Eksperyment.

Sporo piszę i mówię o samoakceptacji, o zmianach, o ciele, o normalizacji wszystkiego, co warto normalizować w tej kwestii. Nie znaczy to jednak, że daleka jestem od wątpliwości. Co pewien czas nawet mnie, takie radosne i pogodzone stworzenie, dopadają znienacka. Zwykle są powiązane z historiami, których nigdy do końca nie byłam pewna. Wiecie, takie sprawy poza strefą komfortu, które wygodnie się ułożyło i więcej do nich na wszelki wypadek nie wracało. Ale one wciąż tam tkwią i nawet jeśli nie patrzę w ich stronę, to mam świadomość, że nie zniknęły. Otóż na przykład jak miałam lat kilkanaście postanowiłam, że i tak nie będę nosić mini, to co za różnica, czy mam uda w stanie miękkim czy naprężonym? A gdy minęła dwudziestka, doszłam do wniosku, że pora zakryć ramiona na dobre, bo nie chcę być zbytnio wyzywająca. Tak, jestem teraz całkowicie poważna. Wiadomo, to nie takie dalekie od rzeczywistości, bo ogromny biust plus odkryte ramiona równa się wyraźny sygnał dla ludzi pierwotnych: oto idzie samica, którą należy natychmiast zapłodnić. Tak, dosadne. Ale z tego bierze się większość problemów z ciałem, ocenianiem, pewnością siebie. Bo człowiek dawno temu właśnie po wyglądzie drugiego stwierdzał, czy jest w niebezpieczeństwie lub czy może przedłużyć gatunek. W roku 2021 tych ocen już nie potrzebujemy, ale wytłumaczcie to tym, którzy je wciąż wydają…

Wracając do mojej strefy komfortu, miniony tydzień spędziłam pod znakiem przekraczania granic. Zaczęłam od prostego zabiegu. Po prostu wyszłam z domu bez makijażu. Nie na spacer z psem, nie „po bułki do sklepu”, ale na kilka spotkań i to umówionych w miejscach, w których będzie mnie widać. Zero poprawek, nawet lekki krem BB poszedł w odstawkę. Na twarzy jedynie filtr UV. 

Dzień drugi: odsłaniamy blade nogi. Przez mało sprzyjającą pogodę odstawiłam na jakiś czas balsam brązujący, aż tu nagle bum! I mamy lato. Jeśli w ogóle miałabym mówić o jakichś kompleksach, to te nogi nieopalone naprawdę mnie hamują. Muszę mieć choć odrobinę słońca na skórze, czy prawdziwego, czy sztucznego, pal sześć. A tu nagle szorty i bez dyskusji.

Trzeciego dnia powróciłam do ramiączek. Akurat dostałam przepiękną czarną sukienkę marki Osnowa, z kwadratowym dekoltem z przodu i mocno wyciętymi plecami. Wsiadłam na rower i pomknęłam przed siebie. I naliczyłam zaledwie dwóch oblizujących się panów (a być może oni właśnie coś jedli i stąd reakcja?). Czułam się tak, jakbym zapomniała się do końca ubrać, bo jednak co innego świecenie ramionami na imprezie ze znajomymi, a co innego miejskie rowerowe wycieczki w godzinach szczytu. 

Czwarty dzień upłynął mi na wolności totalnej, bo pożegnałam się ze stanikiem. Żeby było trudniej, zdecydowałam się na biały t-shirt. Nie to, że jakiś super prześwitujący, ale można było dostrzec ten ruch, który zwykle przez biustonosz jest zdyscyplinowany. 

A na koniec wyszłam z domu w piżamie. Wprawdzie dołożyłam elegancki szeroki pasek i ambitną torebkę, ale jednak… Co z tego, że piżama w kultowe kwiaty Marimekko i że w sumie pomyślana tak, by działać przez 24 godziny? Największe ograniczenie tkwiło w mojej głowie.

I tu dochodzimy do sedna, a naukowcy wciąż przecierają oczy ze zdziwienia. Czy wiecie, że absolutnie nikt nie zwrócił na mnie uwagi? Nie liczę wspomnianych panów. Uwagi w tym sensie, jakiego boimy się najbardziej. Czyli nikt nie spytał „co autorka miała na myśli”. Ale też nie dostałam żadnego komplementu. I wiecie, co mi to uświadomiło? Że same stawiamy przed sobą tyle przeszkód najróżniejszych, najczęściej zupełnie niepotrzebnych. A zaskakująco łatwych do pokonania, gdy już zdecydujemy się stawić im czoła. 

Cały eksperyment ukoronowałam, wrzucając dziś na Instagram swoje zdjęcie z plaży. Zwyczajne, ot, radość z wakacji w kostiumie kąpielowym. Czy niekorzystne? Zależy, co mamy na myśli. Czy widać na nim niedoskonałości? A co to znaczy? Co to są niedoskonałości? Kto je ustala? Co jest niedoskonałością, a co wadą? A co zaletą? Czy odpowiedź znajdziemy w Sevres? Nie sądzę. W sumie najbardziej się wstydziłam tego, że stoję na zdjęciu tyłem i ktoś może sobie pomyśleć, że lekceważąco wypinam w jego stronę pośladki. Nic takiego oczywiście się nie stało. A jak od momentu publikacji zdjęcia dostaję nieprzerwane podziękowania. Za co? Chyba za to, że zrobiłam coś najbardziej naturalnego pod słońcem, czyli spontanicznie cyknięte zdjęcie umieściłam w sieci. Bez podtekstów, bez przesłania. A jednocześnie z mocnym przesłaniem, by nie bać się naturalności, zwyczajności, codzienności. Doskonale wiem, że jestem piękna. Wiem też, że dziś jest mnie kilkanaście kilo mniej. Czy wyglądam lepiej? Lepiej niż kto? Przecież to wciąż ja. 

Bywa, że jestem bardziej zmęczona. Zdarza się, że stres odciska wyraźny ślad czy to pod oczami, czy nawet zaburzając zdrową kolorystykę mojej skóry. Czasem ubiorę się byle jak. A czasem nie mam siły nawet o tym myśleć. Ale… Przecież to wciąż ja. Dokładnie ta sama. Z wyglądu zewnętrznego można wiele wyczytać. Poszłabym jednak o wiele dalej niż „lepiej” czy „gorzej” albo moje ulubione: „brzydko” czy „ładnie”. Gdy myślę sobie, czym jest dla mnie ciałopozytywność, dochodzę do takiej definicji: nieoczekiwaniem od ciała więcej niż jest w stanie osiągnąć. I zaakceptowaniem takiego stanu. Tu nie ma miejsca na porównania ani oceny. To jest praca ze sobą i nad sobą. Tylko i wyłącznie. I nikomu nic do tego. 

A gdy następnym razem będziecie się obawiać pokazać na plaży w bikini albo w upał wybrać szorty, przypomnijcie sobie słowa Harel: naprawdę ludzie są bardziej zajęci sobą i własnymi kompleksami niż Wami. I nawet jeśli ktoś krzywo spojrzy albo skomentuje, to świadczy o nim, nie o Was. A gwarantuję, że w 99% przypadków nawet nie spojrzy. Chwalmy egocentryzm. Niech w końcu się na coś przyda. 

Leave a Reply

Najlepsze wiadomości ze świata mody

Nie wysyłam spamu