Archiwa tagu: Uniqlo

31

Paź

Uniqlo U

To miał być zupełnie inny wpis, chciałam zapoznać Was z alternatywą dla przepięknej skądinąd kolekcji Erdem x H&M, ale… Po pierwsze obejrzałam alternatywę na żywo i wcale już tak dobrze nie było. A po drugie zachwyciła mnie zupełnie inna rzecz, która niczym puzzle ułożyła się w logiczną (pod wieloma względami) całość. Bo miał być JW Anderson, ulubieniec nie tylko Londynu, lecz świata całego, szczególnie od momentu, w którym do botków doszył falbany, przyczyniając się do wzrostu ciśnienia u każdej szanującej się wielbicielki mody. Nie będę mu umniejszać sukcesu, podśmiewając się z tej falbany delikatnie, bo to mistrz formy, wyposażony w nadzwyczajną intuicję. Jego osobę zostawię sobie jednak na inną okazję, przywołując teraz nazwisko Christophe’a Lemaire’a. Jestem w szoku, bo znów to robię w tym samym momencie: gdy uwagę zainteresowanych skupia najmocniej projektancka kolekcja H&M (zachęcam do tekstu sprzed dwóch lat). Z jakiegoś powodu skracające się okrutnie jesienne dni najchętniej wybierane są przez marki na moment premiery tej czy innej współpracy. Z Lemairem jest o tyle inaczej, że zasiadł na stanowisku dyrektora kreatywnego w paryskim atelier japońskiej marki. Nie firmuje więc kolekcji swoim nazwiskiem wprost, podpisuje się pod nią wraz całym zespołem, nadając jej krótki tytuł: „U”.

UNIQLO U (7)

Czytaj dalej

5

Lis

Uniqlo i Lemaire

Jest Rousteing, jest impreza. Dziś do sklepów H&M na całym świecie trafiła najdroższa podobno kolekcja powstała we współpracy z projektantem domu mody Balmain, znanym m.in. z uzależnienia od mediów społecznościowych i przyjaźni z siostrami Kardashian (nie ujmuję mu zasług w modzie, choć wciąż nie mogę odżałować pana Decarnina – bez niego Olivier nie miałby szans być tu gdzie teraz). Przyznam, że nawet przez dwie sekundy miałam w wirtualnym koszyku pewien płaszcz (tak, ja z kolei jestem uzależniona od płaszczy), ale nim zdążyłam dokonać zakupu, ktoś mi go, za przeproszeniem, wirtualnie podpieprzył. Nic to, nawet nie byłam zdziwiona. Nie dziwi też reakcja tłumu, o której dziś huczy spora część internetu. Czy kiedykolwiek było inaczej? This is Sparta! Przedsprzedaż dwa dni wcześniej różniła się niewiele. I to też nic dziwnego. Ostatni raz w tym czymś uczestniczyłam dwa lata temu, gdy na tapecie była niejaka Marant. Zostałam wepchnięta przez jakąś oszalałą kobietę wprost na wieszak z (kolejny raz) wymarzonym płaszczem. Chwyciłam mocno i udałam się do kasy, przemykając obok rozszarpującej się zwierzyny nad pudełkami butów z frędzlami. Walcz albo giń! Osoby odpowiedzialne za imprezę rozkładają ręce. Nawet najdoskonalsza lista zaproszonych nie zagwarantuje kulturalnego zachowania wobec wieszaków z odpowiednio okrojonymi z cen i jakości ciuchami z metką. Tym bardziej że jakość tym razem podobno była porównywalna z oryginalną. Nieważne. Sęk w tym, by w tych ubraniach pokazać się miesiąc przed premierą. Potem nie będzie sensu, jeszcze nas posądzą o czynne uczestnictwo w tym szaleństwie, a to przecież poniżej ludzkiej godności. Więc ruszają do boju managerowie gwiazd i blogerek, portale gotowe „wypromować” kolekcję (najchętniej na własnych naczelnych). Są kłótnie i szantaże, są łzy i rozczarowanie. A i tak wygrała Kendall Jenner, bo w marynarce wysadzanej sztucznymi perłami wystąpiła już w maju. I co? I pstro. Tymczasem miesiąc temu w całkiem innym nastroju odbyła się premiera kolekcji innego znanego projektanta dla innej sieciówki. Jedyną częścią wspólną dwóch wydarzeń jest idea współpracy. Cała reszta to niebo a ziemia.

Lemaire x Uniqlo (7)

Czytaj dalej

13

Sty

Siedem marek normcore, które musisz znać

Był bunt, potem milczące przyzwolenie, a teraz – choć niechętnie się do tego przyznaję – radość. Pół roku temu byliście świadkami mojego narzekania na zjawisko normcore oraz powierzchowną jego interpretację przez naszą drogą modę. Cóż, machina ruszyła, stało się, nic tego nie zatrzyma. Zamiast więc zacietrzewiać się i obrażać, dla równowagi szybko znalazłam dobre strony tej reakcji. Bo to, co zostało siłą nazwane, od wielu lat istniało sobie w cieniu innych większych, bardziej charakterystycznych i reagujących na pędzącą na łeb na szyję rzeczywistość.

Niczego nie udają, za niczym nie gonią. Odporne na działanie czasu. Należałoby się zastanowić, co jeszcze kwalifikuje daną markę do określenia mianem normcore. Bo – warto zaznaczyć – normcore nie stanowi jednego zunifikowanego stylu. To szereg zjawisk całkiem od siebie odległych, lecz spiętych klamrą konsekwencji i pewnego rodzaju ponadczasowości. Do tych sklepów wracamy pewni, że znajdziemy dokładnie to, czego szukamy. Że ulubiony model swetra nie został wycofany, a zniszczony trencz zastąpimy równie dobrym po pięciu latach. Wybrałam siedem marek, młodych i starszych, które najlepiej się z normcore identyfikują (często bezwiednie), w dodatku bez szkody dla siebie samych. Warto je znać, bo nigdy nie zawodzą.

MUJI – japońska królowa normcore’u. Nie do ruszenia. Jeszcze zanim ktokolwiek wpadł, by ukuć to słowo, marka reprezentowała jego wszystkie cechy. Zero szpanu, świecenia logo czy rażenia po oczach najnowszym trendem. Bestsellery powracają co sezon, a nowości szybko zdobywają wierne serca. Bawełna organiczna czy materiały z recyklingu były tu dostępne jeszcze przed erą mody na ekologię. Muji to ubrania praktycznie niezniszczalne. Wiem, bo jestem posiadaczką kilku różnych elementów i ząb czasu ich nie tyka. W sezonie jesiennym zawitały do sklepu najróżniejsze koszule z miękkiej flaneli oraz swetry z kaszmiru i alpaki. Co ważne, można się tu ubrać od stóp do głów, a przy okazji urządzić całe mieszkanie. Jedyna wada? Dość wysokie ceny. Niweluje ją zaleta: porządne wyprzedaże. Zwłaszcza na przełomie sezonów. Czy genialny męski granatowy trencz za niecałą stówę będzie wystarczającym argumentem? W mojej szafie od trzech lat.

muji fall 14

muji fall 14 2

SECRET LIFE – polska marka mająca za sobą już cztery udane sezony. Powstała z uwielbienia zwyczajności – czy może być lepsza rekomendacja? Zimą i jesienią znajdziemy tu wełniane swetry i płaszcze. Latem – świetnie skrojone białe koszule i sukienki z lekkiej dzianiny. Swobodne fasony, oszczędna gama kolorów, trochę zapożyczeń z męskiej szafy, ale wszystko pod płaszczem stuprocentowej, choć dyskretnej kobiecości. W tych ubraniach się żyje. Po prostu.

secret life jesien

secret life jesien (2)

secret life jesien (3)

KISS THE FROG – spokój i relaks. Choć serwowane są smakowite nowości, całość pozostaje w niezmiennym klimacie. Autentyczność marki podkreśli spotkanie z projektantką, Moniką Szczuką. Zawsze w ubraniach swojego projektu, zawsze pełną energii. To surowe, obszerne formy, w których można się komfortowo ukryć. Zawsze na posterunku.

kiss the frog 2014b

kiss the frog 2014a

BORKO – oto normcore w wydaniu klasycznym. Stworzony dla kobiet żyjących w wiecznym pośpiechu i niemogących sobie pozwolić na nonszalancki (to eufemizm) wygląd. Ubrania eleganckie, zachowujące wypracowane latami metody krawieckie, zaserwowane przy użyciu najlepszych materiałów, nierzadko szlachetnych. Już od paru lat hitem pozostaje luźna sukienka z symetryczną kontrafałdą u zbiegu z dekoltem V. Sięganie po tradycyjne fasony i nadawanie im współczesnego sznytu to specjalność Aleksandry Chmielewskiej, twórczyni marki. „BORKO dąży do tego, by kobieta mniej czasu poświęcała na ubiór, a więcej na życie” – i wszystko jasne.

borko 2014a

borko 2014b

BAGSY – pamiętacie siatkę na zakupy? Nie reklamówkę Boss, nie torbę „ekologiczną”, tylko siatkę. Taką, w której filmowa Marysia przewoziła na rowerze ciężkie kilogramy cukru (biorąc udział w wiekopomnej misji zbadania zawartości cukru w cukrze w zależności od położenia danego sklepu). Łódzka marka Bagsy wskrzesza ją z popiołów zapomnianej przeszłości. Kto więc marzy o zwyczajności w stylu retro, może sobie szybko takową zapewnić. A prócz niej pojemne i najzwyklejsze w świecie drelichowe i dżinsowe worki oraz grube czapki idealne na trzy z czterech polskich pór roku.

bagsy store (4)

bagsy store (5)

bagsy store (2)

bagsy store (3)

SI-MI – punktem wyjścia założonej w 2013 roku przez Janusza Bielenię marki była inspiracja londyńską ulicą. Ja tu widzę sporo innych miast. Od Seattle późnych lat osiemdziesiątych po obecny Berlin, wymieszaną kulturowo Brukselę czy zachowawczą Warszawę. Choć każdy tydzień przynosi nowe ciuchy, całość uparcie i z powodzeniem trzyma się mocno skonkretyzowanego stylu. W Si-Mi zjawisko fast fashion przybiera zdecydowanie bardziej ludzką formę niż w większości sieciówek. Krótkie serie nie wykluczają powrotów wciąż i na nowo ukochanych modeli. Moim hitem jest raglanowy t-shirt. Mogłabym go mieć w każdym możliwym kolorze. Bo nie dość, że bez problemu mieszczę się w niezbyt obszerny rozmiar (choć tu muszę podziękować również jodze), to jeszcze wyglądam jak człowiek.

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

UNIQLO. Powrót do Japonii. I jedyna marka, której wciąż nie ma w Polsce, choć wreszcie dopisano nasz kraj do listy obsługiwanych przez brytyjski sklep internetowy. Jej początki sięgają lat pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. W 1984 roku powstała nazwa: Unique Clothing Warehouse, skrócona szybko do wersji obecnej. Każde europejskie otwarcie budziło pozytywną histerię (o ile w ogóle coś takiego może istnieć), a nie zawsze było tak różowo. Skupię się jednak na teraźniejszości. Czym ujmuje japońska marka? O ile Muji jest dość zwyczajne, to jednak zachowuje pewien powściągliwy klimat, zwany uparcie przez niektórych minimalizmem, o tyle Uniqlo to mieszanka wybuchowa we wszystkich kolorach tęczy. Jeśli wymyślisz sobie kaszmirowy sweter w kolorze wściekłej pomarańczy, możesz tam wejść i bez szukania o niego poprosić. Będzie w co najmniej trzech fasonach. Nie możesz nigdzie znaleźć prostej dżinsowej koszuli? To samo. Uniqlo to także pionier ultra nowoczesnych rozwiązań technologicznych. To właśnie tam pojawiły się niezwykle lekkie (i równie ciepłe) kurtki puchowe, które można bez problemu zmieścić w kieszeni, a także rewolucyjna bielizna termiczna (kto nie zna, ten nie zrozumie zachwytu – po prostu trzeba spróbować, zwłaszcza teraz, gdy powstaje w tylu różnych opcjach). I jeszcze jedno. To jedyna sieciówka, której udało się namówić do współpracy Jil Sander. Linia +J okazała się takim sukcesem, że kooperacja przedłużyła się na dwa lata (od 2009 do 2011), a jesienią 2014 do sklepów trafiła reedycja najlepszych wspólnych projektów. Cecha charakterystyczna? Zero ozdobników. Istnienie poza modą. Można? Można.

uniqlo

uniqlo (3)

uniqlo (2)

Zdjęcia: Muji, Uniqlo, Bagsy, Si-Mi, Secret Life, Borko, Kiss the frog.