Archiwa tagu: rozmowa

19

kwi

Harel pyta: Olka Kaźmierczak

Olka Kaźmierczak to człowiek-orkiestra. W 2014 roku założyła blog Fashion PR Girl, który jako pierwszy w Polsce zgłębiał temat PR-u branży mody. Obecnie jest na finiszu przygotowań forum poświęconego biznesowi i modzie, które odbędzie się podczas HUSH Warsaw już 7 i 8 maja. W międzyczasie stworzyła portal, firmę PR-ową i… otworzyła szkołę. Trudno uwierzyć? Pięć minut rozmowy i wszystko staje się jasne. Ta kobieta w magiczny sposób wypełnia dobę czterdziestoma ośmioma godzinami. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. Spotkałyśmy się w sali z widokiem na Pałac Kultury, która zwykle wypełniona jest słuchaczami kolejnych wykładów i warsztatów. Rozmawiałyśmy bite dwie i pół godziny, a pożegnanie przeciągnęłyśmy o kolejny kwadrans. Poważnie zastanawiam się nad kolejnymi częściami naszego dialogu. I stwierdzam, że są nieuniknione. Brzydkie magazyny o modzie, sprytne blogerki, polscy projektanci z zaburzonym poczuciem czasu, manipulacje i wyniesione pod niebiosa „lajki” – wszystko to czeka na Was poniżej. Zapraszam do czytania!

fashion pr girlFot. Szymon Brzóska

Czytaj dalej

29

lip

Drogie szafiarki, wiecie, że było życie przed H&M-em?

Któregoś dnia zgadaliśmy się z Michałem Zaczyńskim, że różnica wieku między nami jest zaskakująco nieduża (na moją korzyść lub niekorzyść – zależy jak na to spojrzeć). A co za tym idzie, choć nie znaliśmy się w poprzednim stuleciu, mamy sporo wspólnych wspomnień. Rozmowa dinozaurów odbyła się pewnego zimowego popołudnia w towarzystwie Tori Amos, Suede, dobrego jedzenia, wina i starych zdjęć. Postanowiliśmy nie ukrywać jej przed światem. Podobnie jak poniższych fotografii. Tak, to naprawdę my. Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych.

dinozaury

Co robiłaś w latach 90.?

Podstawówka, liceum i studia. Pod koniec zaczęłam pracę w teatrze Rozmaitości jako muzyk, przygrywałam na organach Hammonda do spektakli Warlikowskiego, do „Hamleta”.

Ja podobnie. Z tym, że na studiach pracowałem w biurze pośrednictwa eksportu. Eksportu talerzyków adwentowych i produktów oświetleniowych, trzeba dodać.  Biuro to dużo powiedziane; pokoik w baraku przy Kolskiej (słynnej z lokalizacji Izby Wytrzeźwień), gdzie przepisywałem na komputerze IBM kontakty, potem drukowałem (do drukarki razem z papierem wkładało się kalkę) i wysyłałem faksem do Niemiec. Płaca niewielka, 600 złotych, ale miło. No i bonusy, bo raz szef, nieoceniony Stefek, zawiózł mnie swoim lincolnem do Berlina. Jechaliśmy tam razem z lampą, którą trzeba było opatentować. Ale pisałem już coś dla Życia Warszawy, zdarzyło się też dla, hmm, Trybuny.  Potem szef rozbił lincolna, rzucił biznes i zamieszkał w Bieszczadach, by w końcu wrócić do Warszawy i do swego wyuczonego zawodu… pianisty. Całe życie spotykam takich ludzi… Twoja pierwsza myśl na hasło: moda lat 90?

Grunge. Flanelowe koszule, kurtki – parki, martensy. Do tego undergroundy, creepersy na płaskim koturnie.

A dla mnie dżinsy Piramidy. Z Egiptu, z charakterystyczną piramidą na metce, stąd nazwa. Swetry tureckie tricolore: zielono – miodowo – białe. Do tego mokasynki z frędzlami, białe skarpetki, pod swetrem obowiązkowo biały golf. I Kurtki bejsbolowe.

Teraz znów młodzież je nosi. I szafiarki!

I Rihanna. Ale był też miks tych dwóch stylów, pamiętam kumpli z początków liceum: słuchali Nirvany, Soundgarden i ich klonów, i nosili te flanele, ale z białym golfem pod spodem. Czego słuchałaś wtedy?

Beatlesów i Sinatry, ewentualnie Nirvany i Pink Floyd

Ja Sinead O’Connor. A zaraz potem zaczęło się Suede. I britpop. I PJ Harvey. No i Pulp, które było moim największym objawieniem.

Słuchałam jeszcze muzyki klasycznej…

Z klasyki kupiłem sobie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego na pirackiej kasecie Star; innych kaset do 1994 roku, kiedy weszła ustawa o prawie autorskim, w zasadzie nie było…

Nie wszystkie piosenki  na tych kasetach się mieściły…

Mnie w przypadku Vivaldiego to akurat nie przeszkadzało.

Czekaj, jeszcze Turnaua słuchałam!

Ja Renaty Przemyk. Turnau mnie nudził, że ciągle ten Kraków, i że dozorczynie piszą wiersze, a menele chodzą z księżycem w butonierce, choć może mylę to z Sikorowskim i Pod Budą. Oni byli jeszcze gorsi.

Początki lat 90. to zatem w naszym przypadku moda młodzieżowa.

Jak jesteś nastolatkiem, masz problem z akceptacją swojego ciała. Więc często nie jest to żadna moda młodzieżowa, tylko sposób na przetrwanie. Dlatego tak przyjęła się, na przykład, moda rapperska, a w pierwszych latach tej dekady szczególnie a’la Kris Kross, czyli duetu nastolatków, z których zresztą jeden, nieborak, już nie żyje. Bo podziw i jednoczesna tęsknota do USA, luzu Bronxu itp. to jedno, ale noszenie rzeczy tył na przód i styl, w którym wszystko jest wielkie i szerokie, to drugie. Popularność tej mody wynikała zatem z chęci maskowania kompleksów. Ja miałem wtedy kompleksy, że jestem za chudy…

Więc nosiłeś się jak Kris Kross?

Mimo to nie. Moje ubrania musiały być jednak czarne. Czyli też kamuflaż. Albo takie, w których bym wyglądał jak Marek Hłasko, mój nastoletni idol. No i koniecznie proste dżinsy, których nie można było kupić, bo wszędzie były zwężane, a w lumpeksach, dla odmiany, same dzwony.

Ja popadałam w skrajności. Najpierw był grunge. Zabierałam tacie flanelowe koszule. A tata do najmniejszych nie należy, więc świetnie się sprawdzały. A potem zaczęłam nosić rzeczy za małe. Strasznie ciasne. Chyba dlatego noszę teraz same wielkie ciuchy. Miałam przesyt. Moje pierwsze kontakty z modą to też pierwsze Levisy, które kupiłam w Legnicy w lumpeksie. Na wycieczce z organistami z klasy. Już wtedy zauważyłam, że najfajniejsze lumpeksy są poza Warszawą. Wrocław, Legnica, okolice Krynicy Górskiej.

Ja nie cierpiałem lumpeksów, ale po prawdzie nie było często wyboru…

Źle były widziane. Śmierdziało naftaliną, pełno było w nich jakichś wełnianych marynarek, koszul… choć kurtki skórzane bywały dobre.

Ale jak dla cinkciarza.

To nastawienie do lumpeksów zmieniło się diametralnie z chwilą, gdy w którejś z gazet Kayah się pochwaliła, że chodzi po lumpeksach. I to był przełom. Nagle lumpy stały się modne. Pojawiły się też specjalne, wyselekcjonowane. W Warszawie jeden był przy Chmielnej, a drugi przy Francuskiej. Na Chmielnej było sporo rzeczy z demobilu, ale też futra, kożuchy, bluzy vintage Adidasa… Klasyki. No i kurtki Bundeswehry i M65, jaką De Niro miał w „Taksówkarzu”. Z kolei na Saskiej Kępie sprzedawano ciuchy i torebki Burberry, Gucci, czy Diora.

Ale to było drogie. Tradycyjne, tanie lumpeksy były królestwem bistoru, sztruksowych i welurowych marynarek i koszul z kołnierzami Słowackiego. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, bo  w połowie lat 90. stylizowałem się już na Jarvisa Cockera z Pulp. Miałem fryzurę, jak on, okulary, spodnie w kant, torbę raportówkę…. A kumple w liceum dalej z tą Nirvaną…

A bazary? To drugi z wyznaczników mody lat 90. Ale w sklepach właściwie nic nie było, jakieś archaiczne ubrania, chyba jeszcze z poprzedniej epoki. Tak zwany tradycyjny handel zupełnie nie nadążał ani za trendami, ani za oczekiwaniami klientów. Ja, na przykład, marzyłam o ogrodniczkach dżinsowych i dopiero pod Universamem Grochów w budzie mama mi kupiła!

Istotnie, bazary były wtedy centrami handlowymi. Z tym największym, pod Pałacem Kultury. Takie Złote Tarasy tamtych czasów. Nawet fontanny były, przy samym Pałacu…

Umówmy się: warunki tam były wstrętne. Kałuże albo kurz, mróz albo upał. Tu dżinsy, obok jakaś rąbanka mięsna, obok rąbanka muzyczna, Mydełko Fa, disco polo, New Kids on the Block… I peruwiańskie czapki zawiązywane pod brodą, wełniane, z długim szpicem… Przymierzanie odbywało się za zasłonką; bo  przecież każda buda miała przymierzalnię.  Zasłonka na żabki, te sprawy…  I baba, która ci lustro trzymała.

Nie przewiało cię tam nigdy aby?

Może nie przewiało, ale to i tak nic. Ominęły cię wizyty w sklepach z bielizną. Żeby baba dobrała ci stanik, najpierw musiała cię upokorzyć. Ale były też ikony. Na przykład, pani Hania z ulicy Grochowskiej, pierwsza brafiterka wolnej Polski.

India Shopy, trzeci postpeerelowski koncept modowy, swoich ikon już raczej nie miały…

W pewnym momencie prawie wszystko miałam z India Shopów!

Tam nie było nic dla facetów, prawda?

Tak, to raczej sklepy dla kobiet. Flanelowe koszule, sukienki do ziemi, apaszki, torby, biżuteria… Na szyi nosiłam ciasno zapięte sznury koralików, wisiorki słoniki itp.. I można było znaleźć rzeczy „markowe”. H&M, Vero Moda, Monsoon, Dorothy Perkins – większości z tych sklepów nie było wtedy jeszcze w Polsce. Co ciekawe, miały poodcinane metki, dopiero na tej z instrukcją prania można było odszyfrować markę.

Śmierdziało tam kadzidełkami. To pamiętam. I pełno różnego dziadostwa do powieszenia w domu, brzęczydełek, wisiorków…

A tak! Ja nawet kupowałam tam olejek paczuli. Miał potworną moc, ale oczywiście sama tego nie czułam. Znajomi na pewno by potwierdzili.

Wybacz, ale dla mnie całe lata dziewięćdziesiąte były tak obciachowe, jak solówki gitarowe u Scorpionsów…

Bez przesady. A pierwsze markowe butiki?

Koszmar. Właściciele i sprzedawcy w tych wszystkich salonach Wranglera, Benettona, Carli Gry patrzyli z pogardą. Jakby wygrali życie. Modni, obrażeni, że muszą nam usługiwać. W latach 90. to był zresztą problem większości usług.  Ekspedienci (co za staromodne słowo!) robili wszystko, by wpędzić cię w poczucie winy. I byś czuł się biedny. Choć w sumie ja byłem biedny. Para Mustangów kosztowała niemal trzecią część moich ówczesnych zarobków.

Ja do takich sklepów wchodziłam w skórzanym płaszczu mojego dziadka. Matowy, z zaciekami, za duży, więc w sumie się nie dziwiłam, że tak na mnie patrzą. Przyzwyczaiłam się, że widzą we mnie złodziejkę. Ale może też dlatego, że byliśmy nastolatkami, czy też studentami?

Wszędzie chodzili za tobą. Już z samego tego faktu nie odwiedzałem tych sklepów

Zatem nigdzie nie chodziłeś?

Nie, w sumie miałem kilka rzeczy noszonych do zdarcia. Nie byłem modny.

A pamiętasz Benettona w Jerozolimskich, Diesla na Placu Konstytucji?

Benettona tak. I jeszcze Centrum Dżinsu Edyta. Tam kupiłem pierwsze Wranglery. Musiały mi wystarczyć na jakieś pięć lat.

A dom handlowy Arka, później Traffic przy Brackiej? Z Cottonfieldem na parterze?  Pierwsze prawdziwe perfumy miałam właśnie z Cottonfieldu. Do tej pory przeżywam, że już ich nie produkują. Potem, chyba w 1996 roku, pojawił się Troll. Znów nic dla ciebie, same babskie rzeczy. To był szał. Pierwsza kolekcja cała w kratkę. Marzyłam o plecaku w kratę, ale ktoś mi wykupił. Były wtedy modne obcisłe lekko rozszerzane na dole spodnie. Też w kratę. Nogi wyglądały strasznie, ale się nosiło, a co! Oczywiście, do martensów. A sklep Dziesiątka w podziemiach Arki?

Mieli tam efektowne przymierzalnie z drewnianymi drzwiami. Coś jak teraz All Saints, czy Diesel. No i oferowali prawdziwą modę, tak przynajmniej mi się zdawało. Po raz pierwszy w polskim sklepie zetknąłem się ze świetnie zaprojektowanym ciuchem. Z kurtką Scotch&Soda dokładnie. Bo Cottonfield był za bardzo weekendowy, a w Dziesiątce były czernie, pierwsze próby dekonstrukcji, fajne rzeczy sportowe. Kawiarnia Między Nami (zdaje się, że jako jedyny obiekt z naszej rozmowy przetrwał w Warszawie do dziś!) była wtedy areną lansu i ludzie po zakupach w Dziesiątce chodzili tam się pochwalić. Do Między przyjeżdżało się też prosto z lotniska. Przy jednym stoliku siedzieli ludzie z nowymi zakupami, przy drugim – ludzie z walizkami z naklejkami z zagranicznych lotnisk. Bardzo się z nich nabijałem, ale też i zazdrościłem.

Przynajmniej do Między Nami cię wpuszczali…

Ale zawsze się bałem, że mnie nie wpuszczą, bo tam obowiązywały karty członkowskie. Ludzie bali się tam przychodzić, bo tzw. selekcja potrafiła cię wpuścić , ale już twojego chłopaka, czy koleżankę, z którą się przyszło – nie. Dość upokarzające… Ale szczęśliwcy, oprócz napawania się widokiem zakupów własnych i cudzych oraz występami Lola Lou, pierwszej bodaj profesjonalnej drag queen, oryginalnie z Francji, mogli snobować się na krem z pomidorów, tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym i  kawę przedłużaną. To były specjalności Między…  Ale „kawa przedłużana”?! Ewidentnie lata dziewięćdziesiąte były pretensjonalne także w kwestii nazewnictwa.

Tak jak w Qchni Artystycznej, wcześniej zwanej Postmodernistyczną, gdzie nie było zupy, tylko „misa”, a zamiast naleśników z jabłkami był „naleśnik jabłko mięta sos”. ..

Koniec lat 90. to już marki pokroju Sunset Suits. Miałem ich białą koszulę na suwak. To była wtedy najdroższa polska marka, bardzo posh. Swoją drogą, gdy bankrutowali kilka lat temu, celowali już ceną w półkę niżej niż H&M… Który wszedł do Polski dopiero w 2003 roku. Do tego 4 You przy Brackiej i Jana Pawła. Przy tej drugiej ulicy butik miał też, zdaje się, Marek Kościkiewicz z De Mono. No i multibrandy pokroju Ultimo przy Nowym Świecie.

Przed aferą były tam świetne rzeczy. Trochę Morgana, Jus d’Orange. Kwintesencja późnych lat dziewięćdziesiątych. I często się asortyment zmieniał.

Mnie Ultimo kojarzy się zupełnie inaczej, bo dzięki tej „aferze”, czyli morderstwie, dostałem etat w „Życiu Warszawy”. Pojechałem z fotografem do rodzinnej wsi Beaty K., sprzedawczyni, która rzekomo zastrzeliła właściciela sklepu i raniła jego żonę. I przeprowadziłem z nią rozmowę. Potem ukazała się tylko u nas, nawet „Wyborczej” się to nie udało. Dni chwały…

Do listy dorzuciłabym jeszcze Odzieżowe Pole, Joannę Klimas i Galerię Centrum. Ale za rogiem czyhała już moda na techno. Straszna.

Małe plecaczki z lakierowanej skóry, koturny – tak zwane powodzianki, lateks, gwizdki. I, w stylu „nawrócony dresiarz na koksie” – koszulki polo ze stawianym kołnierzykiem.

Był przy Wilczej sklep Tekk Shop. Dla wielbicieli tekkno. Pełno odjechanych kolorowych rzeczy, w dzikie wzory, futrzane płaszcze itp. Ale raczej tam się nie zaopatrywałam.
Masz w szafie jakąś rzecz z lat 90?

Marynarkę. Dostałem ją w 1996 od samej Agnieszki Osieckiej. Powiedziała, że kupiła specjalnie dla mnie w Kanadzie. Potem się przyznała, że to jej własna, z lumpeksu…

Ja wciąż trzymam w szafie grafitową sukienkę z India Shopu, którą dostałam od chłopaka w liceum.

Pewnie pachnie jeszcze tymi kadzidełkami!

Muszę sprawdzić, ale możliwe, że masz rację.

Michał Zaczyński, dziennikarz, autor bloga michalzaczynski.com. Obecnie wicenaczelny „Grazii”, wcześniej związany z „Fashion Magazine”, „Newsweekiem” i „Wprost”.

14

wrz

Belle

Projekt Belle to dzieło młodej i wszechstronnie uzdolnionej Magdaleny Nowosadzkiej. Ja zwróciłam uwagę przede wszystkim na ubrania, ale będąc na stronie warto obejrzeć także grafiki i zdjęcia. Całość składa się na niezwykle przyjemny dla oka świat. Poniżej krótka rozmowa z projektantką.

1. Dla kogo tworzysz swoje projekty?

Na początku tworzyłam dla siebie, chodziłam w ubraniach, które szyłam. Obecnie szyję z myślą o sprzedaży, choć oczywiście nadal są to rzeczy, które sama chętnie bym nosiła

2. Pierwsza rzecz, którą uszyłaś?
Koszulka z prześcieradła dawno dawno temu. Była to prosta koszulka-tuba, z namalowanymi przeze mnie, kolorowymi ludzikami :)

3. Jak wygląda proces twórczy, co Cię inspiruje?
Oglądam bardzo dużo blogów, mam swoich ulubionych fotografów, strony o architekturze, designie. Raczej uciekam od bezpośrednich inspiracji jak oglądanie pokazów mody, szukam czegoś co mnie zachwyci, nieważne czy będzie to piosenka, wnętrze czy ładnie zaprojektowana lampa. Inspiracje czerpię też z natury. Ogólnie cenię sobie minimalizm, prostotę, harmonię i mam nadzieję, że widać to w moich projektach.
Jeśli chodzi o proces twórczy to nie wykonuję wykroju, szkicuję i potem od razu szyję, upinam materiał na manekinie.

4. Gdzie można kupić Twoje ubrania?
 Ubrania można kupić bezpośrednio u mnie, poprzez kontakt mailowy lub też czasem na jakiś kiermaszach organizowanych w Warszawie (informacje podaję na moim profilu na Facebooku) Jeśli wszystko dobrze pójdzie niedługo będzie je też można kupić w nowo powstałym sklepie internetowym, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej :)

5. Twoje największe modowe marzenie?
Otworzyć swój własny butik!

Oby jak najszybciej się spełniło!









Zdjęcia: Projekt Belle

23

sty

Ludowo Mi!

Już jutro rusza odnowiony sklep Ludowo Mi. Z tej okazji przedstawiam krótką rozmowę z panią Magdaleną Wojdyną – jego założycielką i właścicielką. Sama jestem zdziwiona, że dopiero teraz wpadłam na pomysł zadania kilku pytań – w końcu galerię Ludowo Mi śledzę niemal od początku jej powstania. Gdy w kolekcji Balenciaga pojawiły się folkowe chusty, to tam szukałam ich odpowiedników. Gdy nie miałam pomysłów na prezenty, sklep nie raz ratował mnie z opresji :). Kto ma ochotę na ludowe inspiracje, powinien tam zajrzeć koniecznie!



W tym roku Galeria Ludowo Mi obchodzi swoje piąte urodziny. Czy mogłaby Pani odpowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło i w jaki sposób rozwijało?
Galeria działa już 5 lat. Pomysł przyszedł sam:) Postanowiłam z mężem przenieść się na stałe na wieś. Całe życie mieszkałam w Warszawie, ale na tzw. starość zachciało nam się spokoju i ciszy oraz śpiewu ptaków za oknem.
Pomysł z przeniesieniem się daleko od miasta musiał się wiązać ze zmianą trybu pracy i życia. Zawsze lubiłam wiejskie klimaty: chaty kryte strzechą, świątki ludowe, ludową muzykę. Tak zrodził się pomysł na stworzenie miejsca, które gromadzi ludzi mających takie gusta jak ja. Ponieważ miał to być też biznes, więc musiało powstać coś takiego jak galeria, sklep, który pozwoli mi sprzedawać rzeczy z rękodzieła ludowego lub wyroby nawiązujące do folku.
Sam czysty folk jest słabo medialny i zarazem sprzedawalny. Zauważyłam jednak ze nurt  folkowy często pojawia się polskiej modzie i sztuce użytkowej. Zwłaszcza w czasach globalizacji zauważa się trend zaznaczania odrębności w obrębie państw i rożnych dziedzinach kultury, sztuki, mody. Dlatego też nawiązuję kontakty z ludźmi, którzy inspirują się folkiem i chcą swoje rzeczy sprzedawać innym, pochwalić się pomysłami i inspiracjami.

Ludowo Mi wysyła do najróżniejszych zakątków świata. Skąd było najdalsze zamówienie?
Najdalsze zamówienie miałam z Alaski! Z tą klientka zresztą nawiązałam miłą korespondencje, wysyłała mi zdjęcia lisów polarnych itp. To jedna z milszych stron tego biznesu, gdy mogę kogoś ucieszyć naszymi ludowym wyrobami i pomóc w nostalgii i tęsknocie za Polską

Jakie są kryteria przy wybieraniu nowych artystów? Czy każdy ma szansę się zgłosić?
Kryteria są jasno ujęte w naszym regulaminie. Nie przyjmujemy jednak wszystkiego. Musi być to kolekcja przedmiotów nawiązująca do folku, oryginalnie wymyślona, a nie skopiowana z innych galerii, starannie wykonana i pięknie sfotografowana. Internet rządzi się swoimi prawami. Klient klika w zdjęcie i podejmuje decyzje o kupnie na podstawie tegoż zdjęcia. Tak wiec prezentacja produktu jest bardzo ważna.

4. Sklep Ludowo Mi właśnie rusza od nowa po generalnym remoncie. Skąd pomysł na zmiany?
Nasz sklep w starej szacie graficznej i funkcjonalnościach trwał już 5 lat, a świat internetu idzie naprzód bardzo szybko. Przyszedł czas na zmiany zarówno od strony klienta jak i administratora. Rekonstrukcję musiał przejść sposób zarządzania produktami oraz sposób ich wyszukiwania. Obecnie system działania jest dużo łatwiejszy dla mnie jako administratora, ale tez dla klienta, proszę wejść i się przekonać. Można wyszukać wyroby po kolorze, tagach, a także wg kryteriów: przeceny, nowości, polecamy. Jeżeli ktoś ma urodzimy i zaznaczył to przy rejestracji, otrzyma w tym dniu życzenia i rabat na zakupy w prezencie.
 
Brzmi atrakcyjnie! Jakich nowości możemy się spodziewać po nowej odsłonie sklepu?
Na otwarcie mamy rabat 10% dla wszystkich, którzy zrobią zakupy w poniedziałek! Jest też konkurs w formie gry uruchomionej na Facebooku i tu przewidujemy różne nagrody dla trzech najszybszych graczy. Każdy też może z naszej strony ściągnąć sobie folkową tapetę na pulpit. Następnie w planach jest konkurs na walentynki oraz akcja „Lawenda – już bliżej wiosny”. Wykorzystam tu swoje zbiory lawendowe z zeszłego roku: rośnie jej u nas prawie hektar i mimo ostrych zim jakoś się trzyma.
Serdecznie wszystkich zapraszam do odwiedzin naszego sklepu już od 24.01 (poniedziałek).

P.S. Uwaga, uwaga! Do 30 stycznia działa w sklepie kod rabatowy – 9fKJpNmiIq, który daje 5% zniżki na całe zakupy – wraz z wysyłką :).

13

lip

Eliwer

Opaski, naszyjniki i wisiorki tworzone pod wpływem chwili. Aktualnie w najbardziej letnich kolorach, jakie tylko można sobie wymarzyć. To dzieła dwóch studentek architektury, skrywających się pod nazwą Eliwer. Ponieważ od kilku tygodni nie mogę się uwolnić od fascynacji modą lat dwudziestych (najprawdopodobniej spowodowaną obejrzeniem filmu „Powrót do Brideshead”), zakochałam się z miejsca w kwiatowych opaskach. Zresztą chyba we wszystkim się zakochałam (czy tak można??? ;))
Poniżej krótki wywiad z projektantkami.





1. Skąd pomysł na tworzenie tak oryginalnych dodatków?

Zaczęło się od prowadzenia bloga z pięknościami, które nas inspirują. Od dawna tworzyłyśmy rzeczy własnoręcznie, dla siebie i znajomych.
Zainteresowanie naszym blogiem ośmieliło nas do rozpoczęcia sprzedaży rzeczy które robimy.
Oglądamy dużo blogów, stron, magazynów, filmów, zdjęć – stąd czerpiemy inspiracje do działania.

2. Czy można kupić Wasze prace „stacjonarnie”, czy tylko przez internet?
Rzeczy Eliwer można zamówić tylko przez internet. Z dziewczynami z Warszawy często spotykamy się osobiście, aby mogły przymierzyć i wybrać najbardziej odpowiedniego dla siebie „eliwera”. Dziecięca linia opasek dostępna jest w kawiarni Kolonia na warszawskiej Ochocie. W przyszłości planujemy założenie pracowni-sklepu, gdzie wspólnie tworzyłybyśmy „eliwery”. Póki co staramy się brać udział w targach, takich jak Rzoliboż czy Bakalie, gdzie „eliwery” towarzyszyły Cloudmine. Najbliższa taka okazja będzie 24 lipca w warszawskim 5*10*15. Zapraszamy serdecznie.

3. Czy realizujecie indywidualne zamówienia? (konkretny wzór, kolor itd.)
Oczywiście. Mamy całkiem dużo takich zamówień, kiedy ktoś wybiera fason i chciałby inny kolor. Zdarzają się też zamówienia do konkretnych sukienek lub okazji. Jesteśmy otwarte na propozycje.

4. Co zaproponuje nam Eliwer na jesień?
Projektujemy pod wpływem chwilowych inspiracji, więc trudno nam myśleć o chłodnej i deszczowej jesieni. Chciałybyśmy bardziej się skupić na naszyjnikach i broszkach, z uwagi na pogodę. Oczywiście nie mamy zamiaru rezygnować z opasek, ponieważ są naszym znakiem rozpoznawczym.
Myślimy o tym żeby stworzyć dwie linie kolorystyczne. Jedną bardziej stonowaną, a drugą bardzo kolorową, aby ożywiła szare, jesienne ulice. W dalszych planach mamy linię świąteczną i karnawałową.





zdjęcia: eliwer.pl

P.S. Pozdrowienia dla Czytelniczki spotkanej w Empiku!!! Było mi bardzo miło! :)

2

lut

Plastikowy

Zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób trafiłam na Plastikowego, pamiętam jednak dobrze, jak bardzo spodobały mi się jego prace. I to od pierwszego wejrzenia. Oszczędna kolorystyka i ciekawa konstrukcja to aspekty, które bardzo sobie od jakiegoś czasu cenię. Ale jestem pewna, że chodzi tu o coś więcej, niż tylko moje osobiste zachwyty. Spójrzcie, drodzy Czytelnicy, na zdjęcia poniżej, a także tutaj, by dowiedzieć się, o co chodzi.
A ja przedstawiam naszą rozmowę. Krótko i na temat.

1. Plastikowy, czyli…?
Mateusz Wójcik – projekty ubrań.
Mateusz Żurek – kontakt ze sklepami, magazynami, fotografami, modelami, szwalniami czyli tym wszystkim do czego ja nie mam głowy.  
 
2. Ulubiony projekt z własnych kolekcji?
Czarny kombinezon z wiosenno-letniej kolekcji 2010. Zawsze chciałem zrobić takie coś, jestem z niego bardzo zadowolony. 
 
3. Jakiś rąbek tajemnicy w kwestii kolekcji letniej?
Bardzo prosta, oszczędna, czarna. To będzie w sumie pierwsza moja kolekcja z prawdziwego zdarzenia wiec jest bardzo dopracowana. Myślę ze trafi w gusta.
 
4. Czytelnicy będą pytać, gdzie kupić, więc zawczasu pytam i ja: gdzie kupić?
W kilku sklepach w Polsce i za granicą. Szczegóły będę mógł podać gdy trafi na półki/wieszaki.
 
5. Największe marzenie Plastikowego?
Być ciągle tak szczęśliwym, jak jestem teraz!

Marzenie przepiękne! Życzę szczęścia i czekam, aż półki i wieszaki w sklepach się zapełnią!

A poniżej dzieła Plastikowego z sezonu wiosna/lato ’09:



fot. Magdalena Bujak

oraz jesień/zima ’09:



fot. Łukasz Ziętek. Źródło zdjęć: plastikowy.eu

Więcej, więcej!!!