Archiwa tagu: LPP

7

kwi

Koncept polski

Stoję między wieszakami, oglądam je ze wszystkich stron i zastanawiam się, czy to możliwe, żeby marka, na której psy wieszałam nie raz, nie dwa, zdobyła się wreszcie na tak odważny krok. To nie złudzenie, te ubrania naprawdę tam wiszą, ja naprawdę ich dotykam, a potem wychodzę ze sklepu z granatową koszulą, która zbierze same komplementy podczas świątecznej soboty. W przymierzalni czytam metkę. I nie wierzę po raz kolejny: made in Poland. Wracam potem do działu Concept i – ku zaniepokojeniu ochrony – wywlekam kolejne rzeczy na lewą stronę. Made in Poland, made in Poland. Spełniło się!

RESERVED CONCEPT WIOSNA 2015

Czytaj dalej

16

wrz

Reserved Concept

H&M ma linię Trend, Topshop kolekcję Unique (która już na stałe wpisała się w kalendarz London Fashion Week), Zara – zgrabną odnogę Studio. To takie twory, które występują w limitowanej liczbie egzemplarzy, tylko w wybranych sklepach, za to intensywnie kuszą z wszelkiego rodzaju zdjęć promocyjnych. Niektórzy (w tym ja) określają je mianem „kolekcji – widmo”. To takie sprytne i urocze wabiki na klienta, ale też wizytówki sieciówek, często ratujące i tak już nadszarpnięty wizerunek.

Pisałam jakiś czas temu, że brakuje mi takiego zabiegu w polskich sieciówkach. I proszę, jest odpowiedź. Reserved Concept to właśnie taka odważniejsza (jak to niektórzy mówią, bardziej „modowa”) idea, która swoją premierę miała podczas Berlińskiego Tygodnia Mody (Reserved w tym roku wyruszyło na podbój rynku niemieckiego). No i proszę, zadziałało. Od czasu tego wydarzenia trwał tu, górnolotnie określając, cichy bojkot firmy LPP. Bez wieszania psów, z oczekiwaniem na odpowiedź w wiadomej sprawie. Ale nie potrafię pogodzić go z faktem, że oto dzieje się w Polsce coś, o czym marzyłam od lat i za co trzymałam kciuki. Znów rozdarcie. Jednak nie będę go dziś analizować, odsyłam do zalinkowanego tekstu, gdzie wszystko jest wyjaśnione wystarczająco. Wróćmy do mody, która ma oczy przewiązane jedwabną apaszką „made in China”.

O ile w przypadku wymienionych wcześniej marek, te linie kolekcji – nawet jeśli stanowią odpowiedź na zjawiska z wybiegu – nie obawiają się narzucać klientom czegoś nowego i świeżego, o tyle w Reserved otrzymujemy szereg sprawdzonych trików. Owszem, materiały są jak na Reserved dość zaskakujące, sporo tu piankowych i strukturalnych surowców, interesująco układających się na ciele. Pozytywne wrażenie robią też akcesoria skórzane (słusznej ceny), aczkolwiek spodziewałabym się tu konsekwencji i przeniosła skórę także do elementów odzieży. Że będą droższe? Trudniejsze do czyszczenia? „Limited ediszyn”, proszę państwa. Trzeba się liczyć z konsekwencjami. No i termin przydatności do spożycia znacznie by się wydłużył.

Ale poza tym nuda. Szarość i powaga (z jednym wzorzystym wyjątkiem) – choć w bardzo dobrym jak na markę guście. Aż się prosi o jakieś szaleństwo, choć jeden wybuchowy egzemplarz, który zafascynowałby klientki i zawędrował do wszelkich możliwych magazynów o modzie (albo chociaż o zakupach). Coś, co nam narzuci nowy sposób myślenia, a nie odzwierciedli te sprawdzone. Żeby jednak nie było, że każda sytuacja generuje nowe powody do narzekania, poczekam na kolejną odsłonę konceptu. Może po nieśmiałym kroku w stronę dobrych zmian nadejdzie kilka pewniejszych?

reserved concept (2)

reserved concept (3)

reserved concept (4)

reserved concept (5)

KW934-MLC-101_1

reserved concept

KW967-03X-102

reserved concept (6)

KZ961-99X-101

reserved concept (7)

reserved concept (8)

Zdjęcia: LPP.

24

kwi

Fashion Revolution Day

Czy ktokolwiek się spodziewał, że będzie lepiej? Słów mamy aż nadto (a polubień na Facebooku jeszcze więcej), ale działań niekoniecznie. Jesteśmy bezkonkurencyjni w wyrażaniu własnego zdania, zwłaszcza jeśli można coś zbojkotować. Swego czasu zadałam tu pytanie, co JA mogę zrobić w tej sytuacji. I zrobiłam. Do pewnych sklepów nie wchodzę, o pewnych markach tu nie piszę. Wystarczy? Oczywiście że nie. Ale zawsze to dobry początek. Minął rok od katastrofy Rana Plaza w Bangladeszu. Nie będę uderzać w wysokie tony, pozostawię Was z raportem Clean Clothes Polska, który dosłownie chwilę temu ujrzał światło dzienne. Wyniki nie są optymistyczne, co było do przewidzenia. Jak czytamy we wstępie, „CCP przeprowadziła badania warunków pracy w trzech fabrykach produkujących na zlecenie polskich firm odzieżowych: LPP, Carry, Monnari i w przeszłości – Redan. Wywiady z prawie stu osobami szyjącymi ubrania polskich marek pokazały, że warunki ich pracy odbiegają znacząco od standardów praw pracowniczych. Szwaczki pracują w ciągłych nadgodzinach, często siedem dni w tygodniu, bez zwolnień w razie choroby i płatnych urlopów”.

Owszem, warto poznać drugą stronę medalu, zanim założy się kolejny fanpage bojkotujący to i owo – tu zachęcam do przeczytania tekstu „Między rozumem a sumieniem” Martyny Nawrockiej napisanego dla portalu Ultra Żurnal w październiku poprzedniego roku – niejako na fali reakcji na brak jakichkolwiek działań ze strony wspomnianego tu LPP. Autorka sama zachęca do małych, ale przemyślanych działań. Takim działaniem jest Fashion Revolution Day. Jednocześnie aktywny i symboliczny, zmuszający nie tylko do refleksji (o tym za chwilę).

W rocznicę wydarzeń w pięćdziesięciu dwóch krajach (w tym w Polsce, oczywiście) rusza akcja Fashion Revolution Day właśnie, zainicjowana przez Carry Somers – propagującą etyczne działania w przemyśle odzieżowym w Wielkiej Brytanii. Tytuł tegorocznego przedsięwzięcia brzmi „Who made your clothes?” (czyli „Kto wyprodukował twoje ubranie”). Aby wziąć w niej udział, wystarczy założyć ulubione ubranie na lewą stronę, tak żeby była widoczna metka i nazwa marki, zrobić sobie zdjęcie, opublikować je z hashtagiem #insideout na profilu FB, a następnie, wysłać marce pytanie, kto, gdzie i w jakich warunkach wyprodukował tę rzecz. Organizatorzy chętnie pomogą, jeśli nie doczekamy się odpowiedzi. Odbywa się także szereg działań w różnych miastach – szczegóły znajdziemy na stronie Fashion Revolution Poland.

Nie oszukujmy się, rewolucji nie rozpętamy. Przynajmniej ja nie mam złudzeń. Ale poszerzanie wiedzy i budowanie własnej konsumenckiej świadomości to całkiem niezły początek. Kto by o tym myślał dziesięć lat temu? No dobrze, znam takich, którzy myśleli nawet trzydzieści (niekoniecznie osobiście, ale znam), natomiast stanowili raczej ciekawostkę niż silną grupę.

Prośba (czy może apel) od Harel. Czytajmy metki. Nie tylko te z instrukcją prania, ale też z miejscem pochodzenia. Pytajmy, bo mamy prawo wiedzieć. Takie organizacje jak Clean Clothes czekają na naszą ciekawość z otwartymi ramionami. Bo sami poszukują odpowiedzi i robią to w sposób bezkompromisowy. Akurat w tym wypadku (parafrazując klasyka) czarne jest czarne, a białe jest białe.

2_FRD_base+campaign_landscape

28

wrz

Ten ohydny konsumpcjonizm

Za każdym razem, gdy temat wychodzi na wierzch, czuję się zdezorientowana. Naprawdę nie wiem, co mam pisać, co mam myśleć i czy w jakikolwiek sposób się do niego odnieść, czy po raz kolejny puścić płazem. Aby wiedzieć, o co mi chodzi, musicie, drodzy Państwo, przebrnąć przez dwa długie, lecz lekkim piórem napisane teksty. Pierwszy „W roli ofiary” autorstwa Michała Zaczyńskiego. Drugi, niejaką polemikę z pierwszym, „Między Polską a Bangladeszem” Tobiasza Kujawy. Gdy to zrobicie, możecie zabrać się za trzeci. Ten tutaj.

Mam pewną zasadę, której mocno się trzymam i myślę, że wychodzi to na dobre i mnie, i otoczeniu. Jeśli chcę coś zmienić, zaczynam od siebie. Pytam samą siebie: co mogę w takiej sytuacji zrobić. Czy mam krzyczeć na innych, że robią źle, wkurzać się, walczyć, prowokować? A może lepiej się zastanowić, jaka jest w tym wszystkim moja rola? Nie ukrywam, czasem rola polega na odwróceniu się od problemu. Bo mało mam własnych? Nigdy tutaj świętej i doskonałej nie odgrywałam.

Tym razem postanowiłam zabrać głos. Bo gdy czytam komentarz Michała w odniesieniu do przypadku LPP („Żadnego protestu, żadnej dyskusji. Polski konsument to  bezmyślna, bezrefleksyjna masa. Roszczeniowa tylko wtedy, gdy mu się koszulka w praniu skurczy, albo odpadnie guzik. I tą masą jesteście wy. Ale trzeba przyznać, że człowiek mody – z nielicznymi wyjątkami – nie jest lepszy. Redaktorzy, dziennikarze, blogerzy, styliści. Wasze nadęte ego, wasz galopujący materializm i głupi snobizm zwolnił was z działania. I myślenia”), moje nadęte ego zaczyna się niepokoić. Nie będę się skupiać na naszej hipokryzji, którą genialnie zanalizował Tobiasz. Ani na LPP i umywaniu rąk i nie docenianiu siły nowych mediów. Egoistycznie skupię się na sobie.

Co czujemy, gdy czytamy takie wieści? Oburzenie, prawda? Niesprawiedliwość. Kręcimy głowami z niedowierzaniem. Podpieramy ciężką głowę ręką pełną bransoletek z Zary i tupiemy nowym skórzanym bucikiem COS w podłogę. „To okropne” – możemy dać znać na Facebooku, uderzając w dźwięczne klawisze przepięknego laptopa wyprodukowanego i złożonego w Chinach. Ach, można jeszcze założyć „fanpage” bojkotujący dowolną działalność, która aktualnie nie daje nam spokoju. Będą nas „lajkować” wszyscy ci, którzy czują się na tyle bezczelni, by nie oszczędzać energii i korzystać z komputerów. Uwielbiamy się oburzać. Uwielbiamy krytykować. Zbierać podpisy. Bojkotować. Nie uważam, że to źle. Absolutnie nie. Po prostu zastanawiam się, gdzie leży granica między słomianym zapałem a realnym działaniem.

Przychodzi mi na myśl przykład z modą totalnie niezwiązany, ale znany Wam zapewne świetnie. Siedzę sobie na rzeczonym Facebooku (tak, korzystam z komputera, przy włączonym świetle!) i post za postem dopadają mnie udostępniane zdjęcia cierpiących psów, kotów, dzieci, chomików (niepotrzebne skreślić). Kliknij, udostępnij, skomentuj. Nie klikam, nie udostępniam, nie komentuję, a nawet blokuję takie treści, bo nie mam ochoty ich oglądać. Czy coś robię? A czy kogoś to obchodzi? Może co miesiąc dostarczam karmę do schroniska? Może część swoich dochodów przeznaczam na różnego rodzaju fundacje? Nie powiem Wam, bo to moja prywatna sprawa.

I co ja, konsument czy też „nadkonsument” opętany co pewien czas chorobą zakupoholizmu, może uczynić w sprawie Bangladeszu i im podobnych? Czy drobiazgi przestały się liczyć? Czy powinnam się przestawić na wielkie czyny i wielkie słowa? Może teraz będzie mi łatwiej wytłumaczyć, skąd moja wspomniana na początku dezorientacja. Co ja mam teraz napisać? Że staram się kupować świadomie? Że korzystam z tego samego telefonu od pięciu lat? Że segreguję śmieci, a ubrań nie wyrzucam, tylko daję im drugie, trzecie i czwarte życie? Toż to przecież banał i śmiech na sali.

Pojawia się pytanie. Co w takim razie zrobić choćby z tym blogiem, który przecież traktuje o modzie tylko i wyłącznie. Czy przeprowadzać śledztwo w sprawie każdej marki, o której chcę tu napisać? Czy jeśli któraś z sieciówek stworzy zapierającą dech w piersiach kampanię wizerunkową, mam się wstydzić własnego zachwytu? Czy myślicie, że skoro wrzucam zdjęcia jesiennych ciuchów GAP na Facebooka, to jestem niewrażliwa na ludzkie cierpienie? No błagam, nie dajmy się zwariować.

Jestem ogromnie ciekawa, co Wy robicie w takich sytuacjach. Jakie macie przemyślenia, jakie podejmujecie działania. Co Was wkurza, a – może jakimś cudem – gdzie widzicie nadzieję?