Archiwa tagu: moda męska

16

kwi

Haratyk wiosna/lato 2018

Na modzie męskiej znam się wybiórczo. Nie śledzę pokazów, nie obserwuję marek, zbieram tylko słowa ubolewania od znajomych facetów, którzy twierdzą, że porządnej mody męskiej wciąż w Polsce nie ma. Nie mogę się do końca z nimi w tej kwestii zgodzić, bo coś się jednak dzieje. Natomiast z pewnością nie tyle, co w modzie damskiej, która od paru lat kwitnie i to poważnie. Odpuśćmy sobie jej obecność na pokazach czy zasadność polskich tygodni mody. Wystarczy zajrzeć do mojej szafy. Kiedyś parę procent, obecnie dumna połowa – i wciąż rośnie. Kiedy więc zwracam uwagę na stroje męskie? Egocentrycznie wtedy, gdy sama mogę je nosić. Tak mam z Wojtkiem Haratykiem od pierwszego wejrzenia. Już za czasów łódzkich pokazów wiele lat temu zostałam totalnie zauroczona. To ten styl, który świetnie się sprawdza w męskiej garderobie, ale spokojnie może być z niej podkradany przez jego wielbicielki. A tak się składa, że z różnych powodów zawsze byłam takim małym złodziejem. Tata miał najfajniejsze norweskie swetry i flanelowe koszule. Kumpel z klasy – najgenialniejsze dżinsy. A mąż całe naręcza ciuchów, które dziwnym trafem lepiej się składają z najnowszą spódnicą niż niejeden damski żakiet. Pamiętam pierwsze damskie elementy w kolekcji Haratyka. Jak to się skończyło? Odwiedzając atelier, ówcześnie na Mokotowskiej, paradowałam przed lustrem w męskich spodniach, kurtkach i marynarkach, planując uszycie lnianego garnituru na miarę – oczywiście z męskiego katalogu. Pan Harel, mówi się o mnie – wynikło to z szeregu pomyłek w mailach, a podejrzanie dobrze pasuje. Nie to, że Haratyk po kobiecemu nie potrafi. Bo świetnie mu to idzie. Ale jednak ten sznyt, ta linia, nakreślona zdecydowanie, z zapasem, który tworzy się tylko dzięki kobiecej sylwetce – kręci mnie najbardziej. Patrz: Caroline de Maigret, Diane Keaton w roli Annie Hall czy nasza rodzima Agnieszka Ścibior. Nawet nie wspominam o Coco Chanel, żeby nie rozciągać się zbytnio w czasie.

Haratyk ss18

Czytaj dalej

22

lip

Modny pan

Bohater tej historii nie ma ani określonego wieku, ani konkretnego miejsca zamieszkania. Wiemy, że żyje w Polsce i chciałby się dobrze ubierać. Co to znaczy dobrze? Nie wie tego ani pan, ani jego otoczenie, ale życzliwych porad będzie mnóstwo. Bo w kwestii mody każdy jest ekspertem, prawda?

Pan obserwuje innych panów, oni obserwują pana. Jedni poszukują odpowiedzi u drugich, ale doszukać się nie mogą. Pan kupuje magazyn dla mężczyzn z jakimś tam działem poświęconym stylowi. Owszem, dowie się, która kurtka żeglarska jest najmodniejsza w maju albo pozna nowy model kultowych butów, które i tak do niczego mu nie pasują. Ale do celu go to nie przybliży. Postanawia iść na zakupy i wraca do domu z naręczem ubrań, których potem nie włoży (ekspedientki były takie miłe i na pewno wiedzą najlepiej, co dla niego dobre). A nawet nie wie, że mógłby je oddać z powrotem do sklepu. Wreszcie wpisuje w wyszukiwarkę hasło „modny pan” i wyskakuje mu kilka męskich blogów. Jeśli będzie miał szczęście, trafi na ten merytoryczny. Jaki będzie finał?

Chciałabym zaznaczyć, że nie piszę o mężczyznach, którzy swój styl już odnaleźli. O tych, którzy mają łatwość wychwytywania odpowiednich dla siebie zjawisk, czują się wśród ciuchów jak ryba w wodzie i mają dziką przyjemność z oglądania pokazów męskich kolekcji czy śledzenia nowinek z Pitti Uomo. Zwykle są oni związani z branżą mody (choć istnieją wyjątki, ale nie będę się rozdrabniać). Mam też absolutnie dość opinii, jakoby polski mężczyzna nie potrafił się ubierać, a co w dalszej kolejności: polskie ulice są szare i smutne, jesteśmy sto lat za mitycznym Zachodem. Jak w każdym cywilizowanym kraju, w Polsce istnieją pewne enklawy, wynikające w bardzo prosty sposób z geograficznego położenia. Trochę to stereotypowe, ale przede wszystkim całkiem naturalne. Zanim wydamy osąd, polecam poobserwować inne miejsca, choćby w Europie. Na Północy Francji nie znajdziemy szykownych paryżan, a na Sycylii – mediolańskich pięknych chłopców. Mam wrażenie, że tu w Polsce lubujemy się we wpędzaniu w kompleksy. Całkiem niepotrzebnie. Niestety nie pomagają ci, którzy wiedzą trochę więcej (albo wydaje im się, że wiedzą), taksując zagubionych w temacie nieboraków od góry do dołu przy każdej możliwej okazji.

Ten pan, o którym piszę, może wydawać się nieco bezradny. Może swoim podejściem wkurzać. Branżowym wyjadaczom może się nawet jawić jako całkiem nieprawdziwy. Może też budzić zazdrość swoim ignoranckim podejściem do spraw mody. Wymyśliłam go na potrzeby tekstu, ale nie wziął się z powietrza. W swoim „pozamodowym” życiu spotykam mnóstwo osób, które składają się na tę postać. Łączy ich jedno. Chcieliby, ale nie wiedzą, od czego zacząć.

Śmiejemy się z katalogów, gotowych zestawów na manekinach, zachowawczych stylizacji w lookbookach. A one przecież nie powstają bez przyczyny. To może być bezpieczny start. Ludzie mody nie potrzebują poradników. Ale mój bohater będzie przeszczęśliwy, jeśli trafi na takie podstawowe kompendium wiedzy. Skąd się wziął sukces książki Michała Kędziory (blogera znanego jako Mr Vintage)? Wydawnictwo już dwa razy musiało dodrukowywać egzemplarze, bo „Rzeczowo o modzie męskiej” znikała z półek szybciej niż świeże pączki w Tłusty Czwartek. Autor opisał wszystko, co najważniejsze. Wydał legalną ściągawkę zawierającą odpowiedzi na większość egzaminacyjnych pytań. Znam takich, którzy tę książkę trzymają w ukryciu, bo przecież moda to babskie zajęcie. Ale czytają po kątach i uczą się stopniowo. A potem nagle zaskakują celnym wyborem na zakupach. Wkręcają się w temat i poszukiwanie ubrań czy inspiracji zaczyna sprawiać im najnormalniejszą w świecie przyjemność.

Powoli kiełkuje też pozytywny snobizm na polskie rzeczy. Sensownych propozycji przybywa. Bo o ile jeszcze kilka lat temu tzw. niezależne czy też młode marki oferowały raczej modele eksperymentalne (albo dla osób odważnych), o tyle obecnie coraz częściej skłaniają się w stronę statystycznego klienta. Choć statystyczny zawiera w sobie sporo znaczeń – czasem nawet przeciwstawnych. Odeszły na szczęście czasy, w których mój bohater, chcąc ubierać się po polsku, miał przed sobą trzy wyjścia: koszulki z napisem i szary dres „od projektanta”, prujący się mundurek z sieciówki albo garnitur uszyty na sylwetkę przeciętną (której chyba nikt tak naprawdę nie posiada). Wybór jest tak dobry, jak w przypadku marek kobiecych. A może nawet lepszy, bo mniej ubrań byle jakich, szytych na wzór bestsellerów, mniej lub bardziej umiejętnie kopiowanych.

Zjawisko szycia na miarę przeżywa właśnie swój renesans. Dopasowanie gotowego produktu w sieciowym salonie to już norma (coraz częściej wliczana w cenę), ale bohater tekstu coraz częściej udaje się w tym celu do miejsc dedykowanych. Nawet jeśli swoje przeczytał, zwykle czuje się dość zagubiony. Zresztą, jak podkreśla właściciel pracowni krawieckiej Rudolf & Co., Jarosław Adamczak, paradoksalnie im mniej sprecyzowane oczekiwania klienta, tym efektywniejsza z nim współpraca. „Bywają panowie, którzy zobaczyli coś gdzieś na manekinie i chcą dokładnie to samo, mimo że ich wymiary znacznie od modelowych odbiegają. Czasem naprawdę trudno człowieka przekonać, że to nie najlepszy pomysł. Ale gdybyśmy zgodzili się na realizację takiego zamówienia, wyrządzilibyśmy klientowi ogromną krzywdę. A tego nie chcemy”. I dodaje: „Nasze najfajniejsze realizacje to te, w których klient daje nam kredyt zaufania. Widzi, że znamy się na swoim fachu, więc ma pewność i spokój, że wykonanie będzie bez zarzutu. To daje satysfakcję obydwu stronom”. Bardzo często pan chce zainwestować w jeden porządny garnitur na wiele okazji. W większości takich przypadków pretekstem jest ślub. Tu zaufanie jest bardzo ważne, zwłaszcza gdy klient nie ma pojęcia, jak wyglądają przymiarki. Skąd ma wiedzieć? Od tego są fachowcy.

Coraz częściej za męskie sylwetki biorą się też projektanci, którzy do tej pory trzymali raczej z kobietami. Ostatnio na wybiegu pokazał kilka propozycji dla mężczyzn Michał Szulc (choć on akurat ma warsztat świetny, od lat tworzy męskie kolekcje dla firm odzieżowych). Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski także oswajają męską publiczność, przemycając do swojej dodatkowej linii nieco prostych elementów. Ania Kuczyńska jako jedna z pierwszych parę lat temu zaczęła włączać do swoich kolekcji rzeczy typowo męskie lub uniseksowe. Młodych marek dedykowanych facetom jest znacznie mniej niż tych dla kobiet, ale coś drgnęło. Najwidoczniej jest realna potrzeba, skoro wciąż powstają nowe. Te z kilkuletnim stażem rozwijają się, aż miło patrzeć. Monika Ptaszek, Piotr Drzał, Madox, Rejkjavik District – każda z nich tworzy dla swojego klienta. I każda ma napęd do działania. A bohater historii powoli oswaja się z tematem.

Tekst ukazał się w trzecim numerze Hush Magazine.