To było osiem lat temu. We wrześniu 2017 otwarto sklep ARKET. Ten internetowy oraz stacjonarny, przy Regent Street w Londynie. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat tamtędy przechodziłam, więc wpadłam i zostałam w sumie do dziś. Nie żebym tam zamieszkała, lecz coś na tyle mnie w prostym przekazie urzekło, by mieć markę na uwadze za każdym razem, gdy mam ochotę na coś nowego. Wzrok przyciągały klasyczne, acz uwspółcześnione fasony, intrygująca paleta kolorów, dział wnętrzarski oraz zapach świeżutkich bułeczek cynamonowych. Tak, bo ARKET w swoim zamyśle miał łączyć się z kawiarnią czy nawet bistro serwującym kawę, herbatę oraz proste specjały kuchni skandynawskiej. Idealny przepis na wprowadzenie klientek i klientów w komfortową, niemal domową atmosferę. Porfel sam wyskakuje z torby w takich warunkach. Choćby po to, by zjeść pachnące ciastko.
Już w 2017 plany rozwoju marki były szeroko zakrojone, sklep miał otworzyć się na osiemnastu rynkach europejskich. W Polsce naczekaliśmy się sporo, bo pierwszy ARKET przywitał nas dopiero w sierpniu 2024 roku w warszawskiej Arkadii. Rok później swojej filii doczekał się Wrocław, a dokładnie jutro rusza drugie warszawskie miejsce: w Galerii Mokotów. Wciąż jednak nie możemy liczyć na ARKET CAFÉ, mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni.
Przez osiem lat marka kilkakrotnie wypuszczała projekty, które osiągały status viralu, jak proste torby na ramię z ozdobną klamrą na pasku (dostępne po dziś dzień, choć liczebność nieco spadła), klasyczny t-shirt z bardzo grubej bawełny (bodaj od samego początku), parka z podpinką (do noszenia razem lub osobno – szkoda, że zrezygnowali z tego pomysłu), popelinowe koszule i sukienki koszulowe. I to wszystko po kolei z sukcesem wytrzymuje próbę czasu. Dokładnie tak, jak miało być. ARKET chętnie też sięga do archiwów, choć dziś nie komunikuje tego aż tak głośno, jak w 2017 czy 2018 roku. Wówczas mieliśmy dokładny wgląd w inspiracje stojące za czerpiącymi z dawnych projektów ubraniami.
A co dzieje się ostatnio? Jesień, która nie daje się nudzić. Owszem, w barwach sobie właściwych, lecz łączonych w sposób świeży i zachęcający. Spotykają się charakterystyczne elementy różnych dekad: sukienki o linii A i trapezowe mini spódnice – to oczywiście lata 60. Zaraz obok zamszowe spodnie z lekko rozszerzaną nogawką w komplecie z dopasowaną kurtką i koszulą ze szpiczastym kołnierzykiem – i lecimy do lat 70. Surowy denim z przeszytym kantem to już końcówka lat 90., a półgolfy i stójki w takim natężeniu możemy opieczętować liczbą 2025. Z nielicznymi wyjątkami sylwetka się kurczy, zbliża do ciała – na szczęście w sposób delikatny, bez krępowania ruchów. Poniższe zdjęcia to tylko preludium, bo jesienna kolekcja mieni się znacznie bardziej. Jest różnorodna i w sposób nienarzucający się dotykająca najświeższych trendów. Ta strategia powoduje, że nie znudzimy się tymi ubraniami tak szybko, jak to z najmodniejszymi czy viralowymi bywa. Hit sezonu? Obstawiam zamszowy kuferek. Oraz trójkątne dzianinowe chusty – w lookbooku nieobecne, lecz bez problemu możemy je sobie wyobrazić.






















Zdjęcia: materiały prasowe
