Bardzo cichy luksus

Jakkolwiek nie miałabym dość określenia „cichy luksus” (a szczególnie jego literalnej, polskiej wersji ze słowem „cichy” zamiast znacznie przyjemniejszym i celnym „dyskretny”), sama idea wciąż mnie nęci jako pewnego rodzaju nieszkodliwy snobizm (albo szkodliwy co najwyżej dla mojego portfela). Wprawdzie daleko mi chęciami czy możliwościami do konsumowania w takich markach jak The Row czy Phoebe Philo, mam natomiast jedną słabość prosto z Amsterdamu. To założona w 2005 roku przez stylistkę Ulrikę Lundgren Rika Studios, która z momentami wręcz grunge’owej estetyki wyrosła na jedną z najcichszych i najbardziej fascynujących tą ciszą marek na świecie. Więcej pisałam o niej tutaj, dziś skupię się na kolekcji wiosennej, która przemawia do mnie wyjątkowo wyraźnie.

Po pierwsze: paleta barw. Z jednej strony oczywista, bo kto wiosną nie poszukuje jaśniejszych tonów czy kwiatowych zapożyczeń? Z drugiej otwierająca na nowe połączenia, bo – nawet jeśli brakuje ich w poniższych stylizacjach – wyobraźnia działa i dopasowuje poszczególne składowe na wiele sposobów. Kwiatów dosłownych brakuje, jedynym deseniem pozostają paseczki. Te również w ciepłych miesiącach szczególnie lubimy, niekoniecznie w marynarskiej wersji.

Po drugie: fasony. Męskie przeplatane z damskimi i to momentami takimi naprawdę retro. Bo kto zapatrzony we współczesną modę miałby ochotę na kardigan z krótkim rękawem czy dość zgrzebną, nie oszukujmy się, lnianą szmizjerkę? A jednak, w poniższej wersji, przełamane męskim akcentem jak spodnie czy ciężkie mokasyny ze skarpetkami, nabierają sensu. Szerokie plisy czy zakładki, wiadomo, obowiązkowe, akurat w Rika Studios nie od dziś. I jeszcze bermudy, które czają się od jakichś dwóch lat, by w te wakacje zdecydowanie popłynąć głównym nurtem. Tu w opcji garniturowej, z dopasowaną kolorystycznie marynarką. Bez względu na ilość rzędów czy linię długości, ramiona muszą być porządnie zaznaczone. No i spodnie, znów dla marki charakterystyczne, z przedłużoną nogawką i lekko obniżoną talią. Najgenialniejsze modele nazywają się Rowan i Ulrika. Te pierwsze widać w ostatnim rzędzie galerii w jasnoniebieskim kolorze. Drugie pozostają do kupienia z drugiej ręki, są legendarne, jeśli chodzi o optyczne wydłużenie nóg. I poważnie: to działa.

Po trzecie: ten sprytny motyw, który do perfekcji opanowują mniejsze marki. Projektowanie takich kolekcji, by poszczególne ich elementy zgrywały się nie tylko ze sobą, lecz także z kolekcjami minionymi. To niebezpieczna gra. Na szczęście Rika tak mocno podniosła ceny, że z radością pozostanę w sferze inspiracji, przypinając sobie te pomysły na wirtualnej tablicy z napisem „Lato 2024”. Wspominałam jednak o możliwości zakupów z drugiej ręki. Sama nie wiem, dlaczego zdradzam ten sekret, może jednak sprzedawcy nie doczytają, a Wy skorzystacie. Bo Rika Studios na takim Vinted czy Vestiaire Collective potrafi mieć ceny niewiele wyższe niż nowy COS. Jakość tych ubrań jest zachwycająca. Misją Ulriki Lundgren jest umożliwienie budowania garderoby ponadczasowej, nieprzesadzonej, powolnej. Takiej, która nie straci na aktualności po jednym czy dwóch sezonach. Tu też mogę dać gwarancję: te rzeczy się nie starzeją. Również te, które dopadniemy gdzieś przypadkiem w internecie.

I po czwarte: choć dostępna w wielu krajach na świecie, Rika Studios wciąż pozostaje w niszy i bardzo jej tam wygodnie. Będzie rozpoznana przez grono najwierniejszych fanek, nie zwracając na siebie większej uwagi. Zdecydowanie, po ten luksus sięgamy tylko dla siebie, a nie – jak to zwykle bywa – by zrobić wrażenie na innych, a może nawet obudzić nutkę zazdrości. Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, bo nie wypada być tak przyziemnym, ale to temat na inną okazję. Tu mamy spokój zarówno z zazdrością, jak i z aspiracjami. Co nie zmienia faktu, że zawsze, gdy mam coś tej marki na sobie, dostaję komplement. Dotyczy on jednak koloru, fasonu lub po prostu danej rzeczy, a nie metki, którą rzecz nosi w środku.

A na koniec jeszcze jeden patent od cioci Harel. Co pewien czas Rika Studios organizuje internetową wyprzedaż archiwalnych kolekcji. I wtedy ceny spadają naprawdę solidnie. Warto zapisać się na newsletter i czekać na sygnał. Gdybyście miały wątpliwości, od czego zacząć przygodę z marką, polecam koszule model Blaze. Charakteryzują się ręcznie wyhaftowaną literą R na mankiecie i celowo obszerną formą (sama topię się w XS). No i takim gatunkiem bawełny, że długie wspólne lata będą przed Wami. Chyba że postanowicie czyścić łazienkę płynem z wybielaczem i wpadniecie na ten pomysł, gdy macie tę koszulę na sobie. Bez komentarza…

Zdjęcia: Casper Matthijs van der Linden
Modelki: Tessa Bruinsma i Julie Hoomans
Makijaż i fryzury: Chris Völkers

1 Comment

  • Jag
    Posted 5 marca 2024 14:00 0Likes

    Nie znałam – wstyd. Na newsletter już się zapisałam. Wszystko prze-przepiękne i bardzo do noszenia.

Leave a Reply