Archiwa tagu: Si-Mi

20

kwi

Si-Mi x Joanna Horodyńska – Lullaby

Chcesz wiedzieć, co jest na czasie? Spójrz na nią, a pojawi się odpowiedź. Na temat jej stylu rozpisałam się przy okazji pierwszej współpracy z Si-Mi. Mija rok, a ona z sukcesem podchodzi do tematu już trzeci raz. Był dżins, były lata osiemdziesiąte, pora na falbany. Nie da się ukryć, po długim czasie nieobecności wychodzą z cienia i to ze zdwojoną siłą, zdobiąc już nie tylko brzegi spódnic czy sukienek, ale też mankiety, dekolty, a nawet nogawki. Dominują na wybiegach (Chanel, Gucci, Marc Jacobs, Isabel Marant) i automatycznie w sieciówkach (niektóre wystawy wyglądają, jakby zaraz miały z tymi falbankami odfrunąć), zaraz obok obrusowej kratki i wszechobecnych haftów. Jaki ma na nie pomysł Joanna Horodyńska? Maksymalny, bez kompromisów.

SiMi x Horodynska (13)

Czytaj dalej

15

cze

Si-Mi x Joanna Horodyńska

Jest jedną z nielicznych osób w Polsce, której styl mnie interesuje. Z dużą przyjemnością obserwuję, co ma na sobie i to nie od paru, a od parunastu lat. Jedynym pewnikiem w jej przypadku jest… ciągła zmiana. Wyczuwa dany sezon i delikatnie mu się kłania, interpretując tak, by było jednocześnie i modnie, i po swojemu (co wielokrotnie było i zapewne będzie jej wypominane, bo poczucia humoru jej nie brakuje, ale innym bardzo często tak). Z sentymentem wspominam jej za długą grzywkę, gdy prowadziła programy w Atomic TV, a potem eleganckie i lekko ekstrawaganckie stroje w otoczeniu paryskich butików, po których oprowadzała widzów TVN Style. Gdy czasem mignie mi jej zdjęcie z tamtych czasów, automatycznie pojawiają się w myślach moje własne pomysły, bliższe lub dalsze, charakterystyczne dla danego roku czy momentu w życiu. Nosiło się i spodnie biodrówki, i satynowe topy na ramiączkach, i bojówki, a także o parę tonów za mocną opaleniznę. Z obecnej perspektywy trudno to oceniać, taka była moda i tyle. A ponieważ pamięć ludzka jest wybiórcza (na całe szczęście), pozostały same przyjemne wrażenia. Gdy mignęła mi zapowiedź współpracy Joanny z marką Si-Mi, zastrzygłam uszami. Zobaczyłam bowiem poniższe zdjęcie, na którym prezentuje dżinsowy komplet uderzająco podobny do tego, który zdarzało mi się nosić na pierwszym roku studiów. Nie był wyborem przypadkowym. Zainspirowały mnie zdjęcia mojej mamy (chyba z okresu jej studiów z kolei), a w Polsce właśnie pojawiła się Zara z całym wachlarzem ciuchów w stylu lat siedemdziesiątych. Gdy dotarłam do pełnej kolekcji (mowa już o Si-Mi), wiedziałam jedno: będzie nostalgicznie. A to w modzie jest absolutnie cudowne.

SiMi x Joanna Horodynska (8)

Czytaj dalej

7

gru

Tożsamość Si-Mi

W opisie marki wyskakującym w wyszukiwarce widzimy słowa „ubrania w stylu grunge, boho i punk”. Na stronie wita nas wysoka blondynka odziana w płaszcz w pastelową kratę, skądinąd przepiękny, choć z żadnym wymienionym stylem nie związany. Za nim następują szalone lata siedemdziesiąte i inspiracje postacią Davida Bowie, wysyp beżu i karmelu w opcji wełnianej, kaszmir i aksamit oraz sukienki karnawałowe. Dokąd zmierza Si-Mi?

SiMi jesien 2015 (13)

Czytaj dalej

26

maj

W drodze

Przez długie lata problem optymalnego pakowania walizki był mi kompletnie obcy. Wywodzę się bowiem z rodziny „kamperowców”. Jeździłam z rodzicami i z siostrą po całej Europie, dach zawsze był nad głową, a pod dachem sporo miejsca. Najpierw wyściełany gąbką model przyczepy Niewiadów, potem pomarańczowa Westfalia z lat siedemdziesiątych – każde z nas miało swoją szafkę, do której można było wcisnąć zaskakująco dużo ciuchów (zabawek już nie liczę). Nie trzeba było wybierać, mieściło się wszystko. A z podróży przywoziło się jeszcze więcej. Jedynym problemem było pranie po powrocie, które trwało około tygodnia. Dziś nie będzie ani o pakowaniu, ani o podróżach. Zostałam absolutnie porwana przez pewną sesję wizerunkową, a co się z nią łączy, przeczytajcie sami.

SIMI W DRODZE (10)

Czytaj dalej

13

sty

Siedem marek normcore, które musisz znać

Był bunt, potem milczące przyzwolenie, a teraz – choć niechętnie się do tego przyznaję – radość. Pół roku temu byliście świadkami mojego narzekania na zjawisko normcore oraz powierzchowną jego interpretację przez naszą drogą modę. Cóż, machina ruszyła, stało się, nic tego nie zatrzyma. Zamiast więc zacietrzewiać się i obrażać, dla równowagi szybko znalazłam dobre strony tej reakcji. Bo to, co zostało siłą nazwane, od wielu lat istniało sobie w cieniu innych większych, bardziej charakterystycznych i reagujących na pędzącą na łeb na szyję rzeczywistość.

Niczego nie udają, za niczym nie gonią. Odporne na działanie czasu. Należałoby się zastanowić, co jeszcze kwalifikuje daną markę do określenia mianem normcore. Bo – warto zaznaczyć – normcore nie stanowi jednego zunifikowanego stylu. To szereg zjawisk całkiem od siebie odległych, lecz spiętych klamrą konsekwencji i pewnego rodzaju ponadczasowości. Do tych sklepów wracamy pewni, że znajdziemy dokładnie to, czego szukamy. Że ulubiony model swetra nie został wycofany, a zniszczony trencz zastąpimy równie dobrym po pięciu latach. Wybrałam siedem marek, młodych i starszych, które najlepiej się z normcore identyfikują (często bezwiednie), w dodatku bez szkody dla siebie samych. Warto je znać, bo nigdy nie zawodzą.

MUJI – japońska królowa normcore’u. Nie do ruszenia. Jeszcze zanim ktokolwiek wpadł, by ukuć to słowo, marka reprezentowała jego wszystkie cechy. Zero szpanu, świecenia logo czy rażenia po oczach najnowszym trendem. Bestsellery powracają co sezon, a nowości szybko zdobywają wierne serca. Bawełna organiczna czy materiały z recyklingu były tu dostępne jeszcze przed erą mody na ekologię. Muji to ubrania praktycznie niezniszczalne. Wiem, bo jestem posiadaczką kilku różnych elementów i ząb czasu ich nie tyka. W sezonie jesiennym zawitały do sklepu najróżniejsze koszule z miękkiej flaneli oraz swetry z kaszmiru i alpaki. Co ważne, można się tu ubrać od stóp do głów, a przy okazji urządzić całe mieszkanie. Jedyna wada? Dość wysokie ceny. Niweluje ją zaleta: porządne wyprzedaże. Zwłaszcza na przełomie sezonów. Czy genialny męski granatowy trencz za niecałą stówę będzie wystarczającym argumentem? W mojej szafie od trzech lat.

muji fall 14

muji fall 14 2

SECRET LIFE – polska marka mająca za sobą już cztery udane sezony. Powstała z uwielbienia zwyczajności – czy może być lepsza rekomendacja? Zimą i jesienią znajdziemy tu wełniane swetry i płaszcze. Latem – świetnie skrojone białe koszule i sukienki z lekkiej dzianiny. Swobodne fasony, oszczędna gama kolorów, trochę zapożyczeń z męskiej szafy, ale wszystko pod płaszczem stuprocentowej, choć dyskretnej kobiecości. W tych ubraniach się żyje. Po prostu.

secret life jesien

secret life jesien (2)

secret life jesien (3)

KISS THE FROG – spokój i relaks. Choć serwowane są smakowite nowości, całość pozostaje w niezmiennym klimacie. Autentyczność marki podkreśli spotkanie z projektantką, Moniką Szczuką. Zawsze w ubraniach swojego projektu, zawsze pełną energii. To surowe, obszerne formy, w których można się komfortowo ukryć. Zawsze na posterunku.

kiss the frog 2014b

kiss the frog 2014a

BORKO – oto normcore w wydaniu klasycznym. Stworzony dla kobiet żyjących w wiecznym pośpiechu i niemogących sobie pozwolić na nonszalancki (to eufemizm) wygląd. Ubrania eleganckie, zachowujące wypracowane latami metody krawieckie, zaserwowane przy użyciu najlepszych materiałów, nierzadko szlachetnych. Już od paru lat hitem pozostaje luźna sukienka z symetryczną kontrafałdą u zbiegu z dekoltem V. Sięganie po tradycyjne fasony i nadawanie im współczesnego sznytu to specjalność Aleksandry Chmielewskiej, twórczyni marki. „BORKO dąży do tego, by kobieta mniej czasu poświęcała na ubiór, a więcej na życie” – i wszystko jasne.

borko 2014a

borko 2014b

BAGSY – pamiętacie siatkę na zakupy? Nie reklamówkę Boss, nie torbę „ekologiczną”, tylko siatkę. Taką, w której filmowa Marysia przewoziła na rowerze ciężkie kilogramy cukru (biorąc udział w wiekopomnej misji zbadania zawartości cukru w cukrze w zależności od położenia danego sklepu). Łódzka marka Bagsy wskrzesza ją z popiołów zapomnianej przeszłości. Kto więc marzy o zwyczajności w stylu retro, może sobie szybko takową zapewnić. A prócz niej pojemne i najzwyklejsze w świecie drelichowe i dżinsowe worki oraz grube czapki idealne na trzy z czterech polskich pór roku.

bagsy store (4)

bagsy store (5)

bagsy store (2)

bagsy store (3)

SI-MI – punktem wyjścia założonej w 2013 roku przez Janusza Bielenię marki była inspiracja londyńską ulicą. Ja tu widzę sporo innych miast. Od Seattle późnych lat osiemdziesiątych po obecny Berlin, wymieszaną kulturowo Brukselę czy zachowawczą Warszawę. Choć każdy tydzień przynosi nowe ciuchy, całość uparcie i z powodzeniem trzyma się mocno skonkretyzowanego stylu. W Si-Mi zjawisko fast fashion przybiera zdecydowanie bardziej ludzką formę niż w większości sieciówek. Krótkie serie nie wykluczają powrotów wciąż i na nowo ukochanych modeli. Moim hitem jest raglanowy t-shirt. Mogłabym go mieć w każdym możliwym kolorze. Bo nie dość, że bez problemu mieszczę się w niezbyt obszerny rozmiar (choć tu muszę podziękować również jodze), to jeszcze wyglądam jak człowiek.

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

UNIQLO. Powrót do Japonii. I jedyna marka, której wciąż nie ma w Polsce, choć wreszcie dopisano nasz kraj do listy obsługiwanych przez brytyjski sklep internetowy. Jej początki sięgają lat pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. W 1984 roku powstała nazwa: Unique Clothing Warehouse, skrócona szybko do wersji obecnej. Każde europejskie otwarcie budziło pozytywną histerię (o ile w ogóle coś takiego może istnieć), a nie zawsze było tak różowo. Skupię się jednak na teraźniejszości. Czym ujmuje japońska marka? O ile Muji jest dość zwyczajne, to jednak zachowuje pewien powściągliwy klimat, zwany uparcie przez niektórych minimalizmem, o tyle Uniqlo to mieszanka wybuchowa we wszystkich kolorach tęczy. Jeśli wymyślisz sobie kaszmirowy sweter w kolorze wściekłej pomarańczy, możesz tam wejść i bez szukania o niego poprosić. Będzie w co najmniej trzech fasonach. Nie możesz nigdzie znaleźć prostej dżinsowej koszuli? To samo. Uniqlo to także pionier ultra nowoczesnych rozwiązań technologicznych. To właśnie tam pojawiły się niezwykle lekkie (i równie ciepłe) kurtki puchowe, które można bez problemu zmieścić w kieszeni, a także rewolucyjna bielizna termiczna (kto nie zna, ten nie zrozumie zachwytu – po prostu trzeba spróbować, zwłaszcza teraz, gdy powstaje w tylu różnych opcjach). I jeszcze jedno. To jedyna sieciówka, której udało się namówić do współpracy Jil Sander. Linia +J okazała się takim sukcesem, że kooperacja przedłużyła się na dwa lata (od 2009 do 2011), a jesienią 2014 do sklepów trafiła reedycja najlepszych wspólnych projektów. Cecha charakterystyczna? Zero ozdobników. Istnienie poza modą. Można? Można.

uniqlo

uniqlo (3)

uniqlo (2)

Zdjęcia: Muji, Uniqlo, Bagsy, Si-Mi, Secret Life, Borko, Kiss the frog.

2

lip

Si-Mi

Oto marka, która z powodzeniem łączy w sobie najlepsze rozwiązania zarówno projektów autorskich jak i szybkiej mody. Czy to w ogóle możliwe? Okazuje się, że owszem. Wystarczyło porzucić utarte schematy i zaryzykować. Si-Mi powstała rok temu. Już na samym początku jej twórcy zrezygnowali z dzielenia kolekcji na sezony. W każdym tygodniu w sklepie pojawia się coś nowego. Najpierw internetowym, a od dwóch tygodni warszawskim stacjonarnym. Gdzie? W miejscu idealnym, na Mokotowskiej (tak, wiem, ciężko tam zaparkować, więc nie do końca idealnym, ale nie czepiajmy się). Stała klientka nie musi się martwić, że ulubiony fason skończy się wraz z daną porą roku. Z powtarzalności marka uczyniła swój atut. Regularny przypływ ubrań zawdzięcza własnej szwalni zlokalizowanej w Warszawie. O opóźnieniach czy niedoróbkach nie ma mowy. Mamy więc do czynienia z typowymi manewrami stosowanymi przez sieciówki. Częste dostawy to najlepszy wabik, czyż nie? Za to jakość materiałów na całe szczęście od sieciówkowej znacznie odbiega. Surowce sprowadzane są z Włoch, z tych samych źródeł, w których zaopatruje się np. Rick Owens. Pojawia się nawet dzianina Missoni, ale raczej jako sezonowy deser, nie danie w stałym menu. Dla marki pracują różni młodzi projektanci, głównie polscy, choć niekoniecznie w Polsce stacjonujący. Jednak póki co nie zależy im na promowaniu własnych nazwisk. Tworzą zespół, a dzieło jest wspólne. Nad całością czuwa pomysłodawca i właściciel – Janusz Bielenia.

Główny nurt inspiracji to londyńskie ulice – możemy przeczytać na stronie. Ja dodałabym od siebie, że chyba każdy projekt został stworzony z myślą o Kate Moss. I nie, nie chodzi mi o perfekcyjną figurę czy status celebrytki. Po prostu na który ciuch bym nie patrzyła, wyobraźnia podsuwa mi obraz modelki. A zwłaszcza jej styl z przełomu tysiącleci. Ten, który kopiowałyśmy, zanim pojawiły się blogi, ba, zanim internet stał się taki szybki (pamiętam godzinne oczekiwanie na załadowanie się zdjęć jednej – słownie jednej! – kolekcji na style.com). To te setki razy wertowane magazyny z poradami „ubierz się w stylu…”, nie serwujące gotowych rozwiązań w postaci nazw sklepów czy linków, a pozostawiające naszej wyobraźni i kreatywności spore pole do popisu. Tak zapamiętałam końcówkę lat dziewięćdziesiątych i wizyta w Si-Mi obudziła te wspomnienia. Nie będę Was zanudzać opowieściami, jak to poszukiwałam długiej szarej spódnicy tuby czy flanelowej koszuli w kratę z kapturem. Po latach nagle zobaczyłam to wszystko w jednym miejscu. A ponieważ wracam do lat dziewięćdziesiątych także stylem, poczułam się jak w raju.

Cieszy bardzo, że Si-Mi nie jest zachowawcza. Trzyma się pewnej charakterystycznej estetyki, ale ma szeroko rozpostarte gałęzie. Będzie więc trochę rocka, trochę grunge’u, ale też spokój i kobiecość. Dwustronna ołówkowa spódnica po jednej stronie zwyczajnie czarna, po drugiej kryje deseń moro albo złowieszcze trupie czachy. Wielka wełniana koszula w kratę okazuje się zmyślnie dopasowana do sylwetki – posiada miejsce na to i owo. Sporo tu kaftanów i „otulaczy” – ich popularność w Polsce można wyjaśnić jednym słowem: pogoda. Nieśmiało wychodzą na światło dzienne dodatki – i tu moim zdaniem jest jeszcze sporo miejsca do wykorzystania. Na razie w ofercie znajdziemy lekkie czapki oraz wielkie drelichowe torby. Mam nadzieję, że z czasem marka się rozkręci i wspomniane gałęzie sięgną jeszcze dalej i odważniej.

Jeśli miałabym się bawić w przewidywanie przyszłości, to widzę same optymistyczne barwy. Wiem, że wkrótce Si-Mi pojawi się w innych miejscach Polski. Jeśli uda się zachować ideę, od której marka wyszła na początku, może wreszcie będziemy mieli sieciówkę plasującą się pomiędzy tymi tanimi a luksusowymi (a przynajmniej tak się określającymi). I słowo „sieciówka” przestanie brzmieć tak pejoratywnie.

simi (11)

4553590947

simi (12)

simi (13)

simi (14)

simi (15)

simi (16)

simi (17)

simi (18)

simi

simi (2)

simi (3)

simi (4)

simi (5)

simi (7)

simi (8)

simi (9)

simi (10)

Zdjęcia: Patryk Bułhak
Stylizacja: Mona Kinal, Kasia Banach
Makijaż i włosy: Lidka Winiczenko
Modelka: Ania Sakowicz
Postprodukcja: Bartek Stępień