Archiwa tagu: Stary Browar

12

kwi

Harel x Stary Browar: Gorączka sobotniej nocy

Filmy pozostają jedną z moich największych modowych inspiracji. Od dzieciństwa przyglądam się strojom na ekranach: czarno białego telewizora, przez kinowy ekran po wyświetlacz komórki. Do dziesiątego roku życia miałam obcykane wszystkie dziewczyny Bonda, każdy kostium z „Footloose”, a nawet piżamy Misia Uszatka czy kreacje Miss Piggy. Działały na wyobraźnię teledyski, musicale i kreskówki. Wszędzie widziałam modę. Do tej pory nic nie umknie mojej uwadze, nawet podczas szalonego pościgu, w którym ciuchy naprawdę nie są zbyt istotne. W scenach namiętności potrafię się skupić na tym, czy sukienkę ściąga się przez głowę czy dołem. A gdy kolejny James Bond ratuje kolejną niewiastę, ja marzę o jej torebce Chloe i białej szmizjerce. Zdecydowanie jestem tą osobą, dla której kostiumograf tak się męczy. Doceniam, podziwiam i korzystam. Na tyle mocno, że gdy Stary Browar odezwał się do mnie z ponowną propozycją współpracy, wiedziałam, że będę kontynuować tematy filmowe. Pierwsza odsłona jest współczesną wersją jednej z moich ukochanych produkcji (tu muszę przyznać, że mam ich tyle, że bigamia to słowo zbyt słabe): „Saturday Night Fever” z Johnem Travoltą w roztańczonej roli głównej.

stb_plakat_atrium_50_70_kwiecien¦ü_2018

Czytaj dalej

4

wrz

Amelia

Choć swoją premierę miał w 2001 roku, jego akcja rozgrywa się dokładnie dwadzieścia lat temu. Film, na którym byłam w kinie trzy razy, dziś wydaje się tym bardziej istotny, że ledwo parę dni temu media dosłownie grzmiały o rocznicy śmierci Lady Di, a internet zasypały zdjęcia dokumentujące styl księżnej. Styl prze-ge-nial-ny, choć zupełnie nie o nim dziś będzie. Pamiętacie, co się dzieje w filmie, gdy w wiadomościach podają tragiczne wieści? Główna bohaterka upuszcza zakrętkę od flakonu perfum, ta uderza w łazienkową ścianę, a w tej ukazuje się tajemnicza skrytka. Wtedy jej życie zmienia bieg. Resztę już znamy, a jeśli nie znamy, to mamy zadanie domowe dziś wieczorem włączyć i obejrzeć. Paryż we wrześniu, kolory jak z krosowanej kliszy i te wszystkie cudowne stroje, pozostawione w latach dziewięćdziesiątych na zbyt długo. To już ostatnia część mojej współpracy ze Starym Browarem. Tym samym układająca się w logiczną miejską całość. Był Rzym, było Tokio, pora na… stolicę mody. Amelię umieszczam w wehikule czasu i przenoszę w naszą zdominowaną przez świat cyfrowy rzeczywistość. Aby nie doznała zbytniego szoku, pozostawiam w jej torbie notes Moleskine i analogowy zegarek Tous, a dla kamuflażu – czerwoną szminkę (Chanel, rzecz jasna), kocie okulary i dużą apaszkę. Słynne „martensy” zamieniam na lżejsze i wygodniejsze mokasyny lub skórzane sandałki (przez dwadzieścia lat globalne ocieplenie zdążyło dać się we znaki i wrzesień ma prawo być upalny). Wyobrażam sobie, że Amelia wciąż nosiłaby się dość klasycznie, nie szalejemy zatem z awangardą, lecz wrzucamy jej do szafy szerokie dżinsy, spodnie 3/4, tweedowy żakiet i parę spódnic, uwieńczając wszystko romantyczną sukienką Messo w jej ulubionym, czerwonym kolorze. Bohaterka z pewnością nie umknęłaby czujnemu obiektywowi Garance Dore, dlatego dokładam parę typowo paryskich elementów: bluzkę w marynarskie paski, maleńką czarną torebkę i srebrną bransoletkę od Ani Kruk, która z sukcesem może udawać rodzinną pamiątkę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Panie i Panowie, oto zakochana dziewczyna uwieczniona na wszystkich blogach z modą uliczną!

Paryz

 

10

sie

Między słowami

Cóż to był za film! Ludzie wychodzili z seansów zalani łzami wzruszenia, a potem, gdy tylko mieli możliwość odtworzenia go w domowym zaciszu, robili wszystko, by rozszyfrować szept Billa Murray’a – bezskutecznie. To jedna z tych produkcji, którą mogę oglądać wiele razy, a za każdym odkrywam coś nowego. Różowe włosy Scarlett Johansson, karaoke, gry wideo czy zadziwiające posiłki do samodzielnego przygotowania w restauracji, kultowy widok z tokijskiego Hyatta, muzyka na żywo w hotelowym barze, zagubienie i odnalezienie w tej samej chwili. A pośród tych wszystkich historii przepiękne zderzenie także na płaszczyźnie kostiumów. Amerykanka w tenisówkach, szarym swetrze i granatowej budrysówce pozostaje totalnie odporna na uroki japońskiej estetyki. Owszem, przynosi do pokoju ozdoby z sakury, a raz przypadkiem trafia na warsztat ikebany. Ale to wszystko. Niejednokrotnie myślałam, że na jej miejscu nie wytrzymałabym długo w tym, co przywiozłam w walizce i ruszyła na inspirujące poszukiwania dzielnica po dzielnicy. I właśnie tę fantazję urzeczywistniam w drugiej części mojej współpracy ze Starym Browarem.

Główną bohaterkę zachęcam do eksperymentów, podtykam jej pod nos różnorakie kimona: dosłowne i przemycane w detalach. Zostawiam wygodne trampki i dobre słuchawki, podrzucam nieco groszków w stylu Comme des Garcons, oryginalnego Yamamoto i trochę niepokojącej sztuki. Róż peruki przenoszę na wygodną tunikę ESTby eS., skarpetki i klapki z aksamitną kokardą Bizuu. Dorzucam odrobinę ceramiki, żeby nie musiała jeść z plastiku (nie było takiej sceny w filmie, ale mam poważne podejrzenia, że mogłaby się takowa pojawić) oraz maseczki z twarzami zwierząt – dla odprężenia i przywrócenia wiary w to, że życie pięknie jej się ułoży.

Tokio

Zdjęcie: Stary Browar

7

lip

Utalentowany pan Ripley

Rok w rok od momentu pierwszej styczności z produkcją Anthony’ego Minghelli mam z grubsza ten sam pomysł na wakacje. Wymaga oczywiście oprawy włoskich krajobrazów, muzyki Charliego Parkera, kawy gęstej jak smoła i szafy filmowej Marge Sherwood. Jeśli jakimś cudem film Wam umknął, najwyższa pora to nadrobić. Zwłaszcza że warunki pogodowe sprzyjają totalnemu wejściu w nastrój. „Utalentowany pan Ripley” może kusić na wielu płaszczyznach. Jude Law. Koniec zdania, bo więcej nie trzeba. Kostiumy przygotowane przez Ann Roth i Gary’ego Jonesa, docenione przez Akademię Filmową (skończyło się tylko na nominacji, co do dziś uważam za grubą niesprawiedliwość), które inspirują po dziś dzień, choć teoretycznie miały odzwierciedlać modę lat pięćdziesiątych i w niej pozostać. Zatem gdy Stary Browar zaprosił mnie do stworzenia własnych propozycji na sezon letni, nie miałam żadnych wątpliwości. Ripley i spółka muszą się pojawić, choćbym miała chodzić po sklepach przez cały dzień i znaleźć trzy rzeczy na krzyż. Poszło znacznie szybciej, okazuje się, że lekki styl włoskich kurortów zagościł wszędzie – w końcu jest niezmiennie wdzięczny i prosty w noszeniu, a przy tym genialnie się prezentuje na Instagramie.

Do sprawy podeszłam trochę na opak, łącząc znajome z filmu fasony, desenie i kolory (fani docenią neonowe kąpielówki) z elementami współczesnymi jak koszulki z napisem czy wracające do łask Adidasy Gazelle. Marge grana przez Gwynteh Paltrow z pewnością doceniłaby luźne koszule stylizowane na męskie (tu kolejno ESTby eS., Zara i Altro by Patrizia Aryton) i rozkloszowane spódnice, z kolei boski Dickie Greenleaf gdyby był kobietą, ruszyłby do Solara po lniany garnitur, a kapelusik „porkpie” zamienił na miękki słomiany z większym rondem. Pozostaje nam niedoceniony Tom Ripley w tych nieszczęsnych neonach, na zawsze odebrałam mu sztruksową marynarkę, wręczając w zamian album o ówczesnym wzornictwie i parę „awiatorów”.

Istotne są kolory: soczyste, ale przełamane bielą lub pastelami. Jedwabne apaszki noszone we włosach, zabudowane kostiumy kąpielowe, które pozwolą nam wyjść poza „barwę wyjściową” (znów odwołanie do scenariusza) i obowiązkowo koszyki. Na zakupy u pięknej, nieszczęśliwie zakochanej Włoszki, zapas martini na łódkę (nazwaną „Bird” na cześć Parkera) albo jakieś zmyślne narzędzie zbrodni. Na zdjęciu brakuje tylko saksofonu i paru winyli. Dlaczego? Nie pytajcie, lećcie oglądać!

Rzym

Zdjęcie: Stary Browar

4

paź

Wearso Falling

„Jeśli istnieje w Polsce projektant, który tworzy luźne dzianinowe sukienki, możecie być pewni, że Harel już go nosi” – tak mnie swego czasu podsumował Tobiasz Kujawa. Do szczęścia dodałabym jeszcze tylko motyw pasków. Jest? No to biorę na stówę. Gdy Ola Waś, twórczyni i projektantka Wearso Organic, podzieliła się ze mną swoim pomysłem na wprowadzenie pasków do kolejnej kolekcji, uszy mi się zatrzęsły z radości. Na dodatek paski te zostały zaprojektowane specjalnie na tę okoliczność i nadrukowane na materiale (nie muszę dodawać, że surowce pozostały organiczne, prawda?).

Jak do tej pory to najbardziej rozbudowana i kompletna kolekcja marki (wg mnie najlepsza). Na pierwszy rzut oka widać, że Aleksandra Waś nie przepada za półśrodkami. Jeśli dekolt, to bardzo głęboki. Jeśli golf, to sporo powyżej szyi. Oversize wg Wearso mógłby spokojnie znaleźć się w Sevres. Kolorystyka mocno nawiązuje do debiutanckiej kolekcji (przypadek?), natomiast forma  – totalny odjazd, chciałoby się rzec. O ile jeszcze jakiś czas temu parę marek rzuciło się na kilka modeli i wykonało nieudolne (lecz jednak) podróbki, obecnie będzie to wyzwaniem raczej poniżej ich wtórnych możliwości. To jest majstersztyk i myśl przewodnia, nie tylko „szare bezkształtne worki”, jak zaskakująco często określa się modę tego typu. Polecam zwrócić uwagę na kunszt odszycia poszczególnych rzeczy. Zauważycie, że np. paski są dopasowane do siebie idealnie. Co znaczy, że już na etapie krojenia zachowano pełną świadomość.

A teraz uwaga, dobre wieści dla Poznania i okolic! Wearso otworzyło tymczasowy sklep w Starym Browarze. Rzeczy znikają jak świeże pieczywo w Charlotte, więc warto wybrać się jak najszybciej.

Wearso Falling (1) Wearso Falling (2) Wearso Falling (3) Wearso Falling (4) Wearso Falling (5) Wearso Falling (6) Wearso Falling (7) Wearso Falling (9) Wearso Falling (10) Wearso Falling (11) Wearso Falling (12) Wearso Falling (13) Wearso Falling (14) Wearso Falling (15) Wearso Falling (16) Wearso Falling (17) Wearso Falling (18) Wearso Falling (19) Wearso Falling (20) Wearso Falling (21) Wearso Falling (22) Wearso Falling (23)

Photography • Yosuke Demu
Styling • Magdalena Nawrocka / Story Giver
Model • Maria Marika Konieczna
Hair • Katarzyna Zalewska
Make-up • Zosia Krasuska-Kopyt
Jewellery • La Sal Gallery