Najwyższy stopień uznania cz. 1.

Tak, oczywiście chodzi o naśladownictwo. Bo dziś co nieco o markach, które zazwyczaj są pierwsze. Warto je obserwować, przecierają szlaki innym, wysyłając w modną przestrzeń swoiste sondy, które w znakomitej większości przypadków przyjmują się natychmiast. Owszem, sondy te przechodzą całą obowiązkową ścieżkę trendu, główny nurt osiągają jednak szybciej niż zwykle. Wiadomo, internet. Zdarza się, że sieciówki kopiują je jeden do jednego. I to bezkarnie. Dlaczego? Bo projektanci marek, które za moment przedstawię, nie odkrywają Ameryki. Sięgają do sprawdzonej przeszłości albo odległych kultur, by zaskoczyć nasze oczy czymś dawno nie widzianym, a jednocześnie niezwykle przyjemnym. Na jednej rzeczy się nie kończy, to całe grupy zjawisk, doskonale skomponowane, składające się na wyrazisty styl, od którego można się uzależnić. I nagle metka zaczyna mieć znaczenie. Od paru sezonów powtarzam, że trendy w takim wydaniu, w jakim je znamy, już się skończyły. Nie ma jednego słusznego modelu dżinsów, nawet zjawisko „it-bags” znacznie spowolniło (i całe szczęście). Co zamiast tego? Kult marki. Dlatego prędzej będzie modne coś w stylu, dajmy na to, Bottega Veneta niż konkretny fason uparcie powtarzany na wybiegach. Nie przeczę, że fasony się nie zmieniają i zupełnie nie kształtują danego sezonu, zauważcie jednak, jak bardzo wsiąkamy w estetykę tego czy innego domu mody lub nawet niedużej firmy odzieżowej. I potem w takiej Zarze czy H&M mamy cały dział a’la Jacquemus czy Isabel Marant (przy okazji polecam konto instagramowe FASHIONCLONES – jego założycielka fenomenalnie tropi wszelkie inspiracje, w cudzysłowie lub bez). A ponieważ od pewnego czasu zachęcam Was do poszukiwań we własnych szafach przed wyprawą na zakupy, to, czego dziś się ode mnie dowiecie, może Wam pomóc odnaleźć drogę na skróty (tak, jest coś szybszego niż szybka moda – to nasza zdolność korzystania z gotowych zasobów).

Klony z sieciówek. Zdjęcia: Instagram @rosa_hf

Przed Państwem siedem marek, które zawsze są o parę kroków do przodu. Bądźmy sprytni i obserwujmy bacznie, co serwują, by zabawić się modą, zanim zaczną robić to inni. A przecież wiadomo, że to sens naszego życia, he he.

Khaite. Komu świta kaszmirowa braletka w komplecie z obszernym kardiganem wspólnie otulające opalone ciało Katie Holmes na nowojorskiej ulicy? Tak, słuszne skojarzenie, bo od tego zdjęcia zrobionego przez paparazzi zaczął się szał na markę. Wcześniej może nie niszowa, lecz doceniana przez koneserki jakości (oraz kilka influencerek), bazująca na zapomnianych fasonach (jak na przykład sweter z wykładanym kołnierzem w stylu późnych lat dziewięćdziesiątych czy dżinsy typu bootcut, zanim wróciły do gry albo marszczone sukienki z szeroką falbaną – żywcem zdjęte z trzydziestoparoletniej Barbie), stawiająca na wysoki gatunek surowców (i równie wysokie ceny, od samego początku), ale też mocno zaznaczająca się w teraźniejszości charakterystycznymi i niebanalnymi detalami. Catherine Holstein założyła markę w 2016 roku. Początkowo porównywana z The Row czy Céline, szybko uniezależniła się od opinii innych, budując estetykę, której nie da się obecnie pomylić.

Rok temu Holstein w rozmowie z brytyjskim Vogue przyznała, że wspomniana na początku braletka była przedmiotem dyskusji z firmowym merchandiserem i mało kto, oprócz samej właścicielki, wierzył w powodzenie akurat tego fasonu. Po sytuacji z Katie Holmes na tę jedną rzecz tworzyły się listy oczekujących. Czy muszę dodawać, że w sieciówkach zaroiło się od kopii, a w niektórych sklepach internetowych pojawiły się osobne działy z podobnymi kompletami?

Khaite to nie tylko ubrania, dekolty w kształcie serca, linia empire czy dawno nie widziane marszczenia na całej długości sukienek czy spódnic. To również dodatki, w tym kozaki i botki na cofniętym obcasie, również powtarzane w sieciówkach dosyć dosłownie. I torebki w stylu vintage (tu zresztą pojawiły się słuszne uwagi o zbytnie podobieństwo do tzw. „Old Céline”) – dziś tak pożądane, a jeszcze kilka sezonów temu powodujące co najwyżej uniesienie brwi. Co dalej? Czekam z niecierpliwością na jesienną odsłonę, by następnie z satysfakcją obserwować, jak inni podążają tymi samymi krokami.

By Far. Markę stworzyły bliźniaczki Sabina Gyosheva i Valentina Ignatova wraz ze swoją przyjaciółką, Denitsą Bumbarovą. Zaczęło się w 2016 r. w Bułgarii, ale – dzięki sile mediów społecznościowych – szybko rozeszło po całym świecie (wg bułgarskiego portalu biznesowego Endeavor w 2019 roku ponad 90% klientek zostało pozyskanych przez Instagram). Początkowo były buty, chwilę później torebki. I to właśnie one doprowadziły nie tylko do dzikiej popularności By Far, lecz zmiany całej estetyki – i to w głównym nurcie (mam na myśli zarówno sklepy, jak i sam Instagram). Kwadratowe noski, obcasy „kaczuszki” czy torebki „bagietki” (w tym bestseller, model Rachel, nazwany oczywiście na cześć bohaterki serialu „Przyjaciele”) zaczarowały najpierw nieustraszonych ludzi mody, by dziś migać na półkach nawet w Primarku. Nie wspominam nawet o AliExpress, gdyż tam podróbki By Far ilustrowane są oryginalnymi zdjęciami. Hmmm… właśnie wspomniałam. No trudno, wierzę w Wasz zdrowy rozsądek. Na laurach żadna z założycielek nie spoczywa, wciąż zaskakując nowymi modelami (wciąż równie pożądanymi), ale też budując wokół marki tzw. By Far World, którego zwieńczeniem jest magazyn online pod tą samą nazwą. Dziś marka zbliża się coraz bardziej do estetyki Y2K, podejrzewam, że jak tak dalej pójdzie, lada moment Paris Hilton na nowo stanie się ikoną mody. A w końcu moda żyje zmianą, czyż nie?

Ganni. Tyluż ma zwolenników, co przeciwników, odnoszę wrażenie. Duńska marka, o której pisałam tu wiele lat temu, podając za przykład firmy, która bazuje przez wiele sezonów na tych samych fasonach, zmieniając tylko kolory czy desenie, dziś jest na szczycie. Znak rozpoznawczy? Od paru lat to duży, ozdobny kołnierzyk, czy to jako element koszul i sukienek, czy całkiem osobny byt, do noszenia z czym chcemy (pojawiła się nawet opcja pikowana, do skompletowania z kurtką lub płaszczem). Kołnierzyk ów wyprzedził nawet w pewnym momencie Miu Miu i Gucci, które nieco później dołączyły do tego przegiętego neoromantyzmu. I sukienki, oczywiście, barwne, śmiałe i wygodne. Bo – co miałam okazję wielokrotnie sprawdzić – projektowane są tak, by można było bez problemu przemieszczać się w nich na rowerze. Tak, nawet te wieczorowe wersje świetnie się do tego nadają.

Co zawdzięczamy Ganni? Z pewnością odczarowanie wzoru w cętki. Już nie Pani Robinson, a dziewczyna z sąsiedztwa. Przyznam, że sama w końcu się odważyłam, zaczynając od luźnych szortów na gumce, przez dżinsy rurki, mini torebkę po wielgachne sukienki do ziemi. Trochę mnie nawet zaniepokoiła taka liczba panterkowych elementów w szafie, ale cóż… w końcu czuję się w nich dobrze, a jeśli zwracają na siebie uwagę, to dziką radością, nie aspektem uwodzicielskim. Ganni to również powrót kaloszy (praktycznie identycznych jak te żeglarskie, tylko z dziesięć razy droższych), butów traperów czy wędkarskich kapeluszy. I zaskakującej (również dla mnie) zgody na widoczne logo.

Estetyka Ganni rządziła jesienią m.in. w H&M, gdzie całe witryny były skomponowane z ubrań w tym stylu. Duże kołnierzyki z falbanką, ozdobne guziki z kryształkami przy swetrach, cętki, rzecz jasna, w tym przeskalowane też, bufki, falbany, radość. Polecam jednak przeglądać sklepy vintage, ostatnio ktoś mi na Vinted zgarnął sprzed nosa genialny sweter z kołnierzykiem identycznym jak poniższy, tylko dzianinowym. Za grosze, rzecz jasna. Bo Ganni czerpie garściami z przeszłości, tylko serwuje ją w sposób znacznie bardziej atrakcyjny niż ciucholandy, wiadomo. Bądźmy sprytniejsi!

Totême. Czyli można być blogerką i z sukcesem prowadzić markę odzieżową. Ufff, dobrze wiedzieć. Żarty na bok, szanowni Państwo, oto Elin Kling, szwedzka influencerka, założycielka magazynu Style By, pierwsza blogerka, która stworzyła kolekcję dla H&M (pisałam o tym… dziesięć lat temu! Jak ten czas pędzi!), a następnie, w 2014, wraz z Karlem Lindmanem otworzyła własną markę, Totême właśnie. Było to nowe spojrzenie na starą dobrą klasykę. Nuda – mówili niektórzy. I to nuda w absurdalnej cenie. Tu jednak, podobnie jak u Khaite, kartą przetargową okazała się jakość. Kling, nie tylko jako blogerka, lecz przede wszystkim prowadząca pismo o modzie, świetnie wiedziała, co będzie się sprzedawać. Co sezon w Totême pojawia się jakiś bestseller, który doczekuje się niezliczonych wersji u innych. Tak było choćby z charakterystycznym literowym nadrukiem, zdobiącym zarówno ubrania jak i jedwabne apaszki, marszczoną sukienką Coripe czy wcześniej – z koszulą Liry z postawionym kołnierzykiem i szerokimi krótkimi rękawami. Modele nie odchodzą wraz z danym sezonem, a jakimś cudem ta „nudna marka” wcale się nie nudzi i wciąż ciężko jest upolować niektóre z nich, mimo ciągłych dostaw.

Kling przywróciła do łask obszerne zimowe płaszcze (choć tu pewnie będą się z nią spierać siostry Olsen), buty oficerki, a także dopasowane w talii koszule, tak długo będące synonimem złego smaku (prawdopodobnie dlatego, że zwykle noszone o dwa rozmiary za małe niż trzeba, ale to już temat na inny tekst). Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek pojawił się tu kolor bardziej krzykliwy niż denimowy błękit (ironia). Ta oszczędna paleta kolorów i klasyczne fasony inspirują kolejne nowo powstające marki. Czy jednak to wystarczy, by odnieść sukces? Co my możemy stąd wyciągnąć, to sięganie po większe rozmiary i łamanie konwencji pięknym paskiem na przykład.

Bimba y Lola. Uwielbiam podróże do Hiszpanii i te wszystkie cudowne kobiety spotykane po drodze, dumnie dzierżące w ręku kolorowe torebki z wyrazistym logo. I zawsze marzy mi się taka marka w Polsce (wyłączam z tego marzenia Anię Kuczyńską, ponieważ jej logo spotykane co i rusz poniekąd spełnia tę wizję): kolorowa, bezkompromisowa, z nowym pomysłem na siebie co sezon, a jednocześnie spójna i konsekwentna. Z cyfrową estetyką rodem z przełomu tysiącleci wyprzedziła nawet dom mody Balenciaga, warto śledzić nie tylko same kolekcje, ale przede wszystkim sposób ich komunikowania. Kosmos, surfing, wirtualna rzeczywistość – tematy wyjściowe traktowane są kompleksowo, ale też niedosłownie. Nagle zatem możemy trafić na sukienkę zadrukowaną nieistniejącymi planetami albo dżinsową koszulę z wzorem… złowrogiej płetwy rekina. Ostrzegam, zdarza się, że w sklepie internetowym zamiast modelki ubrania prezentuje kot albo… kaktus. I to tak pojedynczo, z zaskoczenia. Może też dlatego tak lubię ten sklep odwiedzać. Nawet jeśli nic nie kupię, humor od razu mam lepszy.

Znaki szczególne? Obłędnie kolorowe plecione torebki, galanteria w ogóle w kolorach mało praktycznych, ale kto by się przejmował. Buty, których naprawdę nie ma nikt (nawet sieciówki mają problem, by je podrobić), ale też całkiem zwyczajne dżinsy dobrej jakości. I apaszki, wprawdzie głównie z poliestru, ale za to jak obrazy. Najnowsze wieści? Klapki na koturnie. Miałam takie w 1998 roku i wciąż się trochę tego wstydzę. Za to Spice Girls czy TLC z pewnością by się ich nie powstydziły. Ostrzegam, za moment znów nam się spodobają…

Rouje. Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś. Kwintesencja do kwadratu. Jeśli miałabym narysować typową mieszkankę Paryża, nosiłaby Rouje od stóp do głów. Znów mamy do czynienia z marką założoną przez influencerkę. Jeanne Damas wpadła na pomysł zebrania wszystkich najbardziej typowych paryskich fasonów w 2016 roku. Zaczęło się od kopertowej sukienki Gabin, która dziś jest bodaj najbardziej podrabianą (czyt.: inspirującą) na świecie. Ale czy faktycznie podrabianą, skoro fason opiera się na klasycznej kopercie z lekko bufiastymi rękawami? Identyczną sukienkę udało mi się wielokrotnie już upolować w sklepach vintage, Jeanne nie robi więc awantur, tylko dokłada kolejne przepiękne modele z solidną przeszłością w tle. Do sukienek dołączyły sweterki, potem dżinsy z wysokim stanem oraz akcesoria. Dziś Rouje to samowystarczalny świat, w którym nawet szminka się znajdzie (oczywiście w jednym z typowych paryskich mocno czerwonych odcieni). I znów taka estetyka, na bazie której powstają nie tylko kolekcje, lecz całe marki.

Była tu parę lat temu przykra wpadka z poliestrem w cenie jedwabiu (pechowo akurat wtedy, gdy podjęłam decyzję, że jednak stać mnie na jedną sukienkę – sporo wtedy zaoszczędziłam, zachowując zdrowy rozsądek). Składy bywają różne, siła marki jednak wciąż wygrywa. To tu pojawiły się obszerne kraciaste marynarki, tutaj też zaczęła się moda na urocze kardigany z krótkim rękawkiem czy plecione sandałki, które z ulgą pożegnaliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych. Jeanne nie obawia się odrobiny kiczu, bo w paryskim wydaniu on i tak będzie się podobał. Zdarzają się więc sztuczne koronki, naiwne lamówki czy żakardowe swetry rodem z szafy Lady Di. Jednego dnia się skrzywimy, by następnego sprawdzać, czy cokolwiek jeszcze zostało.

The Frankie Shop. Zaczęło się stacjonarnie w Nowym Jorku i w Paryżu. Autorsko i gościnnie, bo Frankie to spora kolekcja uzupełniana w elementy innych marek czy projektantów. Na tyle konsekwentnie, byśmy nie zauważyli żadnej różnicy. To tu należy szukać początków szału na t-shirt z poduszkami, tak modny zeszłego lata czy dzianinowych kompletów idealnych zarówno do przemieszania się po mieście, jak i leżenia na kanapie. Tutaj też rozkwitła fascynacja cielesnymi projektami Anissy Kermiche, bowiem sklep ten ma również ofertę wnętrzarską. Gośćmi bywają wspomniane wcześniej By Far czy Ganni, Nanushka, Kassl, Rotate. Tematem przewodnim jest luksusowy, nowy minimalizm, który nawet trochę już do znudzenia uparcie pojawia się na wielu kontach instagramowych. Dopóki jest miły dla oka, niech mu będzie. Bardzo cicho podpowiem, że jeśli ktoś szuka pomysłu na własny sklep, może się tutaj bardzo dużo nauczyć.

Ciąg dalszy z pewnością nastąpi, bo mam w notatkach jeszcze trochę atrakcji. Na razie kończymy część pierwszą, zainspirowani, mam nadzieję, na tyle mocno, by raźnie dotrwać do weekendu.

Leave a Reply

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu