Siedem wspomnień.

Oto krąg, który właśnie zatoczył się w pełni i przywiódł mnie do kilku fantastycznych wspomnień, związanych zarówno z własną garderobą, jak i dawnymi fascynacjami, które – jak to w modzie bywa – znów wracają. To trochę jak powtórne (już nie liczę, które) oglądanie „Przyjaciół”, wertowanie zebranych w piwnicy magazynów sprzed dwudziestu paru lat czy tworzenie nostalgicznych tablic na Pintereście. Zwykle myślę sobie wtedy, że trafię na być może w jakimś sensie wzruszające, lekko przeterminowane obrazki, a zawsze zaskakuje mnie, jak bardzo one wszystkie wpasowują się w czas obecny. Rozmyślania zainspirowała jesienna kolekcja Reserved Re.Design pt. „Togetherness”. To rzecz mocno nawiązująca do przeszłości, zresztą śledząc kolejne jej odsłony można zauważyć, że jej twórcy niemal zawsze znajdują konkretny punkt w czasie, wokół którego komponują całość. Tym razem sięgają do lat dziewięćdziesiątych i ówczesnego trendu, zwanego nowoczesną kobiecością. Wówczas to estetyka Petera Lindbergha, garderoba Carolyn Bessette-Kennedy czy Gwyneth Palthrow, która jako jedna z pierwszych ośmieliła się wyjść na czerwony dywan bez rajstop. Dziś – zebrane w zgrabną całość elementy, wręcz zachęcające do wypowiedzenia słów: „Kiedyś to miałam!”, jednak bez chęci pogoni za straconym czasem. A ujęte w dynamiczne kadry przez Bartka Wieczorka. Zebrałam je w siedem trendów/wspomnień, które świetnie działały kiedyś, a teraz zwycięsko powracają.

  1. Połysk na co dzień. Lureksowa nitka, cekiny, satynowe wykończenie – czyli wszystko, czego teoretycznie nie powinno się zakładać, szykując w poranną podróż autobusem lub rowerem. Tknęło mnie jakieś dwa lata temu w Kopenhadze, gdy w koncepcie Superlove zauważyłam srebrzące się i złocące sweterki w fasonach zupełnie zwyczajnych. Tu golf, tam kardigan, trochę marynarskich pasków, ewentualnie delikatne marszczenia przy ściągaczowych mankietach. Ale to tyle, dżinsy, płaszcz przeciwdeszczowy, rower czy hulajnoga i jedziemy przed siebie. Bo oczywiście gdy tylko wyszłam z tego sklepu, zaczęłam lureksowe nitki dostrzegać wokół siebie. A dziewczyny w Kopenhadze potrafią się nosić jak mało kto. Dziś lureksowa nitka zdobi projekty takich marek jak Chloé, Saint Laurent, Balmain czy Gucci
    Bieliźniane, satynowe sukienki? To również Skandynawia, z marką Ganni na czele. Ale dużo wcześniej Kate Moss i śmiałe wprowadzenie bielizny na salony. Rzecz najlepiej sprawdzała się w wersji zbuntowanej, zatem raczej Courtney Love i Drew Barrymore, niż typowo buduarowe połączenia. Perfekcyjnie przywołał ten motyw Jacquemus w kolekcji pod tytułem, nomen, omen „L’Année 97” na tegoroczną jesień. Były i bieliźniane sukienki, i gorsetowe topy (a nawet dwa w jednym), w większości w dalekich od typowo jesiennych, jasnych kolorach.
    Cekiny to chyba najbardziej dyskusyjna sprawa, jeśli chodzi o porę dnia przed południem, choć swego czasu Isabel Marant robiła, co mogła, by cekinowe rurki wskoczyły na miejsce zwyczajnych dżinsów. I momentami nawet jej się udawało. Przewrotnie cekinowy kombinezon pojawił się w tegorocznej jesiennej (i – co często się dodawało – apokaliptycznej) kolekcji Balenciaga. W codzienność wplatają je m.in. Bottega Veneta i Dries van Noten (cekinowe rękawiczki do grubej wełnianej koszuli – genialne). Ja jednak wolę zostać przy porze wieczorowej, o ile okazja zakłada pozycję stojącą (mało jest tak przykrych rzeczy w modzie, jak siadanie w cekinowej sukience…).
    Ach, jeszcze połyskująca odzież wierzchnia. Niekoniecznie od razu złociste puchówki, ale choćby taka ocieplana marynarka jak u Prady, mocno zebrana w talii paskiem czy skórzane płaszcze – najpiękniejsze klasyki mieliśmy w tym sezonie w kolekcji Hermès, zdecydowanie.

  2. Kwadratowe noski. Dawno, dawno temu, a dokładniej pod koniec roku 2002 postanowiłam kupić sobie pierwsze szpilki. Studniówkę przetańczyłam w Martensach, egzaminy na studiach zdawałam w obuwiu płaskim (czasem były to te same buty, co na studniówce), ale idea zorganizowania eleganckiego sylwestra przeważyła szalę. Poszłam do blaszaków pod Pałac Kultury i kupiłam coś, co za kilka miesięcy stało się totalnym ohydztwem i trwało w tym stanie do momentu, w którym koreańska marka Yuul Yie przywróciła toto do łask, czyli do roku 2016. Tu współpraca ze wschodzącą gwiazdą londyńskiej mody, Rejiną Pyo (z pochodzenia Koreanką), tam jedna czy druga influencerka i nagle brzydkie znów stało się piękne. Szybko zawtórowała w zachwytach bułgarska marka By Far, bez żadnego obciachu przywołując rząd butów mierzonych przez Charlotte w słynnym odcinku SATC pt. „La Douleur Exquise!” (kto nie zna, niech nadrabia), a dodatkowo nadając im ostre kolory. Kwadratowe noski dziś? Nic dziwnego, nic strasznego. No, może dopóki nie rozłażą się trapezowo na modłę kaczych płetw. Choć kto wie, co za chwilę się nam spodoba?

  3. Rozszerzane nogawki. Kto pamięta jesień 2014 i telepatyczne dzieła Phoebe Philo, Stelli McCartney i Marca Jacobsa? Nie dość, że rozszerzane, to jeszcze dzianinowe – czy można w tym wyglądać dobrze? Pełzały sobie te spodnie, co jakiś czas wydobywając się z ukrycia, aż nagle, jesienią 2020 wskoczyły do pierwszej dziesiątki listy przebojów, czy nam się to podoba, czy nie. I podobnie jak sześć lat temu towarzyszą im pasujące góry (o czym więcej za chwilę). Kiedyś mówiło się na nie „dzwony”. Dziś zauważyłam chętniej używany angielski odpowiednik, czyli „flares” czy „flared pants”. Cóż, po tym, jak słowo „longsleev” weszło do powszechnego użytku, niewiele mnie może zaskoczyć… A swoją drogą takie dzianinowe dzwony po raz pierwszy widziałam w archiwalnym numerze bodaj Burdy z lat siedemdziesiątych. Zrobiłam pół nogawki, mając lat trzynaście, i dalej już nie brnęłam…

  4. Miś. Kojarzy mi się z jednym. Moja babcia uszyła sobie taki płaszcz z… pluszowej zasłony. Ale ona w ogóle miała zdolności do przerabiania elementów wnętrzarskich na ubrania i w drugą stronę (poduszki ze spódnicy na przykład). Z pomocą krawcowej powstawały rzeczy niepowtarzalne. I naprawdę bardzo ładne. Z misiowym płaszczem i od razu z sukcesem powróciła marka MaxMara w 2013 roku.

  5. Goły brzuch. Hit blogerek, he he. A już poważnie, całkiem przyjemny, ciałopozytywny element minionych wakacji. Dawno nie widziałam na ulicach tylu brzuchów. Swój własny też wyprowadzałam na spacer, nie jakoś mocno odsłonięty, ale już fakt, że t-shirtu nie naciągałam na pośladki, mówi sam za siebie. Brzuchy owe wcale nie musiały wyglądać jak kaloryfery. Bywały i mięciutkie, i wysportowane, wystające i wklęsłe, opalone i blade. Migały spomiędzy spódnic czy szortów z wysokim stanem a krótkich koszulek lub topów na ramiączkach, wieczorami okalane dżinsową kurtką lub obszerną marynarką. Tak, lato należało do brzuchów. Zresztą co się dziwić, na pokazach jesiennych, które przecież na wiele miesięcy przed latem się odbyły, brzuchy występowały hurtowo. Wspomniany Jacquemus to jedno, wtórujący mu Marc Jacobs (co ciekawe, wtóruje również w kwestii trójkątnych chustek na głowę), kultowa Khaite z kaszmirowymi stanikami czy bardziej fantazyjni, asymetryczni Proenza Schouler przypieczętowują nagą prawdę.

  6. Komplety. Kiedyś raczej obciach, nie licząc garniturów i tego momentu na przełomie wieków, gdy można było sobie dopasować nawet polarową bluzę ze spódnicą. Obronną ręką wychodziła chyba tylko Miuccia Prada, która zresztą w kolekcji na lato 2009 zaprezentowała coś, co teraz, po dekadzie przywołują projektanci kolejnej fali. Komplety opanowały wybiegi zarówno wiosenne, jak i jesienne, w pary dobierają się góry i doły, nie obawiając nudy. Gdy zaglądam dziś do swojej szafy, stwierdzam, że w życiu nie miałam tylu kompletów, co teraz. Jest zarówno typ piżamowy, jak i wełniana marynarka ze spódnicą, a nawet dopasowane kolorystycznie sweterki – ekonomiczna wersja stroju Katie Holmes, określonego przez Vogue mianem viralowego. Niektóre sklepy internetowe wprowadziły nawet specjalną kategorię z kompletami, a to już poważna sprawa.

  7. Sukienka na spodnie. Przypomina mi to pierwsze wrażenia z pobytu w Brukseli, gdzie dane mi było zamieszkać w 2003 roku. Nie było wówczas jeszcze blogów z modą uliczną, a do zdjęć Billa Cunninghama nie miałam dostępu. Za to wyglądałam przez okno. I chodziłam na długie spacery. I zbierałam wszelkie inspiracje w odręcznie pisanym dzienniku. Kobiety w Brukseli nosiły wtedy buty sportowe do eleganckich strojów, wielkie kolorowe szale, ciasne aksamitne marynarki i sukienki lub spódnice do spodni. Szybko zauważyłam, że była to po prostu kwestia przenikania się różnych kultur, które w tym mieście łączyły się w wyjątkowy sposób. Trendy tworzyły się tam organicznie, wymykały schematom, może też jeszcze człowiek nie był świadomy problemu kulturowego przywłaszczania. Rok 2020? To już nic nowego w kwestii tego rodzaju warstw w stroju, jeśli chodzi o wybiegi, natomiast odnoszę wrażenie, że dopiero niedawno zareagowała na nią ulica, skandynawska w szczególności. Nieprzekonanym pozostaje długi kardigan, może być w towarzystwie spodni z tego samego materiału, łącząc wspomnienie nr 6 i nr 7.

A tak wszystkie te wspomnienia wyglądają razem. Tytuł kolekcji, „Togetherness”, idealnie się z moimi wrażeniami spotkał. Na koniec taka ciekawostka. Tym razem sesja wizerunkowa nie była dzielona na damską i męską. Zamiast dzielić sesją wizerunkową, postanowiono pokazać siłę i emocje towarzyszące poczuciu przynależności do grupy. Nawet w kontekście mody. Wspólne przeżywanie wzbogaca nas duchowo i otwiera na świat – czytamy w informacji prasowej. Mam nadzieję, że tęsknota za towarzyskimi okazjami szybko stanie się wspomnieniem, jednak nie takim, które chciałabym tu kiedykolwiek przywoływać. Tym optymistycznym akcentem…

Leave a Reply

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu