Orage Studio: Cute & Cozy

Zdewaluowało nam się niesłusznie jedno słowo. W języku potocznym, owszem, wciąż funkcjonuje, ale w modzie zostało zepchnięte na szary koniec i oznaczone plakietką „banał, nie używać”. Dlaczego? Wszak doskonale opisuje cały nurt, który od pewnego czasu modą trzęsie: od tiulowych spódnic Molly Goddard przez bufki Cecilie Bahnsen po wszelkiego rodzaju japonizmy zebrane pod określeniem „kawaii” (kto ciekaw, temat rozwijam w odcinku „Wehikułu” o roku 1982). Dawno, dawno temu, gdy ledwo co zyskałam dwójkę w swoim wieku, znajomi pytali mnie: „Czemu ubierasz się jak dziewczynka?”. „Bo lubię” – odpowiadałam, nieświadoma skrajności, w które stylistycznie lubimy wpadać. Przed dziewczynką był grunge, po dziewczynce – lekko spóźnione Y2K, by następnie przejść w falbaniaste boho. Dziewczynka była śliczna – i nie mówię tu o swojej aparycji, bo to już rzecz indywidualna, lecz o sposobie ubierania się. Nosiła marszczone bluzki z bufkami, spódnice ze skosu, szydełkowe torebki i dwa kucyki. Na szczęście nie dała sobie wmówić, że czegoś nie wypada, gdy ma się tyle a tyle lat, więc co jakiś czas do mnie wraca. A jestem już grubo po czterdziestce, mogę śmiało stwierdzić. I nie obawiam się recenzji „z tyłu liceum, z przodu muzeum” – jak zwykła mówić o sobie moja babcia (kochane, często mnie pytacie, skąd mam dystans do siebie… he he). Co więcej, figurę mam raczej kobiecą niż dziewczęcą, lecz w niczym to nie przeszkadza.

Długi był to wstęp na obronę wspomnianego na początku słowa. Do refleksji skłoniła kampania marki Orage Studio zatytułowana „Cute & Cozy”. „Cute” możemy tłumaczyć jako „słodki” albo „uroczy”, „wdzięczny”, zbieram to wszystko pod określeniem „śliczny”, choć zapewne znawcy angielskiego by się ze mną spierali. Tym bardziej się zgadza, gdy spojrzymy na poniższe zdjęcia. To są po prostu śliczne projekty, urzekające, przyjemne, a przy tym charakterne. „Cozy” to z kolei „przytulny”, „komfortowy”. I tak nam właśnie w tych ubraniach będzie, bo choć szykowne, to jednocześnie wygodne, nadążające za ciałem i sylwetką. Tu marszczenia, tam troczki wiązane na wciąż modne kokardy, lamówki i falbaniaste wykończenia, niesztampowe dekolty. Zabawne i lekko naiwne szorty inspirowane Marią Antoniną, suto marszczone spódnice bombki, regulowane topy. Kolorystyka równie urocza: złamane biele, wpadające w odcień dobrze ubitego masła, cukierkowy róż, jasny błękit oraz, dla przełamania, czerń, granat i bordo.

Orage Studio to marka, która budzi miłość – taką mam refleksję po kilku pierwszych sezonach. Te rzeczy znikają ze sklepu w okamgnieniu. Latem polowało się na t-shirty z grafiką bikini czy uroczych (znów!) muszelek na piersiach. Wcześniej – na różowo czerwoną koszulę Kyoto. Teraz to komplet z drugiego zdjęcia czy t-shirty Festive, ze srebrzystymi cyrkoniami ułożonymi w kształt stanika. Dziewczęcość, ale coś jeszcze: poczucie humoru. Bo mamy tu sporo radości i beztroski – a w tych czasach to rzeczy, których potrzebujemy szczególnie.

Zdjęcia: Ganna Goncharova
Modelka: Kaja Kladow
Makijaż: Patrycja Bienias
Fryzury: Kateryna Yefemova
Stylizacja: Ellie Łazarczyk
Biżuteria: Berries & Co

Leave a Reply