Archiwa tagu: Paprocki & Brzozowski

25

lis

Dariuszu…

W zeszły piątek został odkopany prawdziwy skarb. Wspomnienia i emocje z dzieciństwa. Coś, co zyskuje z czasem, niczym dobre wino. Coś, z czego dawniej potrafiliśmy się śmiać – bo niemal każda przeszłość w pewnym momencie wydaje się zabawna. Był taki serial „Siedem życzeń”. Kto jakimś cudem nie zna, temu szczerze zazdroszczę. Bo ma okazję przeżyć wszystkie siedem odcinków po raz pierwszy. Już nie pamiętam, kiedy ja po raz pierwszy go widziałam. Bardzo prawdopodobne, że była to premierowa emisja. I prawdopodobnie w nieznanym mi miejscu Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski oglądali w tym samym czasie przygody Dariusza oraz kota Rademenesa. I wyrabiali sobie ucho na ścieżce dźwiękowej złożonej z piosenek Wandy i Bandy. Gdy nadeszła odpowiednia okazja, postanowili go nam przypomnieć w nietypowej wersji.

Sprawili sobie panowie prezent na trzynaste urodziny marki. Skojarzenia podstawowe. Trzynasty? Pech. Pech? Czarny kot. Rademenes, rzecz jasna, ze swoimi magicznymi oczami. On wystąpił jako pierwszy w pokazie (a raczej jego głowa i świecące zielonymi laserami ślepia). Na odwrócenie złego omenu – czterolistna koniczyna i liczba siedem. Rysunki i napisy pojawiły się wielokrotnie, na finałowe wyjście modelki i modele ubrani zostali w koszulki i bluzy z rzeczonymi grafikami, prezentując nam pełną kolekcję bardziej przystępnej linii projektantów. Warto tu wspomnieć, że Paprocki i Brzozowski jako jedni z pierwszych w Polsce podchwycili trend grafik na t-shirtach. Tylko mało kto w owym czasie o tym wiedział. Choć aktualnie zalewa nas to zjawisko, oni wciąż potrafią stworzyć coś oryginalnego. Ja na przykład prawie padłam z pragnienia na widok koszulki z napisem „hator” (dla niezorientowanych, to fragment zaklęcia Rademenesa).

Sporo się działo. Było i wieczorowo, i ślubnie, i sportowo, i oficjalnie. Sporo kontrastów – tu możemy podziękować osobie, która wzięła na siebie wystylizowanie całego pokazu. Wyszło świetnie. Ciekawie wypadły zapomniane już nieco proporcje i rozwiązania. Spódnice i sukienki do połowy łydki, rękawy 1/2 lub 7/8, „oszukiwany” raglan (czasem całkiem prawdziwy), panele udające nagie ciało, a także przypomniane kilka sezonów temu przez Stellę McCartney panelowe sukienki dające efekt wyszczuplenia. Pojawiło się nawet kilku panów i byli to całkiem udani panowie. Nie jestem pewna, czy pomarańczowy garnitur znajdzie odważnego właściciela. Chętnie bym latem widziała takie stroje na polskich ulicach. Ale chyba potrzebujemy jeszcze więcej czasu. Wzięłam sobie do serca serialową inspirację i dopatrywałam się nawiązań także tam, gdzie niekoniecznie były zamierzone. Różowa sukienka we wzory – wyschnięta egipska ziemia albo – bardziej pozytywnie – cętki żyrafy. Metaliczne materiały – srebrna kulka, w którą zamienił się kot, gdy… (obejrzyjcie sobie po prostu). Złoto i biel – odcinek ze starożytnym Egiptem w tle.

A teraz trochę refleksji negatywnych. To nie jest najlepsza kolekcja projektantów. Choć na wybiegu prezentowała się efektownie (na końcu została obsypana złotym gwiaździstym konfetti i wyposażona w kiście błękitnych balonów), była dość nierówna. Fantastyczne projekty przeplatały się z takimi sobie. Te drugie nie były złe, może po prostu niezrozumiałe. Mocno zabudowane sukienki na ramiączkach zaburzały nawet perfekcyjne sylwetki modelek. Strach pomyśleć, co będzie w przypadku przeciętnej śmiertelniczki. Interesująca sprawa z falbanami. W roli baskinki były nie do zniesienia, ale przy obniżonej talii zdecydowanie zyskiwały. Połyskujące materiały przyniosły więcej kiczu niż zachwytu, próbuję sobie to wytłumaczyć dodatkową inspiracją latami osiemdziesiątymi (w końcu to wtedy „Siedem życzeń” powstało). Choć całość została spięta bardzo wyraźną klamrą, mam wrażenie, że niektóre sylwetki po prostu tam nie pasowały. Z jednej strony to wspaniałe, że co sezon projektanci fundują nam tak rozbudowane kolekcje. Ale z drugiej uważam, że czasem lepiej powiedzieć mniej niż więcej.

Na koniec publiczność spotkała niespodzianka. Właśnie szeptałam znajomemu na ucho, że brakuje tylko „Wandy i Bandy”, gdy nagle rozległy się dźwięki piosenki „Siedem życzeń”, a na wybieg wyszła Wanda Kwietniewska. Poczułam się tak, jakby Paprocki i Brzozowski podzielili się ze mną częścią urodzinowego prezentu i do dziś śpiewam w myślach (czasem, ku utrapieniu najbliższych, na głos) refren, i sprawdzam w programie telewizyjnym, czy przypadkiem gdzieś nie lecą powtórki.

0

1

2

12  23

24

25

26

27

22

29

29b

29c

31 (2)

31 (3)

31

32

33

33g

35

36

37

38

39

41

42

44

45

53

55 (2)

55 (3)

55

61

62

63

64

65

66a

67

68

69

70

70a

70a (2)

70a (3)

70a (4)

70a (5)

70a (6)

71

72

73

74

75

76 (2)

76

77a

77b

77c

77d

79

80

Fot. Filip Okopny – Fashion Backstage
Okulary: MOKO 61

29

maj

Dalia

Obiecywałam sobie, że moment, w którym zacznę mieć pretensję do całego świata, że nie mam miejsca w pierwszym rzędzie, będzie końcem tego bloga. Moment ów miał miejsce ostatnio w Łodzi, na szczęście szybko przywołałam się do porządku (tyle lat pisania przekreślić jednym gorszym dniem?). Owszem, najlepiej jest siedzieć z przodu, bo tylko wtedy można wszystko zobaczyć. Ale skoro czasem się nie da… Można całkiem lekko przyjąć fakt, że mamy do czynienia z przedstawieniem, że na każdym przedstawieniu jest wiele rzędów i publiczność jakoś sobie radzi i całokształt ogarnia. A potem poradzić sobie samodzielnie, zorientować w szczegółach, podpytać, obejrzeć raz jeszcze w późniejszym terminie…

Bo to było przedstawienie. Zgoła inne niż poprzednio, z całkiem zwyczajnym długim wybiegiem. Główne role przypadły jednak gościom, nie projektom (ani projektantom). Przynajmniej takie miało się wrażenie, gdy do ostatniej chwili wybieg zapełniali fotografowie, strzelając fleszami na wszystkie strony. Taka praca, każdy ma swoje zadanie do wykonania.

Pierwsza refleksja, gdy wreszcie się zaczęło? Jak miło widzieć tak dobrze uszyte rzeczy. Owszem, od początku do końca były raczej ostrożne, w przeciwieństwie do tych z poprzedniego sezonu. Nie chciałabym jednak używać słowa „zachowawcze”, bo mimo wszystko tu nie pasuje. Przemyślane, wypracowane – aczkolwiek momentami nierówne. Pierwsza sukienka zapowiadała kosmiczne wrażenia (przynajmniej pod względem zastosowanego materiału). Potem nagle powróciliśmy do lat dziewięćdziesiątych, by za moment dać się oszukać ukośnym cięciom wysmuklającym i tak już perfekcyjne figury modelek. Ubrania układały się świetnie. Nie było ani jednej pomyłki, ani jednego niedopracowanego modelu. Pojawiło się nawet kilka męskich sylwetek, ale pozostawiłam je do oceny znawcom mody męskiej (bo należę do tych, którzy wciąż damską od męskiej oddzielają).

Zostało to wszystko tak pomyślane, żeby można było całą sezonową garderobę zbudować na pomysłach projektantów (a to wcale nie jest takie oczywiste w naszym nadwiślańskim kraju). Od oficjalnych spotkań poprzez wieczory w dresie (z nadrukiem dalii, jak nazwa kolekcji zobowiązała), zimne popołudnia na świeżym powietrzu do karnawałowych imprez. O ile odpowiada nam ten raczej dojrzały styl (oraz mamy trochę wolnej kasy w portfelu), jesteśmy uratowane przynajmniej na pół roku.

Projektanci dali się porwać kolorystyce dość ponurej i charakterystycznej dla pory jesienno zimowej. Z drugiej strony jest to paleta barw świetnie sprzedających się, więc można było odnieść wrażenie, że i tu nie potrzebują ryzyka. Motyw wężowej skóry czy cętki też wydają się dość ograne, aczkolwiek w tym wydaniu całkiem nieźle się obroniły. Podsumowując, gigantycznego wrażenia nie było. Ale było dobre wrażenie. I tak to sobie zapamiętam.

rp-5410

rp-5537

rp-5535

rp-5533

rp-5520

rp-5518

rp-5507

rp-5499

rp-5498

rp-5493

rp-5490

rp-5487

rp-5479

rp-5476

rp-5474

rp-5463

rp-5452

rp-5450

rp-5440

rp-5435

rp-5417

rp-5415

Fot. Robert Przepiórka

18

mar

Melba

Właśnie ukazał się drugi numer Melby. To dość świeży magazyn internetowy poświęcony młodej modzie i fotografii, jak na razie trzyma poziom i mam nadzieję, że tak zostanie. Promuje, jak można się domyślić, przede wszystkim młodych twórców, choć z szacunkiem kłania się także starszym. Co jest ogromnym, wręcz gigantycznym plusem, to obecność polskich sesji fotograficznych. W tym momencie argumenty mocnych drukowanych magazynów o braku pieniędzy na wyprodukowanie tychże brzmią po prostu śmiesznie. Poniżej jedna z nich, w ujęciu Małgorzaty Turczyńskiej, stylizowana przez Roberta Kiełba. Ubrania przede wszystkim polskie. Jako ciekawostkę dodam, że wystąpiły w niej moje buty, upolowane w krakowskim Mullholland Drive (gdy jeszcze był ciucholandem). Po resztę zapraszam do źródła. Warto!

Turczyńska Kiełb

Turczyńska Kiełb

Turczyńska Kiełb

Turczyńska Kiełb

1. Paweł: spodnie, koszula: Joanna Startek; buty: Wrangler; Dodo: marynarka, spodnie: Paprocki&Brzozowski
2. Kurtka, spodnie: Zuo Corp; buty: Pollini (własność Harel! Ha!)
3. Paweł: spodnie, koszula, kurtka: Joanna Startek; skarpetki COS, sandały Vagabond; Dodo: sukienka, płaszcz: Filip Roth
4. Kurtka: Filip Roth

fotografie: Małgorzata Turczyńska
stylizacje: Robert Kiełb
make-up: Adrian Świderski
włosy: Christian Lange
asystent fotografa: Max Zieliński
modelka: Dodo / Division
model: Paweł Gravelitz / Division
podziękowania dla galerii Czułość i Janka Zamoyskiego za udostępnienie przestrzeni do zdjęć

4

sty

Mélodie d’amour chantait le cœur d’Emmanuelle

Po raz pierwszy miałam okazję oglądać pokaz Paprockiego & Brzozowskiego w Warszawie. Kiedyś dawno temu udało mi się w Łodzi. Nie napisałam o nim, bo… nie przemówił do mnie zupełnie, a w tamtych czasach wyznawałam zasadę, że piszę tylko o pozytywach. Na szczęście już zmieniłam zdanie. Równowaga musi być. tym bardziej, że nie wisi mi nad głową gilotyna w postaci redaktor naczelnej (czy też redaktora naczelnego, by zachować równouprawnienie na piśmie) i takiej groźby raczej w moim wesołym życiu nie będzie.

 

Do rzeczy. Tytuł kolekcji: Emmanuelle. Plus dopisek: tylko dla dorosłych. Co ja sobie wyobrażałam! Gdy zobaczyłam scenę zmienioną w wielkie łóżko, natychmiast pojawiła się wizja wielkiej bitwy na poduszki w finale z udziałem roznegliżowanych modelek. No cóż, przyszło mi się rozczarować, do końca pozostały ubrane, mimo ostrzeżenia na zaproszeniu. Ale za to w co ubrane! Ponieważ wspomniane łóżko puste nie pozostało, można było obserwować ubrania w akcji. Nie tylko poruszające się wokół wybiegu, ale też opadające na poduszki, turlające się po materacu, a momentami dotykane przez całkiem ładnych panów (ubranych znacznie bardziej oszczędnie…). Będzie to tak zwana oczywista oczywistość, ale nawet z pierwszego rzędu od końca widać było, że kolekcja została stworzona przez profesjonalistów. I że ci profesjonaliści uwielbiają ubierać kobiety. Emmanuelle – piękna, zmysłowa i wolna według mnie była bardziej duchem kolekcji niż dosłowną inspiracją. Choć z pewnością w niektórych ciuchach odnalazłaby się idealnie. W pewnym momencie dostrzegłam jej starszą koleżankę, panią Robinson. Chcemy czy nie, ta pani ma monopol na cętki. Zresztą w pierwszym momencie powiedziałam tym cętkom zdecydowane i stanowcze „nie”, ale gdy wczoraj przyjrzałam im się w wersji lookbookowej, stwierdziłam, że cętki podobnie jak paski na dobre zagościły wśród deseni niewychodzących (najwyraźniej) z obiegu. Nie przemówiły do mnie falbany podszywane od spodu kontrastującym materiałem. Wydawały się kompletnie oderwane od fenomenalnej reszty.

 

Od samego początku słyszałam opinie, że mieliśmy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Ale z drugiej strony, jak słusznie zauważył pewien artysta ze Skandynawii, który mi towarzyszył, pokaz mody bywa przecież spektaklem, więc mile widziane jest niebanalne zaserwowanie dzieła. Anturaż pozostał w miejscu imprezy, emocje opadły, zmysły się uspokoiły i zostaliśmy sam na sam z ubraniami. Tak się świetnie złożyło, że właśnie pojawił się lookbook. W pierwszej chwili byłam przekonana, że to zupełnie inne propozycje niż te widziane podczas pokazu. Statyczne (stateczne), eleganckie, stonowane. Szybko dotarło do mnie, że Marcinowi Paprockiemu i Mariuszowi Brzozowskiego udało się stworzyć szereg ubrań – kameleonów, które dostosowują się zarówno do kobiety, jak i do sytuacji. Ogromny plus należy im się także za dużą liczbę niepowtarzających się sylwetek (zmora wielu polskich pokazów). Jeśli za pół roku obejrzymy kolejną tak dobrą i rozbudowaną kolekcję, będę w siódmym niebie, nawet jeśli estetyka nie będzie w stu procentach moja.

 

Poniżej kilka ujęć z lookbooka. A tutaj możecie obejrzeć szaleństwo z pokazu.

 

Paprocki Brzozowski Emanuelle

 

Paprocki Brzozowski Emanuelle

 

Paprocki Brzozowski Emanuelle

 

Paprocki Brzozowski Emanuelle

 

foto: JACEK PIĄTEK
model: DODO/ D/Vision
makijaz i fryzury: Wilson/ Warsaw Creatives
Zdjęcia dzięki uprzejmości Marcina Paprockiego i Mariusza Brzozowskiego.