Archiwa tagu: Weekday

8

kwi

Siedem marek odzieżowych, których potrzebujemy w Polsce

To już standard. Jeśli zwracam uwagę na czyjś ciuch, zazwyczaj okazuje się, że nie można go kupić w Polsce. To taki radar, którego nie potrafię wyłączyć. Bo to, co dzieje się u nas, mam uporządkowane i pogrupowane w głowie na wszelkie sposoby. Potrafię w kilka sekund bezbłędnie określić pochodzenie danej rzeczy – nie tylko markę, ale bardzo często sezon. Ot, skutek uboczny przyglądania się twórczości projektantów i koncernów. Posiadanie czegoś, co nie od razu będzie w naszym zasięgu, w czasach globalizacji mody urosło do rangi nowego snobizmu. Najbliższe źródło świeżych i nieobecnych na naszym rynku marek mamy w Berlinie. Im dalej na Zachód, tym lepiej, choć i Południe ma nam coś do zaoferowania, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej

24

cze

MTWTFSS S/HE

Pamiętacie, gdy po raz pierwszy napisałam tu o marce Weekday? Będzie pięć lat, jak w mordę strzelił (za, rzecz jasna, przeproszeniem). Marzył mi się sklep internetowy (ha ha ha). Obecnie częściej niż internetowe przydałyby się te stacjonarne, szybko się potrzeby zmieniają. Ale nie poruszam dziś tematu, żeby powspominać, jak to było kiedyś, gdy odkrywało się nowe zagraniczne i niedostępne marki (albo interesujące blogi o modzie – tak, to się zdarzało, uwierzylibyście?) ani żeby podkreślić, że Harel ma już tyle a tyle lat. Nie. Wcale. Ja się po prostu wybrałam na zakupy celem wydania odłożonych na okoliczność wyprzedaży pieniędzy. A ponieważ nie kręcą mnie ani podróby Celine w Zarze, ani dwa tiszerty w cenie trzech, byłam prawie pewna, że całość przepuszczę na frytki, książki i ewentualnie jakieś kosmetyki. Ale nie. Bo postanowiłam jednak odwiedzić pewną sieciówkę. Weekday – najbliższy oddział za naszą zachodnią granicą (choć oczywiście filia internetowa działa już od paru lat, jakby co).

I trafiłam tam na rzecz genialną, choć nieaktualną o minus siedemdziesiąt pięć procent. Gdybym Wam o niej napisała w październiku, wspólnie odliczalibyśmy czas do tzw. premiery. Ale nie można wiedzieć wszystkiego, no po prostu się nie da. Dowiedziałam się dziś, przed chwilą, przynosząc do tymczasowego domu dwie sztuki odzieży, a w planach mając kolejną wizytę na wszelki wypadek. Przyszedł z pomocą internet i oto, co znalazłam.

Kolekcja MTWTFSS S/HE to koncept na miarę aktualnych czasów. Dyskusji o płci jest tyle, że nie sposób nadążyć. Podkreślanie i zacieranie różnic, dyskryminacja i równouprawnienie, związki płci różnych i tych samych, kobiety z brodą i faceci w szpilkach. Czyżby pomysłodawcom zaświtała myśl o zlikwidowaniu działów męskiego i damskiego w sklepach? A może przy okazji sporej oszczędności miejsca w szafie? Powstał zbiór ubrań bez przeznaczenia dla konkretnej płci, niejako podsumowujący działalność marki, oscylujący wokół sześciu motywów przewodnich: dżinsu, bawełnianej koszulki, trencza, kurtki skórzanej, kraty oraz kurtki bejsbolówki. Elementy zostały tak zaprojektowane, żeby można je było łączyć w dowolny sposób. Kraciasty top jest przeźroczysty, więc najlepiej się prezentuje na białej bluzce, ogrodniczki zostały podzielone na górę i dół, by nie ograniczać pomysłów do tego podstawowego. Sporo jest rozcięć, wycięć, pęknięć – tak aby jedno mogło wystawać spod drugiego i dopełniać się nawzajem. Spódnica tuba może zmienić się w sukienkę, top albo szal. Gigantyczny kawałek białego dżinsu dzięki rzepom dopasuje się w talii albo na biodrach, zamieniając się w spódnicę lub coś w rodzaju fartucha (podobno świetnie wygląda ze spodniami, ale nie próbowałam). Państwo na filmie we wszystkim wyglądają świetnie. Ot, niezłe zagranie ze strony marki, wiadomo.

Podejrzewam, że sporej ilości osób (zwłaszcza kobiet, wybaczcie, że powrócę do operowania oldskulowymi kategoriami) nie odpowiadały zbyt luźne fasony, brak podstawowych rozwiązań w kwestii dopasowania do sylwetki (nawet swobodnego dopasowania, ale jednak). Nie mam pojęcia, jak kolekcja się sprzedawała, gdy trafiła do sklepów. Dziś widziałam tylko brutalnie przecenione ciuchy, przydeptywane do podłogi przez niezbyt uważnych klientów. Fajerwerków nie ma, ale wcale być nie miało. Geniusz tej idei tkwi w jej prostocie. Gdy obejrzałam poniższy film, jeszcze bardziej zapragnęłam wrócić do sklepu i kupić więcej. Teraz już wiem, o co chodzi. Ostatni element układanki pasuje jak ulał.

P.S. A tak przy okazji, wiecie skąd się wziął skrót MTWTFSS? Wyrecytujcie sobie dni tygodnia po angielsku.

 

10

wrz

Weekday

Cóż takiego jest w tej Szwecji, że wydaje ona na świat tylu zdolnych projektantów? Wprawdzie nie jestem pewna, czy zrzeszanie się w anonimowe grupy i praca pod wspólnym szyldem kolejnego sklepu jest szczytem ich marzeń, ale gdy efekty są takie jak poniżej, odczuwać można chyba tylko satysfakcję.
Oto moje ostatnie odkrycie: marka Weekday. Po raz kolejny mamy do czynienia z ultra prostymi rozwiązaniami, ale podanymi w tajemniczo magnetyczny sposób. Tu się coś przymarszczy, tam nieco poluzuje, oczywisty fason przedstawi w nieoczywisty sposób. Na przykład taką marynarską koszulkę albo płaszcz o męskim kroju, który przez ostatnich sto lat był tak eksploatowany, że trudno wymyślić w jego kwestii cokolwiek nowego.

Kurtka dżinsowa w czerni: „za szeroka” i „za krótka” oraz tunika, która w okrutny sposób pozbawia nas talii. Jak tak można? ;-)

I te buty z niby narciarskimi zapięciami, podobne trochę do tych, które rok temu zaserwował nam na jesień Marc Jacobs.

Na razie na zakupy trzeba się wybrać do Szwecji, ale po cichu liczę na sklep internetowy. Myślę, że w tych życzeniach nie będę osamotniona :-). Poniżej rzeczy, nad których kupnem długo bym się nie zastanawiała. A gdybym musiała wybierać, na pierwszym miejscu znalazłby się jasny trencz, a na drugim pasiasta sukienka (ta szersza niż dłuższa).


Źródło zdjęć: weekday.se