Archiwa tagu: Magia Gontarczuk

9

Gru

Cloudmine. Tesori.

Chmurka nie przestaje zaskakiwać. Maleńki sklep internetowy wyrósł na poważną (choć wciąż kameralną) alternatywę dla gigantów (w tym sieciówek), nie porzucając dbałości o każdy szczegół czy wysmakowanej selekcji marek. Cloudmine właśnie otworzył swe internetowe podwoje w nowej odsłonie, a przy okazji uraczył nas specjalną na tę okoliczność kolekcją Tesori (czyli, z włoska „skarby”). I rzeczywiście, prawdziwa to skarbnica pomysłów na prezenty, grudniowe i nie tylko. A przy okazji dobre źródło wiedzy o tym, co u polskich marek słychać. Nie myślałam o tym wcześniej, ale przecież Harel i Cloudmine, praktycznie rówieśnicy, fantastycznie się uzupełniają. Z Marianną Grzywaczewską regularnie wymieniamy się swoimi odkryciami – dzięki naszemu dialogowi mają szansę zaistnieć zarówno w sprzedaży, jak i w świecie pisanym. Dziś mniej pisania, więcej oglądania. Ale jednak z ciekawą opowieścią.

Czytaj dalej

11

Kwi

Hello Japan!

Staram się utrzymać emocje na wodzy i nie rozpłynąć z zachwytu w pierwszym zdaniu. Ale to trudne. Już pisałam, że dziewczyny z LOUS posiadają magiczną moc odgadywania moich pragnień. Znów to udowadniają, a ja teraz muszę sklecić coś, co nie będzie pieśnią pochwalną (z blogerskim JA w roli głównej), tylko opisem kolekcji, z którego będziecie mogli, drodzy Czytelnicy, wyciągnąć coś więcej. Po bazowym przerywniku między sezonami powracają rzeczy charakterystyczne. Kierunek? Japonia (jeden z moich ulubionych… no dobra, dobra, już się nie wtrącam). Ale nie ta ozdobna, tradycyjna, rękodzielnicza, tylko awangardowa. Ok, awangardowa była w latach osiemdziesiątych, gdy kolekcje Japończyków sięgały konceptem co najmniej trzydzieści lat do przodu. Albo były tak uniwersalne, że żadna dekada ich z mody nie wygoni (bo wciąż się nie udało). Oglądam takie na przykład zdjęcia z pokazów Comme des Garcons (wiem, banalny przykład) z początków lat osiemdziesiątych (dziękujmy siłom wszelkim za Pinteresta) i w ogóle mi to nie pasuje do wygodnego stereotypu, jaki do siebie przyjęłam dawno temu na wszelki wypadek. Bo one są wciąż aktualne. I wciąż na swój przewrotny sposób piękne.

I taką Japonię mamy u Lous. Niezwykle prostą, ponadczasową, może też trochę umowną. Bo czasem to nazwy produktów przywołują ją bardziej niż sam fason (np. bluzka Sakura czy sukienka Sayuri). Ale jest też kimono, są spodnie i bluzki nawiązujące do stroju samuraja, szerokie kimonowe rękawy, dekolt V (tak znamienny dla Lous od samego początku). Kolorystyką nas projektantki nie rozpieszczają, choć akurat w tym wypadku nie mogło się lepiej ułożyć. Bo co lepiej podkreśli oryginalną formę ubrania, jeśli nie spokojny i nienarzucający się kolor? Czerń, granat, szarość i biel. Oto gama, która zawsze się sprawdzi (i zajmuje osiemdziesiąt procent mojej szafy). Za to w dzianinach różnorodność. Od klasycznych dżersejów po caro i pikę (to ten splot, który spopularyzowała marka Lacoste, kojarzący się głównie z koszulkami polo). Świetnie grają też detale. Zaszewki, kanty, delikatne wykończenia. Niby nic, ale to właśnie one podwyższają komfort noszenia. A ten jest wysoki, możecie mi zaufać.

lous hello japan (7)

lous hello japan (8)

lous hello japan (9)

lous hello japan (10)

lous hello japan (11)

lous hello japan (12)

lous hello japan

lous hello japan (2)

lous hello japan (3)

lous hello japan (4)

lous hello japan (5)

lous hello japan (6)

Fotograf: Małgorzata Turczyńska
Modelka: Magda Gołdanowska
Make up: Magia Gontarczuk
Scenografia: Tymon Nogalski
Biżuteria: Emilia Kohut