Archiwa tagu: przemyślenia

18

lut

Gdybym tylko…

Dziś będzie o wieku. Nie konkretnym, zaszufladkowanym czy podporządkowanym czemuś, co zwiemy pokoleniami. Odnoszę wrażenie, że bez względu na to, ile mamy lat, zawsze znajdziemy coś, czym z zaskakującą łatwością się ograniczymy. Nie zliczę, ile razy ostatnio usłyszałam od fantastycznych osób, którym naprawdę niczego nie brakuje, że: „nie wypada mi w tym chodzić”, „gdybym była młodsza/chudsza/wyższa”, „nie będę mierzyć, bo się załamię” i tak dalej. Sama się czasem łapię w taką pułapkę, zwłaszcza że czasy dwudziestoletnie minęły bezpowrotnie, a i trzydziestoletnie za jakiś czas będą wspomnieniem. Ale zamiast się pogrążać, przypominam sobie swoją babcię, dla której jedynym ograniczeniem były umiejętności zaprzyjaźnionej krawcowej. Do końca życia ubierała się z fantazją nie mniejszą niż Anna Piaggi (przy czym makijaż zachowywała raczej stonowany). Najbardziej na świecie lubiła broszki w kształcie owadów, najchętniej pająków, a jej kolekcja butów niejedną wielbicielkę mody przyprawiłaby o palpitacje serca. Nawet gdy nie czuła się najlepiej, codziennie z niegasnącą pasją komponowała nowy strój. Zwykły spacer z psem był wystarczającym pretekstem, by wyjąć z szafy kolorowe sztuczne futerko albo kraciasty płaszcz. Nigdy od niej nie usłyszałam, że źle się w czymś czuje albo że w jej wieku czegoś nie wypada. Nie obawiała się wyglądać zabawnie, broniła się autentycznością i naturalnością. W jej przypadku naprawdę szata była na drugim miejscu. TUSH Czytaj dalej

30

gru

Dawno temu, w odległej galaktyce…

Dokładnie dziewięć lat temu po raz pierwszy nacisnęłam przycisk „publikuj” na tym blogu. Nikt prócz mnie nie wie, że próby publikacji rożnych tekstów i zdjęć trwały od 2004 roku. Trochę szkoda, ale z drugiej strony dzięki własnemu niezdecydowaniu mam jeszcze cały rok na zorganizowanie imprezy z okazji okrągłej dziesiątej rocznicy. Takowa odbędzie się na sto procent, jestem po pierwszych rozmowach z ludźmi znającymi się na rzeczy (pozdrawiam tajemnicze jeszcze dobre dusze). To nie kokieteria. Ja naprawdę nie wierzę, że tyle lat jestem tu z Wami.

Przypominają mi o tym różne sytuacje. Ostatnia? Stoję z naręczem wieszaków, zdradzając perfidnie polską modę w & Other Stories w Berlinie, gdy nagle słyszę swój pseudonim. Zaczepia mnie Czytelniczka i pyta, czy to na pewno ja. Moje ego szaleje. Jest mi miło na dwieście procent. Rozmawiamy przez chwilę, następnego dnia wieczorem dzięki niej siedzę w genialnej knajpie (Bun Bao, Kolwitzstrasse) i jem obłędne burgery. Mówię przyjaciółce, z którą Berlin po raz kolejny odwiedzamy: „Zobacz, gdyby nie mój blog, nigdy byśmy tu nie trafiły”. Pół roku wcześniej parę kilometrów dalej spożywam tajskie specjały na świeżym powietrzu w towarzystwie rzeczonej przyjaciółki i… Bereniki Czarnoty z narzeczonym. Nie rozmawiamy o modzie. Tematy się nie kończą. Gdy trzeba się rozstać, mam prawdziwe łzy w oczach, choć nigdy się do tego nie przyznam (tylko dziś, ale nie wypominajcie mi tego). Gdy parę miesięcy temu jestem chora, z domowym rosołem przybywa mój serdeczny przyjaciel. Jak się poznaliśmy? Wpadał na kawę do Wearso, gdzie pracowałam przez jakiś czas. Nie musiałam, ale marzyłam, by zdobyć doświadczenie w pracy ekspedientki w sklepie z ciuchami. Jak tam trafiłam? Dzięki blogowi.

Nie zliczę, ile zdarzeń w moim życiu zawdzięczam tamtej nie do końca świadomej decyzji (czuję, że wymieniłam ich zdecydowanie za mało, lecz terroryzuje mnie wyładowująca się bateria pożyczonego od męża iPada (wiem trudno w to uwierzyć, ale moje teksty powstają na kobylastym ponaddziesięcioletnim pececie)). Wciąż dzieje się mnóstwo i pewnie tak już zostanie. Dla tych ciekawskich: nie, nie żyję z bloga, mam swoją pracę, którą uwielbiam i nie chciałabym jej zamienić na żadną inną. Blog łączy mnie z ludźmi i to jest jego największa wartość. Za rok rozkleję się na dobre. Tymczasem życzę Wam wszystkiego dobrego! Widzimy się w styczniu!

image

image

image

image

image

 Fot. Justyna Helena Majewska, Szymon Brzóska, Bartek Szmigulski.

15

gru

Konsekwencja

W sobotę wieczorem w imieniu jury blogerów związanych z modą (Fashion PR Girl, Freestyle Voguing, Radzki, Trend Spot oraz swoim) wręczyłam nagrodę HUSH Selected w kategorii „Konsekwencja”. Wygrała osoba, której nazwisko jest branży jeszcze świeże, nie każdemu znane – a jednak wybierając byliśmy wyjątkowo zgodni.

Dwa lata. Czy to mało, czy dużo, by ocenić poziom konsekwencji artysty? Według mnie wystarczająco dużo. Diana Jankiewicz ma za sobą cztery sezony niezwykle dopracowanych, choć niewielkich kolekcji. O tej najnowszej pisałam tu całkiem niedawno. Elementy z poprzednich dokładnie obejrzałam przy okazji wizyty w pracowni. Każdej z nich towarzyszyła nastrojowa sesja wizerunkowa. I każda kolejna okazuje się logicznym następstwem poprzedniej. Od początku funkcjonują pod niezmienionym, bardzo prostym, lecz zmyślnym logo – nazwisko projektantki zdobią cztery kropki ułożone w kwadrat. Wzór przekopiowany bywa już bez liter na niektóre moduły kolekcji – ostatnio pojawił się w formie dziurek na skórzanych ręcznie wykonanych rękawiczkach, a także z tyłu płaszcza.

Szlachetnością stosowanych przez Dianę tkanin już się zachwycałam ostatnio. Dodam tylko, że ani transparentność, ani ciężar jej niestraszne. Jej pomysły niosą w sobie wrażenia z podróży, barwnych bohaterów filmowych, wyimaginowane kobiety o niezwykłej sile, a także powroty do przeszłości. Dyskretnie zaznaczają obecność, nie narzucają się. Nawet etniczne wstawki z lata 2013, odwołujące się do wrażeń z Peru, migają delikatnie, choć mogłyby krzyczeć. Trencze, szmizjerki, luźne koszule, zimowe płaszcze i eleganckie sukienki na jedwabnych podszewkach – bardzo dobrze skonstruowane, bez biegu na skróty i wybierania łatwiutkich materiałów czy form, które wiele wybaczają. Diana od pierwszego sezonu postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Żadnych kompromisów, komercji, ilości ponad jakością. Jej dumą mogą być powracające klientki. Ja liczę jednak, że dzięki naszej nagrodzie młodą projektantkę odkryją nowe osoby, które zauroczy przynajmniej tak samo, jak zauroczyła nas.

Poniżej zbliżenie na pierwszą kolekcję „Wild Women Sisterhood” na wiosnę/lato 2013.

jankiewicz

30

paź

Proszę wyjść

Dałam Łódzkiemu Tygodniowi Mody kolejną szansę. Została zmarnowana. Po jego zakończeniu ogarnęło mnie współczucie. Ogromne. Dla wszystkich po kolei. Projektantów, widzów, redaktorów (tej garstki, która jakimś cudem się pojawiła), fotografów, modelek, obsługi, wystawców, a wreszcie dla mnie samej. Czuję, że powinnam to napisać. Z drugiej strony szkoda mi osób, które ten tekst niesłusznie skrzywdzi. Bo czy to ich wina, że brali udział w tej a nie innej imprezie? Czy mieli alternatywę?

Od poniedziałku ciągle odpowiadam na pytanie: Jak było w Łodzi? I odpowiedź jest jedna: Beznadziejnie. Pomijam aspekt towarzyski, bo ze znajomymi równie dobrze mogę się spotkać u siebie w domu, bez narażania się na tyle negatywnych bodźców. Miło było poznać nowych ludzi, z którymi znamy się tylko z sieci, ale nie o tym dzisiaj.

Rozwinięcie mojej odpowiedzi może stanowić kilka historii, które spotkały albo mnie, albo ludzi z najbliższego otoczenia, a także ogólne wrażenia osoby, która na imprezie była po raz ósmy, pełna nadziei, że tym razem będzie lepiej. Jak najkrócej i jak najkonkretniej. Bez zbędnego rozpisywania się.

1. Z pustego pierwszego rzędu przegania się mnie do tyłu ze słowami: „media siedzą w drugim”. Gdybym się przesiadła, pięć minut później zagoniono by mnie z powrotem do pierwszego. Nie mam o sobie wygórowanego mniemania, ale niech pokażą mi dziesięć osób z tam obecnych, które piszą tyle o polskiej modzie co ja (o poziomie tekstów nawet nie wspominam).

2. To samo robi się z członkami rady programowej FPFWP, żeby na ich miejscu mógł spocząć organizator imprezy. W rezultacie wychodzą i nie oglądają pokazu. Gdyby nie przypadkowe spotkanie z osobami decyzyjnymi, które zareagowały błyskawicznie, prawdopodobnie wszyscy byśmy wyjechali.

3. Gdy robię wywiad z projektantem w strefie projektanta, podchodzi do mnie obsługa i informuje, że nie wolno mi tu przebywać. Zero wyjaśnień. Proszę wyjść. Dodam, że nigdzie się nie włamałam, posiadałam odpowiedni identyfikator. Ale ponieważ moja twarz mało komu coś mówi…

4. Wszelkie próby pobrania materiałów zdjęciowych z serwera kończą się porażką. Do dziś się to nie zmieniło. Gdyby nie projektanci, nie dysponowałabym żadnymi zdjęciami.

5. Nie wiem, kto ma ostateczny wpływ na dobór projektantów i marek biorących udział w imprezie. To była najgorsza edycja pod względem poziomu i estetyki. Jeśli rzeczywiście zostały wybrane najlepsze kolekcje ze wszystkich zgłoszonych, to chyba żyję w równoległym świecie.

6. Podobnie nie wiem, kto miał wpływ na dobór modelek. Drogie dziewczyny, jeśli to czytacie, nie bierzcie do siebie tej uwagi. Istnieje szereg uroczych kobiet, które nie powinny być modelkami i koniec. Sama mam problem z chodzeniem w szpilkach, ale gdybym miała to robić zawodowo, raczej bym się przyłożyła. Nie jest Waszą winą, że FPFWP zdecydował się na wynajęcie tej a nie innej agencji.

7. Czy na którymkolwiek ze światowych tygodni mody, do których łódzki tak mocno aspiruje, znajduje się osobne wejście dla mediów zagranicznych? Rozumiem, że zapewniają tyle publikacji i rozgłosu, że warto ich dopieszczać na każdym kroku. Jeśli tak, ten punkt skreślamy. Absencja mediów polskich dojmująca.

8. Nagroda Macademian Girl Designer Award. Przede wszystkim: piękny gest, doceniam. Ale miałby sens poprzedzony nagrodami od Elle, VuMaga czy samego Fashion Philosophy. To impreza międzynarodowa, z szeregiem sponsorów i partnerów. Dlaczego jedyną nagrodę dla projektantów funduje blogerka? Czy w naszym kraju jest aż tak źle? Pomijam fakt, że została wręczona przed obejrzeniem wszystkich pokazów. Kilkanaście godzin później i sprawa prezentowałaby się znacznie lepiej.

To nie są drobne potknięcia. To poważne błędy. Przyjechałam tam z własnej woli, do pracy, za którą również z własnej woli nic nie dostaję. Utrudniano mi działanie wielokrotnie. Już mam szczerze dosyć pisania, że wszystko rozumiem, że pomyłki są wpisane w ludzką naturę itd. Ta impreza sama się pogrąża. Wizerunkowo i organizacyjnie. To nie znaczy, że nie widzę plusów. Ale, jak mawiał klasyk, Ryszard Ochódzki, „rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów„. Dziś było o minusach. Plusy dzierży resztka dobrych projektantów, którzy pozostali na pokładzie tonącego okrętu. I o nich w najbliższym czasie. Dziękuję za uwagę.

24

paź

Dlaczego pojechałam do Łodzi?

Agnieszka Maciejak, Berenika Czarnota, Agata Wojtkiewicz, Bohoboco, Zuo Corp., Łucja Wojtala, Joanna Klimas, Anna Poniewierska, Maldoror, Anna Pitchouguina, Ania Kuczyńska czy wreszcie MMC Studio. Z pewnością nie wymieniłam wszystkich, bo pisałam posługując się swoją złudną pamięcią. O co chodzi? To projektanci i marki, które mogliśmy oglądać podczas Łódzkiego Tygodnia Mody (w dłuższym skrócie Fashion Philosophy Fashion Week Poland). W większości przypadków niejednokrotnie. Z niektórymi z nich miałam do czynienia po raz pierwszy na żywo wlasnie tu, w Łodzi. W najbliższych dniach nie zobaczymy ani jednej. Tak, dobrze czytacie, także MMC (choć jeszcze we wrześniu słynna informacja prasowa zapowiadała ich obecność – zaraz obok stylistki współpracującej z „Calvinem i Kleinem” – pisownia oryginalna, ale to już pewnie wiecie). Niektórzy z projektantów otwarcie mówią, że pokazy na tej imprezie w żaden sposób im się nie opłacają. Inni zrezygnowali na rzecz warszawskiego blichtru. Jeszcze inni kompletnie się zaszyli i żadne pokazy im niepotrzebne. Kto w takim razie został? I czemu to wciąż gigantyczne przedsięwzięcie służy? I wreszcie: co ja tu robię? W dużej tajemnicy Wam powiem, że mogłam być teraz w hotelu przy słonecznej plaży i oddychać powietrzem o znacznie wyższej temperaturze – i to też w związku z blogiem. Wybrałam Łódź. Czy jestem masochistką?

Przyjechałam tu dla projektantów. Tych, którzy jeszcze zostali, choć imprezę porównuje się ostatnimi czasy do tonącego okrętu. A mnie naprawdę nie obchodzi, co się dzieje za kulisami. Piszę o polskiej modzie, przedstawiam Wam ją najlepiej jak potrafię. I wciąż mam nadzieję, że w kontekście Łodzi będzie co przedstawiać. Z niecierpliwoscią czekam na tych, którzy za każdym razem trzymali wysoki albo najwyższy poziom. Na Michała Szulca z całkiem nową marką Sold (pamiętam, gdy startował z linią Sale). Na Nenukko i przekaz poza schematem mody. Na Kas Kryst, której kolekcje sezon po sezonie nabierają dojrzałości. Na Olę Bajer i pierwszy jej pokaz w Alei Projektantów (Magda Floryszczyk zagościła tam wczoraj – i słusznie). Łukasza Jemioła, za którym wielbicielki przyjadą zapewne z całej Polski, choć to „tylko” linia Basic. I na Dawida Tomaszewskiego, który za każdym razem (przynajmniej do tej pory) dawał dość boleśnie odczuć, co to znaczy dla polskiego projektanta mieć możliwość pracy za granicą (to się potocznie nazywa „ukłucie zazdrości”). Liczę też na nowe marki, choć kilkuletnie obserwacje dowodzą, że te znikają równie szybko, jak się pojawiają. Czasem to duża szkoda. Ale też dowód, jak bardzo potrzeba myślenia perspektywicznego. Jeden udany sezon nie czyni mistrza. Nawet jeśli był wybitny.  Wiem, samą myślą nie uszyje się kolekcji – ale to temat na inny tekst.

Optymizm zelżał na widok Showroomu. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie dobierani są wystawcy, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Nawet jeśli pośród listy przebojów polskich hurtowni tekstylnych pojawiają się perły, potrzeba sporo energii, by je wyłowić. Pomieszanie z poplątaniem. Zresztą być może wlasnie ta przestrzeń najlepiej oddaje to, co według mnie stanowi największy problem imprezy.  Przedstawię go przewrotnie, w kilku pytaniach. Kto jest głównym odbiorcą FPFWP? Jakie są jej cele? Dlaczego tak mało tu polskich dziennikarzy, coraz mniej zainteresowanych wydarzeniem redakcji? Czy kilka jednorazowych wzmianek w mediach zagranicznych ma większą moc niż regularna obecność w mediach polskich? Polska moda, którą tu widać, to zlepek tak przeróżnych płaszczyzn, poziomów i kontekstów, że nie sposób jej nakreślić nawet prostym szkicem. Ba, prosty jest najtrudniejszy, zwłaszcza w tej mnogości znaczeń.

Hurtownie koronek obok młodych zdolnych. Flauszowe płaszcze gotowe do sprzedaży w każdej lokalizacji obok biżuterii dla dzikich mieszkańców lasu. Nieśmiertelna szara dresówka plus wypłukane błękity monopolizowane swego czasu przez Roberta Kupisza. Na wybiegu jak do tej pory plastik, przeterminowane trendy i wątpliwego uroku powrót do lat dziewięćdziesiątych i pierwotnej euforii wywołanej transformacją. Kilka, dosłownie kilka zjawisk dających nadzieję. Nie przekreślam i staram się nie oceniać pochopnie, dopiero jeden dzień za mną, a na warunki do pracy narzekać nie mogę (nawet jakiś mesjasz zamienił wino w wodę, dzięki czemu odbiór pokazów pozostaje niezakłócony – taki hermetyczny żart). Ale też nie ma sensu udawać, że wszystko jest piękne i bez skazy. Mimo pozorów jestem pełna sympatii do tego wydarzenia. Czasem wygodniej by było pomilczeć, ale właśnie ta sympatia mi na to nie pozwala. Czy biernie obserwowalibyście, jak Wasz dobry kumpel się potyka? Otóż to. Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Jeśli jakimś cudem przegapiliście tekst o FPFWP z PR-owego punktu widzenia, zapraszam do Fashion PR Girl – obowiązkowo. Nikt tego lepiej nie ujął.

25

sie

Solar

Dobrze jest się czasem miło rozczarować. Zwłaszcza gdy dawało się czemuś wiele szans, a to coś uparcie stawiało na swoim. W takich sytuacjach zazwyczaj traci się zainteresowanie. I nawet nie sprawdza, co słychać. Przypadkowo natknęłam się na tę kolekcję w showroomie Aliganza podczas prezentacji sezonu jesiennego. Takie oglądanie ciuchów rzadko kiedy daje pojęcie o całokształcie, zupełnie inaczej prezentują się one na wieszakach w sklepie. Ale już w tamtym momencie zauważyłam, że coś się poprawiło. Może i szaro buro, ale zniknęły te straszne fasony, od lat tylko delikatnie modernizowane (z naciskiem na „delikatnie”), ciągnące z uporem w stronę przeszłości, która ani piękna, ani wzruszająca. A potem zobaczyłam te zdjęcia. Solar. Dacie wiarę? Przyjemny, stonowany, poprawny, ale przykuwający wzrok. Nie wiem, co się wydarzyło, ale serdecznie tego marce gratuluję.

Wreszcie powstała sesja, która udowadnia, że Solar wyrwał się z nostalgicznych ciągot za czasem przeszłym. Proste stylizacje zachęcają do pozbycia się zbyt wielu dodatków, tych wszystkich szalików, broszek, sznurów wątpliwej urody korali, na rzecz form dyskretnie dopasowanych lub przyjemnie otulających. Solar to od lat dzianina. I nareszcie stanowi plus całości, odważnie wkracza na tereny do tej pory nieznane. Więc oprócz swetrów wszelkiej maści znajdziemy w sklepie wełniane spódnice (nawet do ziemi), a także nieobecne niestety na poniższych zdjęciach dresowe spodnie (wełna nadaje im luksusowego wydźwięku, coś pomiędzy Marant a Ralphem Laurenem). Obecna jest oczywiście przeskalowana krata – efekt zaczerpnięty z wybiegów, dzięki któremu nawet deseń retro wygląda nowocześnie. I nawet nieśmiertelny kobalt w tej aranżacji wygląda całkiem zachęcająco.

I teraz nie wiem, czy mam ochotę na zakupy w Solarze, bo porwała mnie jego nowa odsłona, czy po prostu najzwyczajniej w świecie się starzeję… Ale skłaniam się ku pierwszemu, przemilczając drugie z roku na rok coraz chętniej.

SolarFW_14_15 (25)

SolarFW_14_15 (26)

SolarFW_14_15 (27)

SolarFW_14_15 (29)

SolarFW_14_15 (28)

SolarFW_14_15 (24)  SolarFW_14_15 (30)

SolarFW_14_15 (31)

SolarFW_14_15 (21)

SolarFW_14_15 (22)

SolarFW_14_15 (23)

Fot. Rene Habermacher
Stylizacja: Robert Kiełb