Archiwa tagu: ślub

15

Lut

Z rózgą do ślubu

Taki ładny mem ostatnio znalazłam, z prośbą o rozsądne spędzanie Walentynek, bo starczy nam już zodiakalnych Skorpionów. Czy mieści się w nim opcja oświadczyn? Wiadomo, nie ma lepszego pretekstu niż święto zakochanych, żeby podjąć kolejny lekkomyślny krok i zaproponować wspólną podróż przez to przedziwne życie. Ale poważnie już. Zapewne wczoraj padło sporo tych przedwstępnych „tak”, a co za tym idzie, trzeba zacząć się zastanawiać nad ślubną kreacją. O strojach ślubnych pisałam ponownie już jakiś czas temu, pora na akcesoria. I miało być o rzeczach najróżniejszych, ale trafiłam wtedy na Annę Rulecką i jej… ślubne rózgi. Stwierdziłam, że zasługują na osobny tekst, bo czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam.

Czytaj dalej

18

Sie

I że Cię nie opuszczę… cz. 2

Ślub. Od zawsze miałam postanowione, że nie będę się stroić. Choć w wieku lat sześciu czy siedmiu  kręciły mnie lalki Barbie w rozłożystych na całe pudełko sukienkach, sama za bardzo nie chciałam dzielić ich los. Skoro one klinowały się w drzwiach domku dla lalek, co czekałoby mnie w skali jeden do jednego? Patrzyłam na zdjęcia ślubne księżnej Diany (temat w domu był duży, bo akurat w tym czasie moja babcia była w Londynie i przywiozła mnóstwo okolicznościowych gadżetów, łącznie z talerzem i metalowym pudełkiem cukierków z naszą słynną parą) i nie rozumiałam, dlaczego rozsądna kobieta dała się wcisnąć w coś takiego. No dobrze, gdy ona brała ślub, ja zapewne nie zdawałam sobie sprawy z istnienia słowa „rozsądek”. Ale, choć potem widziałam nie raz przepięknie ubrane panny młode, sama zdecydowałam, że nie pójdę w ich ślady. Znacznie krótsze wytłumaczenie: moja mama brała ślub w zielonej sukience z Telimeny bodajże, zero koronek, zero tiulu, welonu brak. Sukienka w odcieniu mięty z długimi marszczonymi w mankietach rękawami, przepasana plecionym w warkocz z trzech kolorów zieleni paskiem. Koniec. Gdy nadszedł czas, zdecydowałam się na niebieską kimonową sukienkę z lekkiej koszulowej bawełny, którą uszyłam u Ani Kuczyńskiej. Nie zliczę, ile razy odpowiadałam na pytanie, na czyj ślub się wybieram. Stali Czytelnicy znają tę historię na pamięć. Byłam szczęśliwa, bo pozostałam sobą. Inna sprawa, że nie miałam szczególnych nacisków ze strony rodziny, a stereotypowy „szczególny dzień” naprawdę można świętować bez zbytniej odzieżowej pompy. Ale… Po trzynastu latach od tego fantastycznego wydarzenia myślę sobie, że może jednak fajnie by było wziąć ślub w czymś bardziej ślubnym. Nie to, że żałuję. Zupełnie skądinąd myśl przychodzi. W roku 2005 naprawdę nie było wyboru i na hasło „ślub” stawały przed oczami skomplikowane konstrukcje, tak chętnie zjadane potem przez mole. Mamy rok 2018 (gdyby ktoś zapomniał), a w Polsce dwoi się i troi (i roi) od cudownych sukien i marek, które najwyraźniej postawiły sobie za cel przekonanie takich cyników jak ja. Zwłaszcza że emocje, jakie ślub i jego okoliczności wyzwalają, rzeczywiście potrafią wspomniany zdrowy rozsądek zagłuszyć, a człowiek wierzy, że wszystko ma tylko dwa kolory: czarny lub biały. Zatem suknia ślubna odstrasza i wywołuje alergię, jak w pamiętnym odcinku „Seksu w wielkim mieście” i nie do pomyślenia, by znaleźć kompromis między bezą a czymś totalnie cywilnym. Prawda? Na szczęście totalna nieprawda. Ufff, zaczynamy!

Czytaj dalej

18

Maj

I że Cię nie opuszczę… cz.1

Przyznam się Wam do czegoś. Nie znoszę wesel. Całą sobą nie znoszę i dostaję alergii, gdy wyciągam ze skrzynki kolejne zaproszenie. Są oczywiście wyjątki, gdy przyjaciele decydują się na ten nierozważny krok (i mam na myśli wesele, nie ślub), cieszę się razem z nimi i jestem w stanie przetrwać ciąg idiotycznych konkursów prowadzonych przez nawet najbardziej sfrustrowanego swoją pracą wodzireja. Mój brak sympatii dla tego typu imprez wynika być może z przekonania o ich małej przydatności. Nie spotkałam osoby, która byłaby w pełni ze swojego wesela zadowolona. Ani takiej, która organizowałaby je z radością i bez stresu. Mam wrażenie, że to schemat, w który sami się na siłę wpisujemy, podobnie jak niemieszcząca się w drzwiach suknia ślubna czy miesiąc miodowy na kredyt. Gdy wiele lat temu pokazałam sukienkę, w której brałam ślub (sukienkę, nie suknię, zdecydowanie), otrzymałam mnóstwo wiadomości, wyrażających głównie zachwyt moją odwagą. Odwagą? Tak, bo zrobiłam coś inaczej niż tradycja nakazuje. Akurat o przełamaniu czy buncie wówczas nie myślałam, po prostu zakochałam się w sukience Ani Kuczyńskiej od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że to właśnie w niej chcę powiedzieć „Tak!”. Przecież to mój dzień, na moich warunkach, to ja mam się dobrze czuć. Proste? Niekoniecznie. Podobnie wygląda sprawa ze strojami weselnymi. Rokrocznie unikałam tego tematu jak mogłam, bo moja opinia jest krótka: ubierz się na wesele dokładnie w to, co chcesz. W tym roku postanowiłam jednak trochę ją rozwinąć, a że mam świetne miejsce, gdzie mogę to zrobić, zapraszam serdecznie do czytania.

R1-03366-003A 001Fot. & Other Stories

Czytaj dalej