawet prostym szkicem. Ba, prosty jest najtrudniejszy, zwłaszcza w tej mnogości znaczeń.

Hurtownie koronek obok młodych zdolnych. Flauszowe płaszcze gotowe do sprzedaży w każdej lokalizacji obok biżuterii dla dzikich mieszkańców lasu. Nieśmiertelna szara dresówka plus wypłukane błękity monopolizowane swego czasu przez Roberta Kupisza. Na wybiegu jak do tej pory plastik, przeterminowane trendy i wątpliwego uroku powrót do lat dziewięćdziesiątych i pierwotnej euforii wywołanej transformacją. Kilka, dosłownie kilka zjawisk dających nadzieję. Nie przekreślam i staram się nie oceniać pochopnie, dopiero jeden dzień za mną, a na warunki do pracy narzekać nie mogę (nawet jakiś mesjasz zamienił wino w wodę, dzięki czemu odbiór pokazów pozostaje niezakłócony – taki hermetyczny żart). Ale też nie ma sensu udawać, że wszystko jest piękne i bez skazy. Mimo pozorów jestem pełna sympatii do tego wydarzenia. Czasem wygodniej by było pomilczeć, ale właśnie ta sympatia mi na to nie pozwala. Czy biernie obserwowalibyście, jak Wasz dobry kumpel się potyka? Otóż to. Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Jeśli jakimś cudem przegapiliście tekst o FPFWP z PR-owego punktu widzenia, zapraszam do Fashion PR Girl – obowiązkowo. Nikt tego lepiej nie ujął.