Archiwa tagu: lookbook

5

cze

Space

Tego u Joanny Hawrot jeszcze nie było. Od kolorów i wzorów może się zakręcić w głowie. Prążki, hawajskie kwiaty, przeskalowane róże, wyraziste grafiki, błysk, mat… Baza jest na szczęście znajoma. Kimono zinterpretowane na nowo i dostosowane do naszych czasów. Największe wrażenie robi wzór do złudzenia przypominający suminagashi – papier zdobiony charakterystyczną techniką wywodzącą się, a jakże, z Azji (nie będę jednak zajmować stanowiska w sporze, czy powstał w Japonii, czy w Chinach). W Europie jego odpowiednikiem jest papier marmurkowy, najpopularniejszy we Włoszech (wg mojego skromnego podróżniczego doświadczenia). Ostatnie tak sugestywne nawiązanie widziałam u Driesa van Notena w jesiennej kolekcji z 2008 roku.

Projektantka pragnęła stworzyć taką kolekcję, w której jednocześnie każdy z elementów stanowić będzie skończoną całość, lecz pozostanie także integralny z resztą. Tu potrzebne są siła i odwaga, zwłaszcza w celu zrealizowania drugiego założenia. Ale udaje się, co widać poniżej. Można też to sobie wyobrazić w innych konfiguracjach. Space (tytuł projektu) ma „odzwierciedlać przestrzeń otwartą na inspiracje, pełną twórczej swobody”. To tłumaczy sporą różnorodność na przestrzeni jednego sezonu i trochę też zamyka mi usta. Bo w pierwszej chwili nie d końca mogłam się odnaleźć w tym pozornym chaosie.

Oprócz silnych kobiecych sylwetek pojawiło się kilka męskich, zdecydowanie spokojniejszych, choć nie do końca ugrzecznionych. Odrobina tu dandysa, odrobina chłopaka na wskroś współczesnego. Czyli zabieg łączenia starego z nowym, który u Joanny Hawrot sprawdza się zawsze. Uwaga, panowie, to dopiero zapowiedź większej całości.

Joanna Hawrot Space (6)

Joanna Hawrot Space (5)

Joanna Hawrot Space (4)

Joanna Hawrot Space (13)

Joanna Hawrot Space

Joanna Hawrot Space (2)

Joanna Hawrot Space (3)    Joanna Hawrot Space (7) Joanna Hawrot Space (8)

Joanna Hawrot Space (9)

Joanna Hawrot Space (10)

Joanna Hawrot Space (11)

Joanna Hawrot Space (12)

10341777_671352809568337_5238702976526761871_n

10349066_671352826235002_667278132599283135_n

10354779_671352736235011_6399731417682476033_n

10367713_671352822901669_8930169641850956494_n

10373527_671352639568354_3822932083215622771_n

10412015_671352916234993_1538598161568190731_n

Fot. Krzysiek Hawrot
Projekt graficzny: Agnieszka Stopyra
Modele: Maria, Michał / Fashion Color Models Agency
Makijaż, włosy: Joanna Wolff
Projektantka: Joanna Hawrot
Asystent projektantki: Agnieszka Ludwikowska

26

maj

Pastel Line

Warszawska pogoda za oknem zmusza mnie do porzucenia choć na chwilę tematu jesieni i skupienia się na aktualnościach. A jest o czym pisać. Choć pęd mody doprowadza do tego, że niektóre z wiosennych kolekcji paryskich czy nowojorskich wydają mi się mocno przeterminowane, a nawet zeszłoroczne i ze zdumieniem stwierdzam, że przecież powstały na okoliczność lata, które nawet się jeszcze nie zaczęło. Ot, paradoks. Nic nowego, ale wciąż zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Chciałabym pisać o jesieni jesienią, a o lecie latem. Czasem to się udaje, na przykład dziś.

Pastel Line to propozycja marki DRESSAP na upalne lato. Poszczególne elementy otrzymały nazwy wiatrów – od całkiem niewinnej bryzy po szalone tornado. Całość utrzymana jest w wakacyjnej konwencji, ciągnie w stronę egzotyki, choć w niebezpośredni sposób. Biel to kolor przewodni. Występuje w różnych odmianach – od cienkiej przez poszarpaną do całkiem grubej dzianiny. Im grubsza, tym bardziej obszerna, co pozwala ubraniom na… złapanie wiatru. Dosłownie. Wielbicielkom marki (oraz wcześniejszych dokonań Anny Pirowskiej w duecie z Agatą Zemełką) z pewnością spodobają się typowe dla niej wykończenia (kultowe – w podwójnym znaczeniu tego słowa – „krótko z przodu, długo z tyłu”). Nie zabrakło też charakterystycznej kolorowej kurtki, tym razem ozdobionej niezwykle kolorową grafiką przywodzącą na myśl strumień światła przepuszczonego przez pryzmat (a nawet kilka). Szereg najróżniejszych sukienek i tunik dopełniają bardzo proste koszulki, a także proste, choć niebanalnie wykończone (a dokładniej: rozszarpane) dresowe spodnie. I akcesoria, które aż się proszą o zdublowanie w innych kolorach. Może wraz z rozwojem marki ta kategoria będzie się rozkręcać. Gorąco tego projektantce życzę.

dressap pastel line 4

dressap pastel line 5

dressap pastel line 6

dressap pastel line 7

dressap pastel line 8

dressap pastel line 9

dressap pastel line 1

dressap pastel line 2

dressap pastel line 3

Fot. Rafał Stanowski

25

maj

COS jesienny

Zapewniam, to tylko pozory, jesienna odsłona COS wcale nie jest tak ponura, jaka mogłaby się wydawać po spojrzeniu na poniższe zdjęcia. Wprawdzie paleta barw, która trafiła do materiałów prasowych znajduje się niebezpiecznie blisko ziemi (ewentualnie chmurnego listopadowego nieba lub mroźnej grudniowej nocy), ale wierzcie mi na słowo, miejsca na szaleństwo zostało całkiem sporo. Co zresztą widać po kroju co poniektórych ubrań – nawet jeśli w brązach i szarościach, nudno nie będzie. Jesień powinna być cięższa niż lato. Tak już się utarło, zwłaszcza w naszym europejskim klimacie (a w skandynawskim, skąd COS pochodzi, tym bardziej). Nie zdziwmy się więc, jeśli odnajdziemy sukienkę uszytą z tej samej grubej wełny co płaszcz albo spódnicę z dzianiny przyklejonej do nurkowej gąbki. Jest i zabawa krojem, coraz bardziej śmiała. Na przykład szereg spódnic i sukienek z elementów przypominających odwrócony wykrój nogawki spodni (przynajmniej takiemu krawieckiemu laikowi jak ja) lub klapa marynarki służąca za ozdobę czarnej sukienki tuby. Składanki Origami też się znajdą – i to w obrębie białej dzianiny nawet z bliska przypominającej papier.

Nie jest to jednak kolekcja prosta w odbiorze. Zakłócenia wprowadzają akcesoria. Tulejkowa biżuteria pokryta filcowaną tkaniną w neonowym kolorze, buty na szerokim i cienkim obcasie przywołujące najkoszmarniejsze sny z początku obecnego wieku (te sny bywały jawą, jestem na to żywym przykładem, a raczej duchy mojej garderoby circa 2001). Fasony ubrań z kolei pozostają wymagające. Nie mówię tu o perfekcyjnej sylwetce (czymkolwiek ona jest), lecz o proporcjach i tych wszystkich rozwiązaniach, które mogą wydać się co najmniej dziwaczne (zwłaszcza osobom, które nie siedzą z nosem w modzie dwadzieścia cztery godziny na dobę), a nawet, bez owijania w bawełnę, brzydkie. Z pewnością nie pozostawiają widza obojętnym na swoje (nawet wątpliwe) wdzięki. Trzy grosze zamieszania wprowadzają celowo niewykończone brzegi.

Tych lekko przejętych COS uspokoi szeregiem prostych elementów obecnych w każdym sezonie, tylko delikatnie modyfikowanych. Po mistrzowsku podjęty jest temat płaszczy, jak zwykle zresztą. Ten z pierwszego zdjęcia kusi mnie niewyobrażalnie, chociaż zapas płaszczy w szafie mam na kilka dobrych lat. Jedno jest pewne. Mimo wciąż i na nowo podejmowanych eksperymentów, COS pozostaje COSem i to się raczej nie zmieni.

cos jesien 2

cos jesien 3

cos jesien 11

cos jesien 1

cos jesien 8

cos jesien 6

cos jesien 5

cos jesien 4

cos jesien 7

cos jesien 10

cos jesien 9

Zdjęcia: COS

26

kwi

Dream Nation

Jak ja to zrobiłam, że jeszcze nigdy nie wspomniałam tu o Dream Nation? Zachodzę w głowę i naprawdę nie wiem. Być może musiał przyjść odpowiedni moment. Było ich nawet kilka. Pierwszy, gdy przeczytałam wywiad z Luizą Jacob w Wysokich Obcasach i zorientowałam się, że organiczna bawełna w Polsce to nie tylko gładkie powierzchnie. Drugi, gdy znajoma sprawiła swojemu mężowi spodnie na Walentynki. W pracowni Dream Nation na Saskiej Kępie, o której nie miałam pojęcia. No i trzeci, gdy do tejże pracowni dotarłam i kupiłam sobie pierwszą (i z pewnością nie ostatnią) rzecz zaprojektowaną przez Luizę. A zanim kupiłam, z projektantką pogadałam i okazało się, że mogłabym tam siedzieć godzinami i zapewne tematy by się nie kończyły. Od autorskich nadruków po przedziwne propozycje z Bangladeszu (nie uwierzylibyście!), refleksji na temat polskich upałów do ekologicznej świadomości rodaków i nie tylko. między ciężkimi belami materiałów oraz wieszakami z kolorowymi ciuchami dla dorosłych i dla dzieci.

Potem było przymierzanie i szczere opinie osoby, która wie najlepiej, jak te rzeczy powinny na człowieku wyglądać. I w końcu wybór. Sukienka (a jakże!) worek (a jakże!) z kieszeniami (a jakże!) w absolutnie szalony deseń zaprojektowany przez Roberta Kutę (który posiada magiczne właściwości ożywiania polskich projektów i przemycania sztuki do życia codziennego – chyba muszę kiedyś tu o nim samym coś niecoś skrobnąć).

Wracając do sedna, oto sezon letni według Dream Nation. Bawełna organiczna występuje tym razem pod postacią dzianiny oraz piki (niezwykle lekkiej odmiany, idealnej na wspominane wcześniej upały). Tytuł „Tribe”, co w polskim tłumaczeniu daje spore pole do interpretacji. Bo mamy i plemię, i szczep. i ród. Zarówno same wzory jak i poniższa sesja odwołują się do wszystkiego po trochu. Sama Luiza wspomniała, że swobodną referencją lookbooka były dawne katalogi Benettona. Różnorodność, brak podziałów nawet na płeć – bo te ciuchy można przekładać z szafy damskiej do męskiej i odwrotnie. Zdjęcia stanowią idealne odwołanie do nazwy marki. Jeśli w ogóle wyróżnia jakiś naród, będzie to Dream Nation właśnie. I sobie państwo marzą, śnią i wyglądają cudnie, w każdej szerokości czy długości geograficznej.

Nadruki w „Tribe” to swobodne odwołanie do sztuki plemienia Ndebele – bezkonkurencyjnych mistrzów kolorowej geometrii (polecam wpisać w wyszukiwarkę i obejrzeć efekty), a także powrót do starych dobrych krajobrazowych fotografii, poprzecinanych białymi grafikami, przywołujących z kolei kulturę Inków. Czarna, jakby dziecięca kreska na białym tle, uzupełniana kolorami (jak stara dobra kolorowanka), to dzieło Roberta Kuty. Jest w niej i naiwność, i szaleństwo. Nie bez powodu zapewne kojarzy mi się z zespołem Die Antwoord (oczami wyobraźni widzę kolejny wariacki teledysk z kostiumami prosto z Polski).

Dream Nation to nie tylko ubrania. Rzadko kiedy decyduję się napisać coś takiego, ale ta marka naprawdę ma przesłanie. To moda tak bardzo ekologiczna, jak tylko się da. Udowadniająca niedowiarkom, że ciuchy przyjazne środowisku to nie tylko zgrzebne szaty (naprawdę wciąż chodzi taki stereotyp, sama się dziwię). Jej twórczyni wierzy, że zmiany są możliwe. Dzięki niej też się nastrajam optymistycznie.

dream nation tribe (4)

dream nation tribe (10)

dream nation tribe (5)

dream nation tribe (6)

dream nation tribe (3)

dream nation tribe (8)

dream nation tribe (7)

dream nation tribe (9)

dream nation tribe

dream nation tribe (2)

Fot. Zuza Krajewska
Stylistka: Sara Milczarek
Makijaż: Aleksandra Foka Przyłuska
Włosy: Gor Duryan , Klaudia Jaśpińska
Modele:Kamil Kociak (Asmanagement), Nin Kozieradzka, Izuzu Izabela Meldo, Adam Mkangawa, Magda Roman(D’VISION), Natalia Pietruczuk (D’VISION)
Studio: Tęcza

22

kwi

Herzlich Willkommen

To miał być wpis na Lany Poniedziałek, ale zaspałam, cóż zrobić… Herzlich Willkommen – mistrzynie nadruków i mody nieoczywistej nie zawiodły i tym razem. Choć uderzyły w zdecydowanie bardziej sportowy ton. Zamiast delikatnych, miękkich grafik – ostra, najprostsza na świecie kratka, jak z zeszytu od matematyki. Żeby jednak nie było nudno, momentami zaburzona czymś pomiędzy morską falą a rozświetloną przez słońce chmurą. Zauważam też pewien mikro trend, obecny w tym roku choćby u Nenukko. Sygnowanie nazwą marki (lub tekstowym motywem przewodnim) szerokiej gumy zdobiącej spódnice, szorty, legginsy czy bieliznę. Sprytne podchwycenie powracającej mody na widoczne logo. Tym przyjemniejsze w wypadku młodej marki, że jeszcze nie opatrzone.

Obszernym fasonom chwilowo mówimy „do widzenia”. Wrócą, to bardziej niż pewne, ale na razie wszyscy mamy być fit i seksi, niczym po pełnym sezonie ćwiczeń z najmodniejszą aktualnie trenerką „jutuberką” (nie wiem, która obecnie święci triumfy odsłon, leniwa ja!). To, czym Herzlich Willkommen swego czasu zasłynęły, jest wciąż obecne – i to w ilości jak na niewielką kolekcję obłędnej. Kostiumy kąpielowe albo, używając retro języka, opalacze. Całkiem klasyczne lub nieco przewrotne (jeśli chcielibyśmy się opalić w nieregularne łaty, nie mogliśmy lepiej trafić). Do noszenia zarówno nad basenem, jak i w mieście – z gracją wskakujące w rolę zapomnianego przez lata body.

Materiały też ciągną w stronę sportu (ortalion, poliester), choć już sumieniom projektantek pozostawiam, czy są oddychające, czy wręcz przeciwnie. Na pewno komponują się w logiczną całość. Zresztą takie wrażenie zrobiły na mnie już podczas pokazu w Łodzi. Przeźroczyste, siatkowe i elastyczne – świetne do noszenia warstwami. Plus dodatki. Jak zwykle bezbłędne. Torby, worki i plecaki w autorski nadruk, rzecz jasna. Dobry pomysł dla tych, którzy chcą po polsku, ale nieco się boją. Plecak z ostatniego zdjęcia – jak dla mnie mistrzostwo świata.

herzlich willkommen (7)

herzlich willkommen (6)

herzlich willkommen (10)

herzlich willkommen (11)

herzlich willkommen (12)

herzlich willkommen (13)

herzlich willkommen (2)

herzlich willkommen

herzlich willkommen (3)

herzlich willkommen (4)

herzlich willkommen (5)

herzlich willkommen (8)

herzlich willkommen (9)

Fot. Zbigniew Olszyna
Włosy i makijaż: Ewa Matusik
Modele: Marzena Pokrzywińska, Stanley/D’vision
Specjalne podziękowania dla: Fashion PR, Sklep Koszykarza Kicks

15

kwi

Powrót

Lata dziewięćdziesiąte to wciąż szerokie pojęcie. Jeszcze nie skondensowały się w naszych umysłach do jednego czy dwóch skojarzeń, co spotkało już dekady wcześniejsze. Stereotypy zawsze odbierają frajdę, więc tym bardziej się cieszę, że wciąż nie odnajdujemy do końca dystansu do tamtych czasów, wciąż na nowo je interpretujemy i poszukujemy wytrychów do ówczesnego stylu. Łaziłam sobie ostatnio po sklepach w poszukiwaniu butów i doszłam do jednego wniosku. Niech badacze trendów piszą, co chcą, ale jeszcze nigdy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie było tak wyraźnego powrotu do tych nieokiełznanych lat dziewięćdziesiątych (bo odnoszę wrażenie, że co roku czytam dokładnie to samo).

Buty to jedno (niektóre z pożądanych dawno temu modeli weszły na stałe do kanonu, nazwijmy go, ulicznego stylu, np. „martensy”). Za butami stoją rzędem długie kwieciste sukienki (identyczne jak te ze sklepów indyjskich, tylko trzy razy droższe), kraciaste koszule (no dobra, to też już kanon), krótkie bluzki,  powyciągane na dzień dobry swetry (zresztą swetry w ogóle zaliczają gigantyczny powrót, ale o tym przy innej okazji) oraz wielkie bluzy z napisami (czasem nawet dwustronne, ech, łezka się w oku kręci…). Co i rusz widzę swoją garderobę z czasów końca podstawówki i liceum. Wtedy mocno ewoluowała (przynajmniej tak mi się wydawało). Obecnie przekrój lat ośmiu podany mam jak na tacy. Różnorodność, wymykanie się schematom, no i oczywiście sprawianie radości osobom młodziutkim, które mogą odkrywać przestrzenie kompletnie sobie nieznane, tak jak my dawno temu lata siedemdziesiąte na przykład.

Trochę ta aktualna odsłona wyzuta jest z wyzwań. Bo gdy marzyło się o spodniach bojówkach czy bluzie z kapturem kilkanaście lat temu, trzeba było się nieźle naszukać. Czasem upragniony ciuch jakimś cudem pojawiał się w asortymencie bazarowych blaszaków lub świeżej dostawie made in India i radości nie było końca. Obecny schemat to bułka z masłem. Chcę, idę, znajduję, kupuję (czyżby konsumencka wersja „veni,vidi,vici”?), A potem bez żalu wyrzucam, bo się zużywa znacznie szybciej niż dwadzieścia lat temu. Mało optymistyczne refleksje na temat fast fashion przy okazji lookbooka marki Topshop. Ale też obudzone wspomnienia. I nostalgia za czasami, w których ciuchy naprawdę były coś warte – nie tylko na etapie wizyty w sklepie. Olśniło mnie niedawno (podczas porządkowania szafy po raz kolejny), że tęsknię za szacunkiem do rzeczy, który miało się wtedy. I nie, nie nazwałabym tego materializmem. Być może poszukiwanie ubrań na dłużej niż jeden sezon z tej tęsknoty właśnie wynika.

topshop  (8)

topshop

topshop  (2)

topshop  (3)

topshop  (4)

topshop  (6)

topshop  (5)

topshop  (7)   topshop  (10)

topshop  (9)

topshop  (11)

Zdjęcia: Topshop