Archiwa tagu: Tobiasz Kujawa

27

Sty

Personalizacja

Dziś krótka informacja. W najbliższy czwartek w Warszawie na Mysiej 3 odbędzie się panel dyskusyjny poświęcony personalizacji. Pretekstem do rozmowy jest platforma Demish – pierwsze miejsce w polskiej sieci skupiające projektantów, którzy dają klientom możliwość współtworzenia produktu. Ci pierwsi oddają do dyspozycji model i kombinacje kolorystyczne oraz surowcowe, drudzy podejmują ostateczną decyzję o wyglądzie wybranego projektu. Czym jest samo projektowanie? Na ile projektant może pozwolić „wejść sobie na głowę”? Jakie przedmioty dziś personalizujemy? I wreszcie (pytanie niczym z „Rejsu”) gdzie leży granica między twórcą a współautorem? Udział w rozmowie wezmą Marcin Jędrzejczak z serwisu Demish, Paweł Kocon (Fun in Design), Michał Niechaj (F5, Szafa Polska), Julia Gruszecka (Magic Mug), Milena Wójcicka (Furla) i ja (zwana Panem Harel). Spotkanie poprowadzi Tobiasz Kujawa (Freestyle Voguing).

Impreza jest zamknięta, ale przecież nie pisałabym o niej, gdybym nie mogła Was zaprosić. Do rozdania mam dwa podwójne zaproszenia, więc dobierzcie się w pary i piszcie do mnie na harel(at)gazeta.pl. Kto pierwszy, ten lepszy. Przypominam, miejsce akcji: Warszawa. Już rozdane!

Samoprojektowanie_plakat

28

Wrz

Ten ohydny konsumpcjonizm

Za każdym razem, gdy temat wychodzi na wierzch, czuję się zdezorientowana. Naprawdę nie wiem, co mam pisać, co mam myśleć i czy w jakikolwiek sposób się do niego odnieść, czy po raz kolejny puścić płazem. Aby wiedzieć, o co mi chodzi, musicie, drodzy Państwo, przebrnąć przez dwa długie, lecz lekkim piórem napisane teksty. Pierwszy „W roli ofiary” autorstwa Michała Zaczyńskiego. Drugi, niejaką polemikę z pierwszym, „Między Polską a Bangladeszem” Tobiasza Kujawy. Gdy to zrobicie, możecie zabrać się za trzeci. Ten tutaj.

Mam pewną zasadę, której mocno się trzymam i myślę, że wychodzi to na dobre i mnie, i otoczeniu. Jeśli chcę coś zmienić, zaczynam od siebie. Pytam samą siebie: co mogę w takiej sytuacji zrobić. Czy mam krzyczeć na innych, że robią źle, wkurzać się, walczyć, prowokować? A może lepiej się zastanowić, jaka jest w tym wszystkim moja rola? Nie ukrywam, czasem rola polega na odwróceniu się od problemu. Bo mało mam własnych? Nigdy tutaj świętej i doskonałej nie odgrywałam.

Tym razem postanowiłam zabrać głos. Bo gdy czytam komentarz Michała w odniesieniu do przypadku LPP („Żadnego protestu, żadnej dyskusji. Polski konsument to  bezmyślna, bezrefleksyjna masa. Roszczeniowa tylko wtedy, gdy mu się koszulka w praniu skurczy, albo odpadnie guzik. I tą masą jesteście wy. Ale trzeba przyznać, że człowiek mody – z nielicznymi wyjątkami – nie jest lepszy. Redaktorzy, dziennikarze, blogerzy, styliści. Wasze nadęte ego, wasz galopujący materializm i głupi snobizm zwolnił was z działania. I myślenia”), moje nadęte ego zaczyna się niepokoić. Nie będę się skupiać na naszej hipokryzji, którą genialnie zanalizował Tobiasz. Ani na LPP i umywaniu rąk i nie docenianiu siły nowych mediów. Egoistycznie skupię się na sobie.

Co czujemy, gdy czytamy takie wieści? Oburzenie, prawda? Niesprawiedliwość. Kręcimy głowami z niedowierzaniem. Podpieramy ciężką głowę ręką pełną bransoletek z Zary i tupiemy nowym skórzanym bucikiem COS w podłogę. „To okropne” – możemy dać znać na Facebooku, uderzając w dźwięczne klawisze przepięknego laptopa wyprodukowanego i złożonego w Chinach. Ach, można jeszcze założyć „fanpage” bojkotujący dowolną działalność, która aktualnie nie daje nam spokoju. Będą nas „lajkować” wszyscy ci, którzy czują się na tyle bezczelni, by nie oszczędzać energii i korzystać z komputerów. Uwielbiamy się oburzać. Uwielbiamy krytykować. Zbierać podpisy. Bojkotować. Nie uważam, że to źle. Absolutnie nie. Po prostu zastanawiam się, gdzie leży granica między słomianym zapałem a realnym działaniem.

Przychodzi mi na myśl przykład z modą totalnie niezwiązany, ale znany Wam zapewne świetnie. Siedzę sobie na rzeczonym Facebooku (tak, korzystam z komputera, przy włączonym świetle!) i post za postem dopadają mnie udostępniane zdjęcia cierpiących psów, kotów, dzieci, chomików (niepotrzebne skreślić). Kliknij, udostępnij, skomentuj. Nie klikam, nie udostępniam, nie komentuję, a nawet blokuję takie treści, bo nie mam ochoty ich oglądać. Czy coś robię? A czy kogoś to obchodzi? Może co miesiąc dostarczam karmę do schroniska? Może część swoich dochodów przeznaczam na różnego rodzaju fundacje? Nie powiem Wam, bo to moja prywatna sprawa.

I co ja, konsument czy też „nadkonsument” opętany co pewien czas chorobą zakupoholizmu, może uczynić w sprawie Bangladeszu i im podobnych? Czy drobiazgi przestały się liczyć? Czy powinnam się przestawić na wielkie czyny i wielkie słowa? Może teraz będzie mi łatwiej wytłumaczyć, skąd moja wspomniana na początku dezorientacja. Co ja mam teraz napisać? Że staram się kupować świadomie? Że korzystam z tego samego telefonu od pięciu lat? Że segreguję śmieci, a ubrań nie wyrzucam, tylko daję im drugie, trzecie i czwarte życie? Toż to przecież banał i śmiech na sali.

Pojawia się pytanie. Co w takim razie zrobić choćby z tym blogiem, który przecież traktuje o modzie tylko i wyłącznie. Czy przeprowadzać śledztwo w sprawie każdej marki, o której chcę tu napisać? Czy jeśli któraś z sieciówek stworzy zapierającą dech w piersiach kampanię wizerunkową, mam się wstydzić własnego zachwytu? Czy myślicie, że skoro wrzucam zdjęcia jesiennych ciuchów GAP na Facebooka, to jestem niewrażliwa na ludzkie cierpienie? No błagam, nie dajmy się zwariować.

Jestem ogromnie ciekawa, co Wy robicie w takich sytuacjach. Jakie macie przemyślenia, jakie podejmujecie działania. Co Was wkurza, a – może jakimś cudem – gdzie widzicie nadzieję?