Archiwa tagu: Michał Zaczyński

24

kwi

Fashion Revolution Day

24 kwietnia to dla mody dzień szczególny. Nie ma powodów do świętowania, ale jest pretekst do dyskusji i zadawania pytań. W sześćdziesięciu siedmiu krajach na całym świecie dziś pytamy, kto wykonał nasze ubrania. Inicjatorom akcji chodzi o zwiększenie świadomości konsumentów, obudzenie ciekawości, dociekliwości, mobilizowanie do czytania metek. Wyniki badań konsumenckich przeprowadzonych dla Fashion Revolution wprawiają w osłupienie. Według raportu australijskiej organizacji Baptist World Aid, bardzo często nie wiedzą tego same firmy -  61%  nie wie, gdzie dokładnie i przez kogo tworzona jest ich odzież. Ignorancja ta wskazuje na brak zainteresowania etycznym, zrównoważonym podejściem do ich działalności. Dlatego w tym roku Fashion Revolution wzywa marki do przejrzystości – informuje polska strona akcji.

Fashion Revolution Day official poster (3)

Czytaj dalej

29

lip

Drogie szafiarki, wiecie, że było życie przed H&M-em?

Któregoś dnia zgadaliśmy się z Michałem Zaczyńskim, że różnica wieku między nami jest zaskakująco nieduża (na moją korzyść lub niekorzyść – zależy jak na to spojrzeć). A co za tym idzie, choć nie znaliśmy się w poprzednim stuleciu, mamy sporo wspólnych wspomnień. Rozmowa dinozaurów odbyła się pewnego zimowego popołudnia w towarzystwie Tori Amos, Suede, dobrego jedzenia, wina i starych zdjęć. Postanowiliśmy nie ukrywać jej przed światem. Podobnie jak poniższych fotografii. Tak, to naprawdę my. Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych.

dinozaury

Co robiłaś w latach 90.?

Podstawówka, liceum i studia. Pod koniec zaczęłam pracę w teatrze Rozmaitości jako muzyk, przygrywałam na organach Hammonda do spektakli Warlikowskiego, do „Hamleta”.

Ja podobnie. Z tym, że na studiach pracowałem w biurze pośrednictwa eksportu. Eksportu talerzyków adwentowych i produktów oświetleniowych, trzeba dodać.  Biuro to dużo powiedziane; pokoik w baraku przy Kolskiej (słynnej z lokalizacji Izby Wytrzeźwień), gdzie przepisywałem na komputerze IBM kontakty, potem drukowałem (do drukarki razem z papierem wkładało się kalkę) i wysyłałem faksem do Niemiec. Płaca niewielka, 600 złotych, ale miło. No i bonusy, bo raz szef, nieoceniony Stefek, zawiózł mnie swoim lincolnem do Berlina. Jechaliśmy tam razem z lampą, którą trzeba było opatentować. Ale pisałem już coś dla Życia Warszawy, zdarzyło się też dla, hmm, Trybuny.  Potem szef rozbił lincolna, rzucił biznes i zamieszkał w Bieszczadach, by w końcu wrócić do Warszawy i do swego wyuczonego zawodu… pianisty. Całe życie spotykam takich ludzi… Twoja pierwsza myśl na hasło: moda lat 90?

Grunge. Flanelowe koszule, kurtki – parki, martensy. Do tego undergroundy, creepersy na płaskim koturnie.

A dla mnie dżinsy Piramidy. Z Egiptu, z charakterystyczną piramidą na metce, stąd nazwa. Swetry tureckie tricolore: zielono – miodowo – białe. Do tego mokasynki z frędzlami, białe skarpetki, pod swetrem obowiązkowo biały golf. I Kurtki bejsbolowe.

Teraz znów młodzież je nosi. I szafiarki!

I Rihanna. Ale był też miks tych dwóch stylów, pamiętam kumpli z początków liceum: słuchali Nirvany, Soundgarden i ich klonów, i nosili te flanele, ale z białym golfem pod spodem. Czego słuchałaś wtedy?

Beatlesów i Sinatry, ewentualnie Nirvany i Pink Floyd

Ja Sinead O’Connor. A zaraz potem zaczęło się Suede. I britpop. I PJ Harvey. No i Pulp, które było moim największym objawieniem.

Słuchałam jeszcze muzyki klasycznej…

Z klasyki kupiłem sobie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego na pirackiej kasecie Star; innych kaset do 1994 roku, kiedy weszła ustawa o prawie autorskim, w zasadzie nie było…

Nie wszystkie piosenki  na tych kasetach się mieściły…

Mnie w przypadku Vivaldiego to akurat nie przeszkadzało.

Czekaj, jeszcze Turnaua słuchałam!

Ja Renaty Przemyk. Turnau mnie nudził, że ciągle ten Kraków, i że dozorczynie piszą wiersze, a menele chodzą z księżycem w butonierce, choć może mylę to z Sikorowskim i Pod Budą. Oni byli jeszcze gorsi.

Początki lat 90. to zatem w naszym przypadku moda młodzieżowa.

Jak jesteś nastolatkiem, masz problem z akceptacją swojego ciała. Więc często nie jest to żadna moda młodzieżowa, tylko sposób na przetrwanie. Dlatego tak przyjęła się, na przykład, moda rapperska, a w pierwszych latach tej dekady szczególnie a’la Kris Kross, czyli duetu nastolatków, z których zresztą jeden, nieborak, już nie żyje. Bo podziw i jednoczesna tęsknota do USA, luzu Bronxu itp. to jedno, ale noszenie rzeczy tył na przód i styl, w którym wszystko jest wielkie i szerokie, to drugie. Popularność tej mody wynikała zatem z chęci maskowania kompleksów. Ja miałem wtedy kompleksy, że jestem za chudy…

Więc nosiłeś się jak Kris Kross?

Mimo to nie. Moje ubrania musiały być jednak czarne. Czyli też kamuflaż. Albo takie, w których bym wyglądał jak Marek Hłasko, mój nastoletni idol. No i koniecznie proste dżinsy, których nie można było kupić, bo wszędzie były zwężane, a w lumpeksach, dla odmiany, same dzwony.

Ja popadałam w skrajności. Najpierw był grunge. Zabierałam tacie flanelowe koszule. A tata do najmniejszych nie należy, więc świetnie się sprawdzały. A potem zaczęłam nosić rzeczy za małe. Strasznie ciasne. Chyba dlatego noszę teraz same wielkie ciuchy. Miałam przesyt. Moje pierwsze kontakty z modą to też pierwsze Levisy, które kupiłam w Legnicy w lumpeksie. Na wycieczce z organistami z klasy. Już wtedy zauważyłam, że najfajniejsze lumpeksy są poza Warszawą. Wrocław, Legnica, okolice Krynicy Górskiej.

Ja nie cierpiałem lumpeksów, ale po prawdzie nie było często wyboru…

Źle były widziane. Śmierdziało naftaliną, pełno było w nich jakichś wełnianych marynarek, koszul… choć kurtki skórzane bywały dobre.

Ale jak dla cinkciarza.

To nastawienie do lumpeksów zmieniło się diametralnie z chwilą, gdy w którejś z gazet Kayah się pochwaliła, że chodzi po lumpeksach. I to był przełom. Nagle lumpy stały się modne. Pojawiły się też specjalne, wyselekcjonowane. W Warszawie jeden był przy Chmielnej, a drugi przy Francuskiej. Na Chmielnej było sporo rzeczy z demobilu, ale też futra, kożuchy, bluzy vintage Adidasa… Klasyki. No i kurtki Bundeswehry i M65, jaką De Niro miał w „Taksówkarzu”. Z kolei na Saskiej Kępie sprzedawano ciuchy i torebki Burberry, Gucci, czy Diora.

Ale to było drogie. Tradycyjne, tanie lumpeksy były królestwem bistoru, sztruksowych i welurowych marynarek i koszul z kołnierzami Słowackiego. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, bo  w połowie lat 90. stylizowałem się już na Jarvisa Cockera z Pulp. Miałem fryzurę, jak on, okulary, spodnie w kant, torbę raportówkę…. A kumple w liceum dalej z tą Nirvaną…

A bazary? To drugi z wyznaczników mody lat 90. Ale w sklepach właściwie nic nie było, jakieś archaiczne ubrania, chyba jeszcze z poprzedniej epoki. Tak zwany tradycyjny handel zupełnie nie nadążał ani za trendami, ani za oczekiwaniami klientów. Ja, na przykład, marzyłam o ogrodniczkach dżinsowych i dopiero pod Universamem Grochów w budzie mama mi kupiła!

Istotnie, bazary były wtedy centrami handlowymi. Z tym największym, pod Pałacem Kultury. Takie Złote Tarasy tamtych czasów. Nawet fontanny były, przy samym Pałacu…

Umówmy się: warunki tam były wstrętne. Kałuże albo kurz, mróz albo upał. Tu dżinsy, obok jakaś rąbanka mięsna, obok rąbanka muzyczna, Mydełko Fa, disco polo, New Kids on the Block… I peruwiańskie czapki zawiązywane pod brodą, wełniane, z długim szpicem… Przymierzanie odbywało się za zasłonką; bo  przecież każda buda miała przymierzalnię.  Zasłonka na żabki, te sprawy…  I baba, która ci lustro trzymała.

Nie przewiało cię tam nigdy aby?

Może nie przewiało, ale to i tak nic. Ominęły cię wizyty w sklepach z bielizną. Żeby baba dobrała ci stanik, najpierw musiała cię upokorzyć. Ale były też ikony. Na przykład, pani Hania z ulicy Grochowskiej, pierwsza brafiterka wolnej Polski.

India Shopy, trzeci postpeerelowski koncept modowy, swoich ikon już raczej nie miały…

W pewnym momencie prawie wszystko miałam z India Shopów!

Tam nie było nic dla facetów, prawda?

Tak, to raczej sklepy dla kobiet. Flanelowe koszule, sukienki do ziemi, apaszki, torby, biżuteria… Na szyi nosiłam ciasno zapięte sznury koralików, wisiorki słoniki itp.. I można było znaleźć rzeczy „markowe”. H&M, Vero Moda, Monsoon, Dorothy Perkins – większości z tych sklepów nie było wtedy jeszcze w Polsce. Co ciekawe, miały poodcinane metki, dopiero na tej z instrukcją prania można było odszyfrować markę.

Śmierdziało tam kadzidełkami. To pamiętam. I pełno różnego dziadostwa do powieszenia w domu, brzęczydełek, wisiorków…

A tak! Ja nawet kupowałam tam olejek paczuli. Miał potworną moc, ale oczywiście sama tego nie czułam. Znajomi na pewno by potwierdzili.

Wybacz, ale dla mnie całe lata dziewięćdziesiąte były tak obciachowe, jak solówki gitarowe u Scorpionsów…

Bez przesady. A pierwsze markowe butiki?

Koszmar. Właściciele i sprzedawcy w tych wszystkich salonach Wranglera, Benettona, Carli Gry patrzyli z pogardą. Jakby wygrali życie. Modni, obrażeni, że muszą nam usługiwać. W latach 90. to był zresztą problem większości usług.  Ekspedienci (co za staromodne słowo!) robili wszystko, by wpędzić cię w poczucie winy. I byś czuł się biedny. Choć w sumie ja byłem biedny. Para Mustangów kosztowała niemal trzecią część moich ówczesnych zarobków.

Ja do takich sklepów wchodziłam w skórzanym płaszczu mojego dziadka. Matowy, z zaciekami, za duży, więc w sumie się nie dziwiłam, że tak na mnie patrzą. Przyzwyczaiłam się, że widzą we mnie złodziejkę. Ale może też dlatego, że byliśmy nastolatkami, czy też studentami?

Wszędzie chodzili za tobą. Już z samego tego faktu nie odwiedzałem tych sklepów

Zatem nigdzie nie chodziłeś?

Nie, w sumie miałem kilka rzeczy noszonych do zdarcia. Nie byłem modny.

A pamiętasz Benettona w Jerozolimskich, Diesla na Placu Konstytucji?

Benettona tak. I jeszcze Centrum Dżinsu Edyta. Tam kupiłem pierwsze Wranglery. Musiały mi wystarczyć na jakieś pięć lat.

A dom handlowy Arka, później Traffic przy Brackiej? Z Cottonfieldem na parterze?  Pierwsze prawdziwe perfumy miałam właśnie z Cottonfieldu. Do tej pory przeżywam, że już ich nie produkują. Potem, chyba w 1996 roku, pojawił się Troll. Znów nic dla ciebie, same babskie rzeczy. To był szał. Pierwsza kolekcja cała w kratkę. Marzyłam o plecaku w kratę, ale ktoś mi wykupił. Były wtedy modne obcisłe lekko rozszerzane na dole spodnie. Też w kratę. Nogi wyglądały strasznie, ale się nosiło, a co! Oczywiście, do martensów. A sklep Dziesiątka w podziemiach Arki?

Mieli tam efektowne przymierzalnie z drewnianymi drzwiami. Coś jak teraz All Saints, czy Diesel. No i oferowali prawdziwą modę, tak przynajmniej mi się zdawało. Po raz pierwszy w polskim sklepie zetknąłem się ze świetnie zaprojektowanym ciuchem. Z kurtką Scotch&Soda dokładnie. Bo Cottonfield był za bardzo weekendowy, a w Dziesiątce były czernie, pierwsze próby dekonstrukcji, fajne rzeczy sportowe. Kawiarnia Między Nami (zdaje się, że jako jedyny obiekt z naszej rozmowy przetrwał w Warszawie do dziś!) była wtedy areną lansu i ludzie po zakupach w Dziesiątce chodzili tam się pochwalić. Do Między przyjeżdżało się też prosto z lotniska. Przy jednym stoliku siedzieli ludzie z nowymi zakupami, przy drugim – ludzie z walizkami z naklejkami z zagranicznych lotnisk. Bardzo się z nich nabijałem, ale też i zazdrościłem.

Przynajmniej do Między Nami cię wpuszczali…

Ale zawsze się bałem, że mnie nie wpuszczą, bo tam obowiązywały karty członkowskie. Ludzie bali się tam przychodzić, bo tzw. selekcja potrafiła cię wpuścić , ale już twojego chłopaka, czy koleżankę, z którą się przyszło – nie. Dość upokarzające… Ale szczęśliwcy, oprócz napawania się widokiem zakupów własnych i cudzych oraz występami Lola Lou, pierwszej bodaj profesjonalnej drag queen, oryginalnie z Francji, mogli snobować się na krem z pomidorów, tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym i  kawę przedłużaną. To były specjalności Między…  Ale „kawa przedłużana”?! Ewidentnie lata dziewięćdziesiąte były pretensjonalne także w kwestii nazewnictwa.

Tak jak w Qchni Artystycznej, wcześniej zwanej Postmodernistyczną, gdzie nie było zupy, tylko „misa”, a zamiast naleśników z jabłkami był „naleśnik jabłko mięta sos”. ..

Koniec lat 90. to już marki pokroju Sunset Suits. Miałem ich białą koszulę na suwak. To była wtedy najdroższa polska marka, bardzo posh. Swoją drogą, gdy bankrutowali kilka lat temu, celowali już ceną w półkę niżej niż H&M… Który wszedł do Polski dopiero w 2003 roku. Do tego 4 You przy Brackiej i Jana Pawła. Przy tej drugiej ulicy butik miał też, zdaje się, Marek Kościkiewicz z De Mono. No i multibrandy pokroju Ultimo przy Nowym Świecie.

Przed aferą były tam świetne rzeczy. Trochę Morgana, Jus d’Orange. Kwintesencja późnych lat dziewięćdziesiątych. I często się asortyment zmieniał.

Mnie Ultimo kojarzy się zupełnie inaczej, bo dzięki tej „aferze”, czyli morderstwie, dostałem etat w „Życiu Warszawy”. Pojechałem z fotografem do rodzinnej wsi Beaty K., sprzedawczyni, która rzekomo zastrzeliła właściciela sklepu i raniła jego żonę. I przeprowadziłem z nią rozmowę. Potem ukazała się tylko u nas, nawet „Wyborczej” się to nie udało. Dni chwały…

Do listy dorzuciłabym jeszcze Odzieżowe Pole, Joannę Klimas i Galerię Centrum. Ale za rogiem czyhała już moda na techno. Straszna.

Małe plecaczki z lakierowanej skóry, koturny – tak zwane powodzianki, lateks, gwizdki. I, w stylu „nawrócony dresiarz na koksie” – koszulki polo ze stawianym kołnierzykiem.

Był przy Wilczej sklep Tekk Shop. Dla wielbicieli tekkno. Pełno odjechanych kolorowych rzeczy, w dzikie wzory, futrzane płaszcze itp. Ale raczej tam się nie zaopatrywałam.
Masz w szafie jakąś rzecz z lat 90?

Marynarkę. Dostałem ją w 1996 od samej Agnieszki Osieckiej. Powiedziała, że kupiła specjalnie dla mnie w Kanadzie. Potem się przyznała, że to jej własna, z lumpeksu…

Ja wciąż trzymam w szafie grafitową sukienkę z India Shopu, którą dostałam od chłopaka w liceum.

Pewnie pachnie jeszcze tymi kadzidełkami!

Muszę sprawdzić, ale możliwe, że masz rację.

Michał Zaczyński, dziennikarz, autor bloga michalzaczynski.com. Obecnie wicenaczelny „Grazii”, wcześniej związany z „Fashion Magazine”, „Newsweekiem” i „Wprost”.

28

wrz

Ten ohydny konsumpcjonizm

Za każdym razem, gdy temat wychodzi na wierzch, czuję się zdezorientowana. Naprawdę nie wiem, co mam pisać, co mam myśleć i czy w jakikolwiek sposób się do niego odnieść, czy po raz kolejny puścić płazem. Aby wiedzieć, o co mi chodzi, musicie, drodzy Państwo, przebrnąć przez dwa długie, lecz lekkim piórem napisane teksty. Pierwszy „W roli ofiary” autorstwa Michała Zaczyńskiego. Drugi, niejaką polemikę z pierwszym, „Między Polską a Bangladeszem” Tobiasza Kujawy. Gdy to zrobicie, możecie zabrać się za trzeci. Ten tutaj.

Mam pewną zasadę, której mocno się trzymam i myślę, że wychodzi to na dobre i mnie, i otoczeniu. Jeśli chcę coś zmienić, zaczynam od siebie. Pytam samą siebie: co mogę w takiej sytuacji zrobić. Czy mam krzyczeć na innych, że robią źle, wkurzać się, walczyć, prowokować? A może lepiej się zastanowić, jaka jest w tym wszystkim moja rola? Nie ukrywam, czasem rola polega na odwróceniu się od problemu. Bo mało mam własnych? Nigdy tutaj świętej i doskonałej nie odgrywałam.

Tym razem postanowiłam zabrać głos. Bo gdy czytam komentarz Michała w odniesieniu do przypadku LPP („Żadnego protestu, żadnej dyskusji. Polski konsument to  bezmyślna, bezrefleksyjna masa. Roszczeniowa tylko wtedy, gdy mu się koszulka w praniu skurczy, albo odpadnie guzik. I tą masą jesteście wy. Ale trzeba przyznać, że człowiek mody – z nielicznymi wyjątkami – nie jest lepszy. Redaktorzy, dziennikarze, blogerzy, styliści. Wasze nadęte ego, wasz galopujący materializm i głupi snobizm zwolnił was z działania. I myślenia”), moje nadęte ego zaczyna się niepokoić. Nie będę się skupiać na naszej hipokryzji, którą genialnie zanalizował Tobiasz. Ani na LPP i umywaniu rąk i nie docenianiu siły nowych mediów. Egoistycznie skupię się na sobie.

Co czujemy, gdy czytamy takie wieści? Oburzenie, prawda? Niesprawiedliwość. Kręcimy głowami z niedowierzaniem. Podpieramy ciężką głowę ręką pełną bransoletek z Zary i tupiemy nowym skórzanym bucikiem COS w podłogę. „To okropne” – możemy dać znać na Facebooku, uderzając w dźwięczne klawisze przepięknego laptopa wyprodukowanego i złożonego w Chinach. Ach, można jeszcze założyć „fanpage” bojkotujący dowolną działalność, która aktualnie nie daje nam spokoju. Będą nas „lajkować” wszyscy ci, którzy czują się na tyle bezczelni, by nie oszczędzać energii i korzystać z komputerów. Uwielbiamy się oburzać. Uwielbiamy krytykować. Zbierać podpisy. Bojkotować. Nie uważam, że to źle. Absolutnie nie. Po prostu zastanawiam się, gdzie leży granica między słomianym zapałem a realnym działaniem.

Przychodzi mi na myśl przykład z modą totalnie niezwiązany, ale znany Wam zapewne świetnie. Siedzę sobie na rzeczonym Facebooku (tak, korzystam z komputera, przy włączonym świetle!) i post za postem dopadają mnie udostępniane zdjęcia cierpiących psów, kotów, dzieci, chomików (niepotrzebne skreślić). Kliknij, udostępnij, skomentuj. Nie klikam, nie udostępniam, nie komentuję, a nawet blokuję takie treści, bo nie mam ochoty ich oglądać. Czy coś robię? A czy kogoś to obchodzi? Może co miesiąc dostarczam karmę do schroniska? Może część swoich dochodów przeznaczam na różnego rodzaju fundacje? Nie powiem Wam, bo to moja prywatna sprawa.

I co ja, konsument czy też „nadkonsument” opętany co pewien czas chorobą zakupoholizmu, może uczynić w sprawie Bangladeszu i im podobnych? Czy drobiazgi przestały się liczyć? Czy powinnam się przestawić na wielkie czyny i wielkie słowa? Może teraz będzie mi łatwiej wytłumaczyć, skąd moja wspomniana na początku dezorientacja. Co ja mam teraz napisać? Że staram się kupować świadomie? Że korzystam z tego samego telefonu od pięciu lat? Że segreguję śmieci, a ubrań nie wyrzucam, tylko daję im drugie, trzecie i czwarte życie? Toż to przecież banał i śmiech na sali.

Pojawia się pytanie. Co w takim razie zrobić choćby z tym blogiem, który przecież traktuje o modzie tylko i wyłącznie. Czy przeprowadzać śledztwo w sprawie każdej marki, o której chcę tu napisać? Czy jeśli któraś z sieciówek stworzy zapierającą dech w piersiach kampanię wizerunkową, mam się wstydzić własnego zachwytu? Czy myślicie, że skoro wrzucam zdjęcia jesiennych ciuchów GAP na Facebooka, to jestem niewrażliwa na ludzkie cierpienie? No błagam, nie dajmy się zwariować.

Jestem ogromnie ciekawa, co Wy robicie w takich sytuacjach. Jakie macie przemyślenia, jakie podejmujecie działania. Co Was wkurza, a – może jakimś cudem – gdzie widzicie nadzieję?