Archiwa tagu: Vinted

3

Mar

Mniej.

Uśmiałam się przy czytaniu swojego tekstu sprzed jedenastu lat. W styczniu 2008 roku przez calutki miesiąc postanowiłam nic sobie nie kupować. Pojęcie „less waste” wówczas nie istniało, „slow fashion” być może w wąskich kręgach. O co mi wtedy chodziło? Naprawdę nie wiem, chyba o wygraną z samą sobą, ewentualnie zaoszczędzenie paru groszy. Kwestii etycznej nie poruszałam, podejrzewam, że nie miałam jej na myśli w tym eksperymencie. Bo poruszało się ją w oderwanych kontekstach. A że żona Bono stworzyła markę Edun, która zleca produkcję w krajach afrykańskich (swoją drogą dość szybko przeniosła ją do Chin, o czym pisałam w zeszłym roku tutaj). Albo że Stella McCartney korzysta tylko ze sztucznych skór. W 2007 roku w H&M pojawiły się może ze cztery rzeczy z organicznej bawełny, odpowiednio zgrzebne, jak na odzież ekologiczną przystało. Nieliczni zadawali pytania o miejsce powstawania ubrań z sieciówek, zapewne ci sami, którzy zaczytywali się w Naomi Klein. Ja jednak, dziecko socjalizmu, które miało okazję przez kilka lat pomieszkać tysiąc pięćset kilometrów na zachód od Warszawy, obserwowałam z uśmiechem spełnienia, jak otwierają się u nas po kolei te wszystkie cudowne miejsca: Bershka, Stradivarius, Topshop, dużo później COS czy Uterque. Grzechem byłoby nie korzystać. Grzechem byłoby nie docenić. Kupowałam jak szalona, zawsze za dużo, często niepotrzebnie. Tej decyzyjnej lekkości sprzyjały ceny, wiadomo. Rozsądek klasycznie przyszedł z wiekiem, choć wciąż nie mogę powiedzieć, że jestem twarda i nigdy nie daję się skusić iluzji bycia modną. Ale wypracowałam pewne odruchy, które pozwalają mi działać bardziej świadomie i, paradoksalnie, bardziej się cieszyć zakupami.

Zdjęcie: Pixabay Czytaj dalej

12

Lip

Dzisiaj moje, jutro Twoje

Dziś temat lekki. Dosłownie i w przenośni. Kilka miesięcy temu ruszyła polska wersja platformy Vinted. To strona dla wszystkich, którzy chcą nadać swoim ciuchom drugie życie. Idea polega głównie na wymianie (czymś, co uparcie zwie się w naszym kraju „swap”), choć nie wyklucza sprzedaży i kupowania. Historia strony zaczyna się od… przeprowadzki. Jej pomysłodawczyni, Litwinka Milda Mitkutė przeprowadzała się z Kowna do Wilna. Nie chciała zabierać ze sobą wszystkich rzeczy, ale nie chciała ich również wyrzucać. Poprosiła więc swojego znajomego programistę o stworzenie prostej strony, na której będzie mogła zaprezentować je znajomym. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Milda nie tylko pozbyła się wszystkich rzeczy, ale zapoczątkowała nowy trend wśród przyjaciół, którzy chcieli mieć identyczną możliwość. Dla zaspokojenia coraz większych potrzeb powstało Vinted. Błyskawicznie zyskało na Litwie ogromną popularność, a przez kolejny przypadek trafiło do Niemiec. Potem poszerzyło swoje terytorium o Francję. Czechy, Polskę, a ostatnio także Stany Zjednoczone.

Obecnie na stronie znajduje się ponad trzysta tysięcy rzeczy. Nie zgubimy się pośród nich dzięki sprytnemu grupowaniu i tagowaniu. Korzystanie ze strony jest przyjazne użytkownikowi. Jeśli posiada się konto na Facebooku, nie trzeba się nawet zapisywać. Co ciekawe, Vinted nie pobiera opłat prowizyjnych. Spytajcie mnie, jakim cudem im się to opłaca – i tak nie odpowiem, bo nie wiem. Sama idea świadomej konsumpcji człowieka nie nakarmi, choć z pewnością może nieźle podbudować.

Fenomenem Vinted jest skupianie ogromnej społeczności, która kontaktuje się ze sobą w ramach jednej platformy. Nieodzowną część stanowi forum, które wciąż się rozwija i coraz częściej zbacza z głównych tematów. Co istotne, trzyma poziom i najwyraźniej nie zachęca tym internetowych hejterów. Tylko lepiej, czyż nie?

vinted