Archiwa tagu: Victor Kochetov

4

Lut

D.S. & Durga. Na pamięć.

Jedni mają szczególną pamięć do obrazów, inni do smaku. Ja zdecydowanie idę w dźwięk i zapach. Jedno i drugie potrafi mnie przenieść w dowolne miejsce i czas, zadziałać mocno i dać złudzenie powrotu w takie lub inne okoliczności. Raz w życiu zdarzyło mi się nawet rozpłakać z powodu zapachu pewnych perfum, z którymi miałam jak najgorsze skojarzenia. Wówczas było to okropne, ale wiadomo, jak człowiek ma naście lat, targają nim emocje obce i zaskakujące. Gdy myślę o tym teraz, widzę jedynie potwierdzenie własnej słabości do zapachów. Która, choć słabością się zowie, nie jest niczym negatywnym. Już kiedyś tu pisałam, że któregoś razu zupełnym przypadkiem trafiłam na bliźniacze perfumy moich pierwszych, ukochanych i, rzecz jasna, już dawno nie produkowanych. To było podczas rozmowy z Victorem Kochetovem, właścicielem perfumerii Mood Scent Bar na warszawskim Powiślu. Dzielił się ze mną wiedzą o zapachowych tendencjach Polaków i tym, że bardzo rzadko wybieramy nuty kwiatowe. Ja na to, że od najmłodszych lat właśnie kwiaty najbardziej mnie rozbrajały. Czy to nieodżałowana woda Jackpot, czy potem konwaliowe Diorissimo (obecnie już zbyt słodkie, gust się jednak zmienia). Victor podszedł do jednej z półek i zdjął z niej flakon z napisem „White Peacock Lily”. Kilka sekund później znów był rok 1996, szłam na randkę do Dunkin’ Donuts (przykro mi, tak było!) w kwiatowej sukience z India Shopu i granatowych martensach. Wzruszenie totalne. Lilia to jeden z zapachów D.S. & Durga, w Polsce dostępnych ekskluzywnie w Mood Scent Barze.

Czytaj dalej

6

Sty

Mood Scent Bar

Był rok 1996 i bez żadnego szczególnego powodu mój tata postanowił kupić mi perfumy. Choć zaskoczona, świetnie wiedziałam, które wskazać. Moją ulubioną marką był w owym czasie Jackpot (chyba jeszcze jako linia Carli Gry, nie osobny byt) i tak się składało, że prócz kraciastych koszul i kwiecistych sukienek w ofercie miał perfumy. Okrągły flakon z mlecznego szkła z długim metalowym korkiem, ozdobiony charakterystyczną grafiką różowo czerwonego kwiatu, krył w sobie najpiękniejszy zapach, jaki do tamtej pory spotkałam. Kwiatowy, wiadomo, ale zmieszany z czymś jeszcze, co czyniło go nieprzesłodzonym, świeżym i uroczym. Szybko wplótł się w cudowne wspomnienia z owego czasu, na tyle silnie, że gdy znalazłam próbki wiele lat później (niestety po jego nieodwołalnym wycofaniu), wrócił nie tylko klimat, ale konkretne rozmowy, pogoda, a nawet ubrania, które wtedy nosiłam. I uczucia, oczywiście, co nie zmieniło się do dziś. Od tamtej pory każdy kolejny zapach rozpoczynał i zamykał jakiś etap w moim życiu. A ponieważ w liceum tych etapów bywa wiele (bo człowiek sam je sobie wyznacza – najprostszy przykład: od jutra zmieniam styl – i zmieniałam), liczba buteleczek na moim biurku rosła. Fascynowały mnie zarówno owocowe wody toaletowe z Yves Rocher (brzoskwiniową pachniały wakacje 1998), wszystkie odmiany Salvadora Dali, jak i klasyki (konwaliowe Diorissimo kocham do dziś, choć niekoniecznie na sobie). Aż pewnego dnia w perfumerii na Nowym Świecie, która wtedy nie była jeszcze Sephorą, lecz częścią Empiku, odnalazłam perfumy swojego życia. Zabawne, że byłam tego pewna, mając dziewiętnaście lat. Nie myliłam się, używam ich do dziś. Sprawiłam je sobie w prezencie po dostaniu się na studia.

mood-scent-bar

Czytaj dalej