Maar. Pomarańcze nad basenem.

Trzydzieści elementów. Trzydzieści opowieści o wakacjach. Trzydzieści tęsknot za egzotycznymi podróżami. Tak bym opisała debiutancką kolekcję nowej polskiej marki, Maar, stworzonej przez Agatę Wojtczak i Antoniego Bielawskiego. Ich estetyka wymyka się jednak temu, co w ostatnich latach mocno zaznaczyło się na rynku biżuteryjnym jako wariacje na temat wakacyjnych suwenirów. Tam dzikie perły, tu kolorowe koraliki i mamy przepis na sukces (nic w tym złego, o czym niech świadczy sukces duńskiej Anni Lu czy greckiej Hermina Athens). Gdyby nie dyskretnie grawerowane na blaszce logo marki, moglibyśmy śmiało uwierzyć w manualne zdolności noszącej i nadmiar czasu, który poświęciła na wybieranie kamyczków i nanizanie ich na chirurgiczną żyłkę (najlepsza, polecam!). Ale nie. Maar to zupełnie coś innego, tu widać gołym okiem jubilerską precyzję i pomysł daleko wykraczający poza wyeksploatowane nieco, choć urocze „zrób to sam”. Mimo że wszystko powstaje wedle tej idei.

Agata i Antoni piszą, że niemal każdy element stworzyli sami. Pomógł jubilerski wosk, w którym rzeźbili autorskie formy, lecz także dostęp do technologii druku 3D (w mniejszym jednak stopniu). Postawili na tradycyjne techniki złotnicze, dlatego czas jest tu kluczowy – wykonanie niektórych detali zajmuje nawet kilkanaście godzin. Wycinanie, obrabianie, szlifowanie, polerowanie, a potem łączenie w zgrabną całość (choćby ręczne zakuwanie kamieni we wcześniej przygotowanych ramach). Wszystko wykonane jest ze srebra próby 925, a jeśli ma złoty kolor, to za sprawą pokrycia dwudziestoczterokaratowym złotem (na życzenie klientów biżuteria może powstać ze złota w całości).

Tytułowych pomarańczy nad basenem możemy szukać w intensywnym owocowym odcieniu karneolu (to kwarc z domieszką żelaza), a także nieregularnym błękicie chalcedonu. Jeśli chodzi o owoce w bardziej dosłownym ujęciu, w kolekcji pojawia się papaja – w formie wisiorka wypełnionego koralikami – pestkami. Nawet perły są tu dalekie od banału – zostały dodatkowo zakolczykowane: ozdobione srebrnymi kółeczkami, oczywiście asymetrycznie. A w związku z wybranym surowcem, żadna para nie będzie taka sama. Oprócz organicznych kształtów kamieni mamy też specjalnie nadane formy srebrnemu surowcowi. Rzeźbiarskie, nieregularne, przywodzące na myśl projekty grupy Memphis i im podobne, tak modne w ostatnim czasie (nie tylko na Instagramie). Żadnych oczywistości.

A skąd nazwa? Mimo pierwszych skojarzeń, wcale nie od morza. Nazwa marki przemyca w sobie dwie litery „A”, które odnoszą się do naszych imion, a także nawiązuje do maaru, czyli formy wulkanicznej powstałej w wyniku erupcji eksplozywnej. W obrębie niektórych maarów wydobywa się kamienie szlachetne, a część maarów wypełnianych jest przez wodę. Organiczne kształty jezior maarowych były dla nas inspiracją przy tworzeniu form wybranych projektów – opowiadają twórcy. Zatem nie dość, że nie ma tu banałów, to również brak przypadków. I bardzo dobrze. Do ulubionych!

Fot. Miłka Świtalska
Modelka: Marcela Cierkosz
Makijaż i fryzury: Kamila Jankowska
Stylizacja i scenografia: Agata Wojtczak

P.S. A poniżej wszystko do dokładnego obejrzenia. Może być nawet pod jubilerską lupą.

4 Comments

  • Jag
    Posted 17 sierpnia 2020 10:11 0Likes

    Przepiękna ta biżuteria i jak nie noszę pierścionków, tak z tej kolekcji na pewno przytulę jeden – ten z karneolem. Co ciekawe męczę teraz już końcówkę mojej pracy dyplomowej i opisuję gemmę zrobioną w karneolu właśnie. Miły zbieg okoliczności i dobry powód, żeby kupić coć z tej pięknej kolekcji 😀

  • Marta
    Posted 18 sierpnia 2020 13:53 0Likes

    Hej Harel! Przyznam, że trochę mnie ręce świerzbią, żeby zastanowić się nad tym instagramowym szaleństwem, które działo się na Twoim profilu. Przygotowywanie obserwatorów do przerwy, live w tym temacie, deklaracje, że Cię nie będzie i jednak szybki powrót, still w starym stylu. Który bardzo lubię i uważam, że dostarczasz mnóstwa wartościowych treści. Zastanawia mnie tylko, po co zapowiadać szumnie coś, co jest krótkotrwałe, niestałe, a ostatecznie wraca do punktu wyjścia. Czy nie lepiej jest po prostu wyłączyć IG na tyle, na ile się potrzebuje? Bez zapowiedzi, bez deklaracji? I wrócić, wracać, kiedy się tego chce? Tak o tym myślę. Oczywiście nie oczekuję żadnych tłumaczeń. Dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Po prostu nie zrozumiałam, po co i dlaczego, skoro nawet nie odczuliśmy za bardzo, że Ciebie nie ma (bo bywałaś). „Judyta, nie dramatyzuj” – jak mawiał klasyk! 🙂

    • harel
      Posted 19 sierpnia 2020 18:17 0Likes

      A to ciekawy punkt widzenia, dzięki za podzielenie się nim!
      Tak jak mówiłam, nie sądziłam, żeby obserwatorzy szczególnie odczuli moją
      nieobecność i najwyraźniej tak właśnie było. Mówiłam też, że nie wiem, na jaki czas znikam, zapowiedź pozwoliła mi uniknąć zapchanej skrzynki z pytaniami, co się dzieje (a już parę razy mi się tak zdarzyło, jeszcze w czasach samego bloga – nie polecam). I tyle. Odpoczęłam, wróciłam, podzieliłam się wrażeniami (zdjęcie z psem i piżamą na Instagramie jakby co) i zupełnie inaczej rozkładam teraz siły. I wreszcie korzystam z Insta w sposób, który mnie satysfakcjonuje. Ale znów – obserwatorzy tego pewnie nawet nie zauważą, a ja jestem super zadowolona z ogromnej zmiany, jaką udało mi się wprowadzić.

      • Kate
        Posted 22 sierpnia 2020 07:42 0Likes

        O nie, ja zauważyłam bardzo! I Twojej insta-obecności bardzo mi brakowało, bo takich wartościowych kont jest naprawdę bardzo mało – o czym na pewno sama wiesz. Chociaż z drugiej strony, jak zapowiadałaś swoją nieobecność (a też myślałam, że będzie ona dłuższa), to zmotywowałaś mnie, żeby zaglądać częściej tutaj na bloga (i jeszcze newsletter!) 🙂 Więc teraz, jak już znów jesteś na insta, mam więcej treści – i za to bardzo dziękuję <3

Leave a Reply

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu