Archiwa tagu: wpis sponsorowany

4

wrz

Amelia

Choć swoją premierę miał w 2001 roku, jego akcja rozgrywa się dokładnie dwadzieścia lat temu. Film, na którym byłam w kinie trzy razy, dziś wydaje się tym bardziej istotny, że ledwo parę dni temu media dosłownie grzmiały o rocznicy śmierci Lady Di, a internet zasypały zdjęcia dokumentujące styl księżnej. Styl prze-ge-nial-ny, choć zupełnie nie o nim dziś będzie. Pamiętacie, co się dzieje w filmie, gdy w wiadomościach podają tragiczne wieści? Główna bohaterka upuszcza zakrętkę od flakonu perfum, ta uderza w łazienkową ścianę, a w tej ukazuje się tajemnicza skrytka. Wtedy jej życie zmienia bieg. Resztę już znamy, a jeśli nie znamy, to mamy zadanie domowe dziś wieczorem włączyć i obejrzeć. Paryż we wrześniu, kolory jak z krosowanej kliszy i te wszystkie cudowne stroje, pozostawione w latach dziewięćdziesiątych na zbyt długo. To już ostatnia część mojej współpracy ze Starym Browarem. Tym samym układająca się w logiczną miejską całość. Był Rzym, było Tokio, pora na… stolicę mody. Amelię umieszczam w wehikule czasu i przenoszę w naszą zdominowaną przez świat cyfrowy rzeczywistość. Aby nie doznała zbytniego szoku, pozostawiam w jej torbie notes Moleskine i analogowy zegarek Tous, a dla kamuflażu – czerwoną szminkę (Chanel, rzecz jasna), kocie okulary i dużą apaszkę. Słynne „martensy” zamieniam na lżejsze i wygodniejsze mokasyny lub skórzane sandałki (przez dwadzieścia lat globalne ocieplenie zdążyło dać się we znaki i wrzesień ma prawo być upalny). Wyobrażam sobie, że Amelia wciąż nosiłaby się dość klasycznie, nie szalejemy zatem z awangardą, lecz wrzucamy jej do szafy szerokie dżinsy, spodnie 3/4, tweedowy żakiet i parę spódnic, uwieńczając wszystko romantyczną sukienką Messo w jej ulubionym, czerwonym kolorze. Bohaterka z pewnością nie umknęłaby czujnemu obiektywowi Garance Dore, dlatego dokładam parę typowo paryskich elementów: bluzkę w marynarskie paski, maleńką czarną torebkę i srebrną bransoletkę od Ani Kruk, która z sukcesem może udawać rodzinną pamiątkę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Panie i Panowie, oto zakochana dziewczyna uwieczniona na wszystkich blogach z modą uliczną!

Paryz

 

10

sie

Między słowami

Cóż to był za film! Ludzie wychodzili z seansów zalani łzami wzruszenia, a potem, gdy tylko mieli możliwość odtworzenia go w domowym zaciszu, robili wszystko, by rozszyfrować szept Billa Murray’a – bezskutecznie. To jedna z tych produkcji, którą mogę oglądać wiele razy, a za każdym odkrywam coś nowego. Różowe włosy Scarlett Johansson, karaoke, gry wideo czy zadziwiające posiłki do samodzielnego przygotowania w restauracji, kultowy widok z tokijskiego Hyatta, muzyka na żywo w hotelowym barze, zagubienie i odnalezienie w tej samej chwili. A pośród tych wszystkich historii przepiękne zderzenie także na płaszczyźnie kostiumów. Amerykanka w tenisówkach, szarym swetrze i granatowej budrysówce pozostaje totalnie odporna na uroki japońskiej estetyki. Owszem, przynosi do pokoju ozdoby z sakury, a raz przypadkiem trafia na warsztat ikebany. Ale to wszystko. Niejednokrotnie myślałam, że na jej miejscu nie wytrzymałabym długo w tym, co przywiozłam w walizce i ruszyła na inspirujące poszukiwania dzielnica po dzielnicy. I właśnie tę fantazję urzeczywistniam w drugiej części mojej współpracy ze Starym Browarem.

Główną bohaterkę zachęcam do eksperymentów, podtykam jej pod nos różnorakie kimona: dosłowne i przemycane w detalach. Zostawiam wygodne trampki i dobre słuchawki, podrzucam nieco groszków w stylu Comme des Garcons, oryginalnego Yamamoto i trochę niepokojącej sztuki. Róż peruki przenoszę na wygodną tunikę ESTby eS., skarpetki i klapki z aksamitną kokardą Bizuu. Dorzucam odrobinę ceramiki, żeby nie musiała jeść z plastiku (nie było takiej sceny w filmie, ale mam poważne podejrzenia, że mogłaby się takowa pojawić) oraz maseczki z twarzami zwierząt – dla odprężenia i przywrócenia wiary w to, że życie pięknie jej się ułoży.

Tokio

Zdjęcie: Stary Browar

7

lip

Utalentowany pan Ripley

Rok w rok od momentu pierwszej styczności z produkcją Anthony’ego Minghelli mam z grubsza ten sam pomysł na wakacje. Wymaga oczywiście oprawy włoskich krajobrazów, muzyki Charliego Parkera, kawy gęstej jak smoła i szafy filmowej Marge Sherwood. Jeśli jakimś cudem film Wam umknął, najwyższa pora to nadrobić. Zwłaszcza że warunki pogodowe sprzyjają totalnemu wejściu w nastrój. „Utalentowany pan Ripley” może kusić na wielu płaszczyznach. Jude Law. Koniec zdania, bo więcej nie trzeba. Kostiumy przygotowane przez Ann Roth i Gary’ego Jonesa, docenione przez Akademię Filmową (skończyło się tylko na nominacji, co do dziś uważam za grubą niesprawiedliwość), które inspirują po dziś dzień, choć teoretycznie miały odzwierciedlać modę lat pięćdziesiątych i w niej pozostać. Zatem gdy Stary Browar zaprosił mnie do stworzenia własnych propozycji na sezon letni, nie miałam żadnych wątpliwości. Ripley i spółka muszą się pojawić, choćbym miała chodzić po sklepach przez cały dzień i znaleźć trzy rzeczy na krzyż. Poszło znacznie szybciej, okazuje się, że lekki styl włoskich kurortów zagościł wszędzie – w końcu jest niezmiennie wdzięczny i prosty w noszeniu, a przy tym genialnie się prezentuje na Instagramie.

Do sprawy podeszłam trochę na opak, łącząc znajome z filmu fasony, desenie i kolory (fani docenią neonowe kąpielówki) z elementami współczesnymi jak koszulki z napisem czy wracające do łask Adidasy Gazelle. Marge grana przez Gwynteh Paltrow z pewnością doceniłaby luźne koszule stylizowane na męskie (tu kolejno ESTby eS., Zara i Altro by Patrizia Aryton) i rozkloszowane spódnice, z kolei boski Dickie Greenleaf gdyby był kobietą, ruszyłby do Solara po lniany garnitur, a kapelusik „porkpie” zamienił na miękki słomiany z większym rondem. Pozostaje nam niedoceniony Tom Ripley w tych nieszczęsnych neonach, na zawsze odebrałam mu sztruksową marynarkę, wręczając w zamian album o ówczesnym wzornictwie i parę „awiatorów”.

Istotne są kolory: soczyste, ale przełamane bielą lub pastelami. Jedwabne apaszki noszone we włosach, zabudowane kostiumy kąpielowe, które pozwolą nam wyjść poza „barwę wyjściową” (znów odwołanie do scenariusza) i obowiązkowo koszyki. Na zakupy u pięknej, nieszczęśliwie zakochanej Włoszki, zapas martini na łódkę (nazwaną „Bird” na cześć Parkera) albo jakieś zmyślne narzędzie zbrodni. Na zdjęciu brakuje tylko saksofonu i paru winyli. Dlaczego? Nie pytajcie, lećcie oglądać!

Rzym

Zdjęcie: Stary Browar

2

gru

Natychmiast!

To było marzenie mojego dzieciństwa. Robić zdjęcia i mieć je natychmiast, tu, teraz, obecne w dłoni i przed oczami. Gdy tylko zorientowałam się, o co chodzi w aparacie fotograficznym, nie mogłam doczekać się efektów. Miałam sześć lat, gdy mój tata podarował mi Smenę. Żadną lustrzankę, żaden automat. W sumie niewiele się różniła od camery obscury, której instrukcję wykonania z pudełka na buty znalazłam kiedyś w którymś z młodzieżowych magazynów, (którymi – jako osoba czytająca od lat najwcześniejszych – dodawałam sobie w swoim mniemaniu wieku i powagi). Minęły miesiące, zanim wypstrykałam trzydzieści sześć klatek filmu. I jeszcze trochę czasu, zanim na moim biurku wylądowały gotowe czarno białe odbitki. Ponieważ zdarzało się, że zapominałam przewinąć film (trzeba było to robić ręcznie), jedno ujęcie zawierało dwie lub nawet trzy sceny. Gdybym miała wtedy pojęcie o horrorach, z pewnością te wizje odcisnęłyby spory ślad na mojej psychice. Z czasem nauczyłam się ogarniać temat na tyle dobrze, że w szczytowym momencie zainteresowania fotografią potrafiłam sama wywoływać film i robić odbitki w zaciszu domowej łazienki. A potem pojawiły się aparaty cyfrowe, cud, objawienie i przekleństwo w jednym. Zamiast trzydziestu sześciu – trzysta sześćdziesiąt zdjęć z wakacji. Zamiast albumów – równe szeregi folderów na dysku. Oczywiście jest to wygoda, oszczędność miejsca i cennego czasu, ale gdzieś w tym wszystkim zgubiła się magia, która dawno temu mnie w tematy fotograficzne wciągnęła. Mam wrażenie, że któryś z twórców Instaxa musiał czytać w moich myślach. Bo nagle pojawił się aparat idealnie wpisujący w moje dziecięce fantazje. Efekty? Natychmiast! I żadne tam pożółkłe czy zaróżowione ujęcia, tylko ostre jak brzytwa odwzorowanie rzeczywistości. I dostałam go, dostałam! Rok temu, równo w Mikołajki od szanownego małżonka, który moją miłość do fotografii (jakkolwiek amatorska by nie była), dobrze zna i rozumie. Od tamtej pory…

harel-instax Czytaj dalej

8

lis

MINOU Cashmere

Zaczęło się od mojej pierwszej wizyty w Brukseli. Był rok 2001, a na ulicach dosłownie roiło się od kolorowych szalików. Nosiły je kobiety w czarnych płaszczach i sportowych butach, a swój egzemplarz można było kupić na każdym rogu. Kaszmir! Pashmina! Niepowtarzalne, oryginalne i… zaskakująco tanie. Jakżebym mogła sobie odmówić? Kupiłam więc „kaszmirowy” szal w intensywnym różowym odcieniu, który – jak szybko się okazało – ani za bardzo nie grzał, ani za bardzo nie wyglądał. Wychwalana „pashmina” okazała się ściemą podobnego kalibru jak „pierwszy butik Diora w Warszawie”, tajemniczej tkaniny nie dało się wyprasować, a blask odszedł w zapomnienie jeszcze przed pierwszym praniem. Nie mogłam wtedy wiedzieć o nieuczciwych zabiegach sprzedawców, a przede wszystkim producentów, którzy mianem pashminy określają surowiec, choć jest to tylko typ produktu. Sformułowanie „100% pashmina” na metce sprytnie omijało fakt braku jakiejkolwiek ilości kaszmiru w składzie. Ba, nawet o wełnie można było sobie pomarzyć! Dopiero jakiś czas później zrozumiałam, jak bardzo dałam się nabrać. Czy było pocieszające, że nie ja jedyna? Oczywiście nie kupiłam drugiego szalika, bo… w tamtym czasie mojego życia był po prostu za drogi. Ale obiecałam sobie, że kiedyś sprawię sobie taki klasyk z prawdziwego zdarzenia. Bo autentyczny kaszmir to jakość, której nie da się obejść, a kto raz miał z nim do czynienia, nie nabierze się nawet na najlepszą podróbkę. Przypomniałam sobie o tym wszystkim podczas spotkania z Natalią Rochacką, właścicielką i założycielką marki MINOU Cashmere, która postanowiła wprowadzić na polski rynek ręcznie tkane kaszmiry we wszystkich kolorach tęczy.

minou-cashmere-lookbook-2016-2

Czytaj dalej

8

paź

Sekrety Twin Peaks

Czy istnieje osoba, która choć raz nie słyszała o tym serialu? Nawet jeśli jakimś cudem nie miała okazji go obejrzeć, z pewnością kojarzy kadry, które na zawsze wpisały się w sentymentalny klimat lat dziewięćdziesiątych, choćby agenta Coopera w piaskowym płaszczu czy rząd wzdychających do niego dziewcząt w kraciastych plisowanych spódniczkach i kolekcji swetrów, które z powodzeniem wypełniłyby po brzegi niejedną szafę. W najgorszym razie pamięta się czerwoną aksamitną zasłonę i podłogę w czarno białe zygzaki – scenografię niejednego dziecięcego koszmaru, o ile miało się nieco szczęścia i wyrozumiałych rodziców, którzy nie przeganiali sprzed telewizora. Bo kochaliśmy te koszmary i czekaliśmy na ciąg dalszy, tydzień w tydzień. Liczba odniesień do akcji czy bohaterów serialu wciąż rośnie, podobnie jak coraz bardziej pokrętne interpretacje nierozwiązanej tajemnicy. I jakby tego było mało, pojawia się książka, która po dwudziestu sześciu latach od premiery serialu dostarcza nowych wrażeń. To dzieło współscenarzysty, Marka Frosta, łączące wydarzenia, które wszyscy dobrze znamy z tymi, które według wszelkich wieści ma przynieść rok 2017 i kontynuacja kultowego serialu. Treść książki jest objęta tajemnicą, żadnych egzemplarzy przedpremierowych czy fragmentarycznych przedruków. Premiera światowa zapowiedziana została na 19 października.

W związku ze zbliżającym się wydaniem „Sekretów Twin Peaks” w polskim przekładzie (pojawi się w księgarniach 23 listopada), Wydawnictwo Znak postanowiło połączyć to, co gdzieś w powietrzu zawsze połączone było, choć nigdy nie stanowiło głównego wątku, a mianowicie akcję serialu i modę. I tu wkracza dobra wiadomość dla wszelkich kreatywnych. Wraz z marką Mr. Gugu & Miss Go organizuje konkurs na projekt nadruku na koszulkę inspirowanego „Twin Peaks”. Zwycięski projekt zostanie wyprodukowany i trafi do sprzedaży jako specjalna limitowana kolekcja. Zdobywca pierwszego miejsca otrzyma zestaw unikatowych ubrań i gadżetów ze swoim projektem, pozostali laureaci będą mogli wybrać dowolne ubrania z asortymentu marki. Na wszystkich czekają też egzemplarze książki Marka Frosta.

Jestem posłańcem tych wieści oraz jurorem, natomiast wszelkie szczegóły i regulamin znajdziecie na stronie Wydawnictwa Znak. Odświeżamy pamięć i do dzieła!

frost_sekrety-twin-peaks