Czy da się mówić o polskiej modzie teraz, nie znając jej przeszłości? Można spróbować, aczkolwiek nie będzie to opowieść, która przyniesie pełną satysfakcję. Zabraknie w niej kontekstów, które mieliśmy za teraźniejsze, tymczasem one sobie trwają od dekad w najlepsze. Albo gotowych odpowiedzi na pytania, które pojawiają się w każdym praktycznie sezonie. Chociażby o miejsce naszej rodzimej mody na świecie, wiążące się z mniej lub bardziej uświadomionym kompleksem bycia zawsze kilka kroków w tyle. Dyktowanie trendów czy ich wierne odwzorowywanie? Własne zdanie czy bezpieczne i sprawdzone wątki? Czy to ból ostatnich lat, a może los, na który została ona skazana we wczesnych czasach powojennych?
Dzięki Katarzynie Jasiołek możemy prześledzić historię jednej z najważniejszych polskich marek, a mianowicie Telimeny. Nieistniejącej już, wygaszonej po cichu, na zakładkę z początkami sieciówek i fast fashion w konkurencyjnych cenach oraz ekscytującym kalejdoskopem asortymentu.


Sportowy płaszcz, raglanowy kostium oraz kostium w barwną kratkę z kolekcji Telimeny, „Moda”, jesień 1958, nr 3(15); Sukienka z gładkiej wełenki z Centralnego Laboratorium Przemysłu Odzieżowego w Łodzi, projekt Zofii Zagalskiej, „Moda”, wiosna 1957, nr 1(9); materiały prasowe wydawnictwa Marginesy
Po lekturze książki „Dom mody Telimena”, oprócz zachwytu nad wnikliwością autorki i jej zdolnością zgrabnego ujęcia w słowa kilku dobrych dekad działalności polskiej firmy, mam dwie refleksje. Pierwsza jest niezwykle osobista i sentymentalna, ponieważ moja mama brała ślub w miętowej sukni Telimeny. Siłą rzeczy myślę sobie, że jest to marka, która istnieje w moim życiu, odkąd sięgam pamięcią. Sukienka ewidentnie inspirowana tunikami ze starożytnej Grecji wciąż wisi w szafie mamy i co pewien czas do niej zaglądam, z równą fascynacją co czterdzieści parę lat temu. Czy baczne studiowanie jej konstrukcji mogło zaważyć na moim zainteresowaniu modą? Wcale nie wykluczam.
Druga refleksja układa się w pytanie: co się stało z dziennikarstwem mody? Nie jest to pytanie osądzające, nie znajduje się w nim nawet cień pretensji. Bardziej to silnie zaznaczony charakter naszych czasów, nierzadko merkantylny w kwestiach opowieści o modzie, choć nikt zapytany wprost się do tego nie przyzna. Nie ma też prawdopodobnie potrzeby takiej narracji, jaką znaleźć można było w codziennej prasie lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, gdy na porządku dziennym były artykuły o tym, co dany dom mody zaprezentował na nowy sezon. Nawet jeśli potem nie istniała możliwość, by opisywane ubrania dostać, którą to sytuację autorka książki niejednokrotnie uzasadnia, posiłkując się odpowiednimi cytatami przywołanymi z przeszłości.
A było co opisywać, czym się zachwycać oraz czym się oburzać. Wiadomo, media tradycyjne, a szczególnie papierowe, miały zupełnie inną siłę niż dziś. Ba, nie nosiły nawet przydomka „tradycyjne”, nie musiały. Artykuły autorstwa Teresy Kuczyńskiej, Hanny Gajos czy Barbary Hoff skupiały się na projektach i recenzowaniu kolejnych sezonów, systematyzowaniu trendów, zwykle z obowiązkowym porównaniem do sytuacji za żelazną kurtyną, wytykaniu niedociągnięć. Ich wnikliwość, fachowa wiedza i wprawne oko to coś, czego do dziś możemy zazdrościć. Gdyby krytyka mody w Polsce funkcjonowała wciąż na ich poziomie, co poniektórzy ze swoimi niedopracowanymi konstrukcjami nie mieliby czego w branży szukać. Dziś nieudane ramiona marynarki zasłonią się setkami polubień na Instagramie i celebrytką, która sprzeda cały nakład (zwany dropem). Za to inni być może robiliby spektakularną karierę, bo owszem, wciąż mamy osoby, które projektują i konstruują wręcz genialnie, gorzej z ich faktycznym docenieniem. Szczególnie przez prasę codzienną, która tematem mody nie zajmuje się w ogóle.


Płaszcz w czarno-żółtą kratkę z Centralnego Laboratorium Przemysłu Odzieżowego w Łodzi, projekt Anny Sokołowskiej, „Moda”, wiosna 1957, nr 1(9); Kostiumy wiosenne z kolekcji Telimeny, „Moda”, wiosna 1966, nr 1(45); materiały prasowe wydawnictwa Marginesy
Nie ma co płakać nad „innymi czasami” albo wzdychać, że „kiedyś było lepiej”. Katarzyna Jasiołek bez upiększania wskazuje, że żadne czasy nie były dla mody bezproblemowe. Co jednak z książki wynika, to ciągły rozwój, bez względu na liczbę przeszkód. Regularne pokazy, sprawne linie produkcyjne, rosnąca sieć sprzedaży, popularność, rzecz jasna, a nawet własna agencja modelek. I pobudzająca do działania konkurencja, z którą można było się ścigać przez długie lata. Ale też niekończące się remonty, brutalnie opisywane przez prasę, niewystarczające zasoby materiałowe, ogólny chaos i utrata zaufania klientek – skala tych utrudnień dziś bywa trudna do wyobrażenia.
Spoglądając przez lekko zaróżowioną soczewkę, którą uwielbiamy kierować na przeszłość, odrzucając rzeczy trudne, widzieć będziemy ekscytujące projekty, które chciałoby się przywrócić do łask czy produkcji (niepotrzebne skreślić) już zaraz, dziś, natychmiast! Wrażenie będzie tym większe, że w książce Katarzyny Jasiołek znajdziemy multum ilustracji, szkiców żurnalowych, zdjęć z pokazów czy skanów artykułów prasowych. Chciałabym mieć na półce tak udokumentowaną historię wszystkich najważniejszych polskich firm odzieżowych. I tu mam cichą nadzieję, że autorka, gdy już odpocznie po stworzeniu tego potężnego dzieła, weźmie się za kolejny, bliski modzie temat.
Książkę „Dom mody Telimena” Katarzyny Jasiołek można kupić m.in. tutaj.
