Archiwa tagu: wiosna/lato ’12

3

lip

Pewność siebie

Od wielu lat chodzę w workach. Ani pokutnych, ani na ziemniaki (w tym to tylko Kate Moss by dobrze wyglądała, co słyszę i czytam niemal non stop). Po prostu, innymi słowy, w luźnych sukienkach, które niczego nie obciskają. Szkoły odbioru worków są dwie. Jedni mówią, że takie ubrania ukrywają wszelkie niedoskonałości, a ponieważ z pewnością mam ich całe mnóstwo, to się sprytnie przed światem chowam. Drudzy z kolei twierdzą, że noszenie worków wymaga pewności siebie i mogą sobie na nie pozwolić tylko te osoby, które niczego światu nie chcą udowadniać (na przykład tego, że mają talię). A w tak zwanych dzisiejszych czasach rezygnacja z udowadniania światu rzeczy oczywistych jest nie lada wyzwaniem. Zgadnijcie, do której frakcji należę?

 

Swego czasu dzięki miłości do worków trafiłam na markę Wearso. Jedna z moich pierwszych rozmów z Olą Waś, jej twórczynią, dotyczyła właśnie dużych ciuchów. Bo są osoby, którym te duże czy za duże nawet ciuchy po prostu nie pasują. I wyglądają w nich jak dzieci, które podkradły ubrania z szafy mamy. I naprawdę nie wiem, od czego to zależy. Bo na pewno nie od sylwetki. I te osoby czują się pewnie w dopasowanych rzeczach – ba, świetnie w nich wyglądają! Gdy ja wkładam coś dopasowanego, zazwyczaj ciągle o tym myślę, poprawiam, zaglądam w każde mijane lustro, żeby skontrolować, czy wszystko jest w porządku. Moja pewność siebie może nie znika, ale zostaje wystawiona na próbę. Może w tym tkwi odpowiedź? Im mniej myślimy o ubraniu, tym lepiej w nim wyglądamy? Parafrazując (i to będzie banalne), wyglądamy dobrze w tym, w czym dobrze się czujemy? Podsumowując, gdy dobrze się w czymś czujemy, to o tym nie myślimy?

 

Poniżej kilka zdjęć najnowszej kolekcji Wearso zatytułowanej „Do Nothing In Warsaw” (całość do obejrzenia tutaj). Tym razem pojawiły się rzeczy zaspokajające potrzeby obydwu wspomnianych frakcji. Bawełna wciąż organiczna, wciąż nie do zdarcia. Próbowałam przekonać się do sukienki z trzeciego zdjęcia, bo ogromnie mi się podobała, ale nie dałam rady. Po raz kolejny wybrałam worek. Stwierdziłam żartobliwie, że potrzebuję przestrzeni dla dużego ego. Ale kto wie, może coś w tym jest? A jak Wy myślicie? I którą opcję wyznajecie?

 

 

 

 

 

FOTOGRAF: Paweł Frenczak
MODELKA: Masha Szaro
MAKE-UP: Magda Łach / Firma Kokarda
WŁOSY: Rafał Żurek
Specjalne podziękowania dla ShowRoom-Hoza 9c oraz Moko61.

22

maj

Zemełka & Pirowska

Te panie chyba nigdy mnie nie rozczarują. Nadszedł kolejny sezon, a wraz z nim kolejna kolekcja duetu Zemełka & Pirowska. Tradycyjnie jest dokładnie to, co trzeba – i by poczuć wiosnę, i by rozpoznać, czyje to projekty. Czasem się  zastanawiam, czy soczyste odcienie różu pozostaną z autorkami na zawsze – tak jak swego czasu czerń pozostawała (i praktycznie rzecz biorąc, pozostała) z Coco Chanel. Nigdy nie jest to motyw przewodni, ale powtarza się niemal w każdej kolekcji. Tym razem dochodzi zabawa proporcjami i długościami. Spódnica maxi jednocześnie jest spódnicą mini, a tunika – dość krótkim t-shirtem. Możliwe? Możliwe. Wiadomo, najlepiej by było zobaczyć na żywo. A przy okazji, kto stacjonuje w Krakowie, może się wybrać do butiku La Perle przy Dominikańskiej 3 – znajdzie tam m.in. poniższe projekty. Jeśli o mnie chodzi, czuję, że wizyta w Krakowie zbliża się dużymi krokami.

 

 

 

 

 

Zdjęcia: mat. prasowe Zemełka&Pirowska

19

kwi

Mini Matryoshka

Czy też należycie do osób, które znają torby po imieniu? Matryoshka projektu Caroliny Herrery jest jedną z tych, które zapadły mi w pamięć już przy pierwszym (wirtualnym) spotkaniu. Byłam wtedy znacznie bardziej niż teraz podatna na to, co noszą gwiazdy – opętana nieco przez wizje idealnej torby roztaczane na łamach pachnących magazynów o modzie przez Rachel Zoe. Matryoshkę noszą m.in. Kate Moss i Katie Holmes (ona ma chyba całą kolekcję). To na pozór całkiem zwyczajna torba typu „shopper”, występująca w różnych kolorach i pięciu rozmiarach. A rozmiary, zgodnie z nazwą, wymyślone zostały tak, aby jedna torba mieściła kolejną -  jak w przypadku matrioszek, które stanowiły główną inspirację. Piszę „na pozór zwyczajna”, ponieważ, jak to bywa w przypadku toreb posiadających imię czy nazwę, Matryoshka posiada tajemnicze właściwości magnetyczne. Co więcej, nie krzyczy głośno, skąd pochodzi (nie liczę egzemplarzy z monogramem, które prawdopodobnie musiały powstać, by zaspokoić pewną liczbę klientek kochających litery – w nieco inny sposób niż Harel ;)). Kto ma wiedzieć, ten będzie wiedział. Snobizm? Być może. Ale mało szkodliwy.
Pierwsze Matryoshki pojawiły się w 2010 roku. Sukces? Odnotowany. Czy da się przekuć jeden sukces w kolejny? A może lepsze zawsze będzie wrogiem dobrego?
Okazuje się, że nie zawsze. Ostatnio do rodziny pięciu matrioszek dołączyła najmłodsza siostra: Mini Matryoshka. Łączy w sobie sprawdzony już kształt oraz całkiem nowe kolory, ściśle powiązane z wiosenną kolekcją marki Carolina Herrera NY. Nasycone, radosne, optymistyczne i ujęte w miniaturową formę. Dlaczego właśnie taka mała, a nie na przykład gigantyczna, mieszcząca w sobie wszystkie pozostałe? Zadecydował rodzinny dialog. Carolina Herrera matka zwróciła uwagę Carolinie Herrerze córce, że ta zawsze nosi wielkie torby. I poniekąd w odpowiedzi córka zaprojektowała Mini Matryoshkę (ech, gdyby rodzinne dialogi zawsze były tak twórcze… ;)).

 

 

A pozostając w temacie dialogów, dzięki polskiemu przedstawicielstwu CH Carolina Herrera, miałam możliwość zadania trzech pytań twórczyni wspomnianej torebki. Poniżej nasza wirtualna rozmowa:

 

Jak zrodził się pomysł na stworzenie linii „Mini Matryoshka”?
Uwielbiam torebki i zawsze projektowałam sobie w głowie torebkę idealną. Kiedy nadarzyła się sposobność do stworzenia linii torebek inspirowanych kolekcją Carolina Herrera NY wiosna/lato 2012, chętnie z tej możliwości skorzystałam.

Który kolor torebki jest Twoim ulubionym? Czy masz taką, której używasz najczęściej?
Lubię je wszystkie, uwielbiam żywe kolory i oczywiście mam torebkę Mini Matryoshka. To, którą z torebek wybiorę zależy od dnia i od pogody. Nie mam takiej, której używam najczęściej.

Mówi się, że kobiety można podzielić na dwie grupy: te, które kolekcjonują buty i te, które kolekcjonują torebki. Zgadzasz się z tą teorią? Do której z nich sama należysz?
Wydaje mi się, że nie należę do żadnej z tych grup. Lubię modę, a w szczególności jej twórczy aspekt, ale nie kolekcjonuję poszczególnych elementów garderoby.

 

(tłumaczenie Agnieszka Żebrowska)

 

 

Nowojorski pokaz Caroliny Herrery na wiosnę lato 2012:

 

 

 

A poniżej kilka moich ulubionych wersji kolorystycznych. Zielona wygrywa, zdecydowanie.

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: CH Carolina Herrera

25

mar

Borko

Garderoba piękna i funkcjonalna jednocześnie. Mrzonka czy rzecz możliwa? To są dyskusje z cyklu „Co było pierwsze: jajko czy kura?” (choć wszyscy wiemy, że kura, to oczywiste, czyż nie? ;)))). Ola Chmielewska, twórczyni marki Borko zaczęła projektowanie od skomponowania takiejże garderoby dla siebie. Jej wizja kobiecości jest niezwykle bliska mojej. Sama tak mówi o swoich projektach:
„Moje rzeczy są bardzo proste i przez to jakby mało efektowne. Projektuję je dla siebie i zgodnie z pewną wizją kobiecości, według której kobieta jest ważniejsza niż jej ubranie. Myślę, że kobieta wygląda naprawdę dobrze, gdy czuje się sobą, jest aktywna i wolna, również od obsesji bycia modną.” Przeczytałam te słowa i miałam wrażenie, że sama je napisałam. W każdym razie gdybym była projektantką, moja filozofia byłaby identyczna.
Co sezon Ola Chmielewska prezentuje szereg ubrań, które można ze sobą łączyć w dowolny sposób. Dominują naturalne, szlachetne tkaniny i nienarzucające się kolory. Zdarzają się barwne akcenty, ale nigdy nie dominują. Jeśli pojawi się wzór, będzie ultra klasyczny: paski, grochy, żadnych szaleństw. Bo w końcu „to kobieta powinna być ekscentryczna, nie jej sukienka”. Te słowa Coco Chanel, cytowane przez Olę, najlepiej odzwierciedlają ideę Borko.
Choć projektantka utrzymuje, że te ubrania nie zwracają na siebie uwagi, ja mam odmienne zdanie. Zwracają, właśnie poprzez swoją prostotę. Owszem, na zdjęciach, a nawet na sklepowych wieszakach nie widać wszystkiego. Choćby detali kroju, które sprawiają, że dana rzecz lepiej się nosi – czytaj: można się w niej poruszać ;). Poniżej kilka zdjęć kolekcji na wiosnę lato 2012. Podobają Wam się te ciuchy? Bo mi bardzo.

 

P.S. Ubrania Borko można kupić online w butikach Showroom, Full of Style oraz Salt and Pepper.

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Borko

23

mar

O sporcie i o szyku. Razem.

Komu jeszcze nie znudziło się określenie „sportowy szyk” i wciąż znajduje dla niego rację bytu, może sobie tak tę kolekcję zaszufladkować. Ja nie mogę tego zrobić. Nie po tym, gdy moim oczom ukazała się okładka polskiego, bądź co bądź poczytnego magazynu o modzie i zakupach, na której owo połączenie skojarzone było z elegancką, nazwijmy ją, spódnicą oraz bluzką prosto ze sklepu sportowego. Nawet ja, osoba nad wyraz tolerancyjna, także w aspekcie mody, miałam problem z tym, co widzę. Bo sport i szyk pojmowane razem balansują na cienkiej granicy między awangardą a śmiesznością. Jeśli ktoś po tym opisie chciałby się zabawić s Sherlocka Holmesa, podpowiem, że „szyk” został zastąpiony francuskim słowem na „G”, zawierającym w sobie, ze szkodą dla autorów sesji, znacznie więcej niż szyk właśnie…

 

Ale do rzeczy. Gdy zobaczyłam zdjęcie zapowiadające kolekcję, o której będę dziś pisać, od razu wiedziałam, że nie mogę długo czekać. Że muszę ją zobaczyć na żywo najszybciej jak się da. Dziś odwiedziłam pracownię projektantki i naoglądałam (a także naprzymierzałam!) się do woli. Któż to taki? Już wiecie?

 

 

 

 

 

 

Oczywiście, że wiecie. Justyny Chrabelskiej nie da się bowiem pomylić z nikim innym. Jej spojrzenie na tkaniny, które zwykle kojarzą się właśnie ze sklepem sportowym (ortalion, polar, impregnowana bawełna) jest wciąż tak świeże, że nawet gdyby mocno próbować, do końca usportowić się ich nie da. Na przebój tegorocznej kolekcji zapowiada się ortalionowa kangurka w przydymionym wrzosowym odcieniu (moja własna interpretacja, niedawno przekonałam się, że jestem słaba z kolorów, więc wybaczcie ;)). Mankiety, kaptur i dolny brzeg ma ozdobiony cienką falbanką. Przód zdobi kontrastujący z resztą zamek błyskawiczny. Przecina tę kurtkę jakby na pół, przypominając, że szyk szykiem, ale funkcjonalność też tu ma swoje miejsce. Gdy zauważyłam, że falbanki to znak rozpoznawczy projektantki, przyznała, że ma ich już trochę dosyć. Jednak nie na tyle, by całkiem z nich zrezygnować. Stąd mniejsza ich skala. Dominującą tkaniną kolekcji jest bawełna o różnej fakturze. Cienka niczym gaza, regularnie nakrapiana, ozdobiona nadrukiem w kropki i sarenki… Sylwetka pozostaje luźna, choć pojawiło się trochę sprytnych krojów, podkreślających talię, jednak bez obciskania. Bardziej chodzi tu o efekt optyczny, choć muszę przyznać, te ubrania są znacznie bardziej bliższe ciału niż kiedyś.
Spójność kolorystyczna to kolejna cecha wszystkich kolekcji Justyny Chrabelskiej. Przyszła pora na pastele. I wyszło to naturalnie, bez podglądania innych. Po prostu projektantce znudziły się neony, których trzymała się przez ostatnie dwa sezony. Takiego wyczucia tylko pozazdrościć!
Będąc w pracowni za każdym razem świetnie się czuję zarówno w obecności ubrań, jak i ich autorki. Ona sama zawsze nosi swoje projekty, przez co są tym bardziej, wybaczcie słowo, lecz innego nie mam, uczłowieczone. To nie są obce rzeczy na rzędach wieszaków. Chce się ich dotknąć, przymierzyć, ba, chce się je mieć w szafie! Przynajmniej ja chcę. Ale wiem, że nie jestem osamotniona :).
Poniżej kilka propozycji na wiosnę/lato 2012.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: justynachrabelska.com

11

lut

Typ leniwy

Przeczytałam gdzieś niedawno, że pewna urocza pani (której nazwiska już nie pamiętam) jest typem „jeans and t-shirt girl”. I zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy. Pierwszej: że czytam to już po raz nie wiem który o kolejnej osobie. A drugiej: że ja też pod ten typ podchodzę. Po erze sukienek w stylu lat pięćdziesiątych, fascynacjach wszelkimi możliwymi nawiązaniami do folkloru całego świata oraz bezkrytycznej miłości do nadużywanego wszędzie słowa „minimalizm” skończyłam w dżinsach rurkach i koszulce vintage z napisem „Led Zeppelin”. Od jakiegoś czasu noszę taki mundurek. Zimą dodaję sweter, latem podwijam lub skracam nogawki. Nazywam to uwolnieniem się od mody. Ale czy przypadkiem nie jest to po prostu lenistwo? Być może zaczęło się od porannych spacerów z psem. Gdy w pięć minut trzeba pokonać krótką, lecz wybitnie trudną trasę na dystansie łóżko – drzwi na klatkę schodową, nie ma czasu na twórcze komponowanie garderoby. Owszem, postanawiam sobie średnio co drugi dzień, że będę przygotowywać ubranie wieczorem, ale jeszcze nigdy nie udało mi się postanowienia wprowadzić w czyn.

 

Myślę sobie też, że „jeans and t-shirt girl” najlepiej być wtedy, gdy ma się:

 

a) nogi do samej ziemi
b) twarz Gisele Bundchen
c) osiem godzin snu co noc
d) nieograniczony dostęp do fryzjera
e) ulice Manhattanu jako stałe miejsce akcji :).

 

W pozostałych wypadkach nikt nie doceni „uwolnienia się od mody”, co najwyżej spojrzy z politowaniem, a jeśli nie daj Boże wie o tym blogu, politowanie będzie dwa razy większe ;))).

 

Choć jest mi dobrze, czasem jednak zdobywam się na wysiłek i porzucam mundurek na chwilę na rzecz sukienki. Sukienka jest rzeczą boską. Dla typów leniwych wręcz wybawieniem. Oto leży na podłodze jeden przedmiot, po przebudzeniu wkładasz ten przedmiot na siebie i strój gotowy :). Nie wiem, czy już tu pisałam, ale nie znoszę się stylizować. Może kiedyś odnajdowałam przyjemność w dopasowywaniu na sobie różnych rzeczy, które posiadam, ale teraz najbardziej się cieszę, gdy te rzeczy robią to za mnie. Dlatego moja szafa robi się coraz bardziej jednolita, a ubrania, choć z różnych źródeł, świetnie do siebie pasują. Wiadomo – jak może nie pasować t-shirt do dżinsów? :) Ale nie tylko o ten zestaw chodzi.

 

Być może dlatego szaleję na punkcie spójnych kolekcji. Niech to będzie kolor przewodni, styl, forma, cięcie, tkaniny. Niech to będzie cokolwiek, ale niech pasuje do reszty. W tym momencie nie odzywa się we mnie znawstwo mody, lecz wspomniane lenistwo właśnie. I tę potrzebę po raz kolejny zaspokoiła tajemnicza polska marka Nenukko. Najpierw był pokaz w Łodzi, potem mroczny, choć wcale nie straszny lookbook. Ubrania ponad wszelkimi podziałami, kobieta, mężczyzna – kto by się przejmował takim drobiazgiem jak płeć? Czyli tu moje ukochane lenistwo posunęło się do granic możliwości :). I wyobrażam sobie swoją szafę wypełnioną Nenukko od A do Z (a może od N do O? ;)), i widzę, że mogłabym tak żyć. Że mój wewnętrzny leń bardziej tęskni za ideą spójności niż konkretnymi częściami garderoby :).

 

P.S. Ponadto ubrania Nenukko wydają się być idealne do porannego zebrania z podłogi bez otwierania oczu – jestem przekonana, że wyglądałby tak samo dobrze, jak wyciągnięte prosto z szafy. I to jest komplement. Koniec, kropka.

 

 

 

 

 

 

Fot. Łukasz Szeląg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. Przemek Dzienis