Kto w 2004 roku myślał o upcyclingu? Podaję prawidłową odpowiedź: Jeanne Sissel Thomsen. To właśnie wtedy wpadła ona na pomysł ponownego wykorzystania kolorowych i wzorzystych indyjskich materiałów, w tym sari czy narzut z drugiego obiegu. Pozornie już niepotrzebne, dzięki jej wyobraźni zyskiwały nowe życie. Tak powstawały kolejne sukienki i kurtki, śmiało zderzające różne faktury, wzory i barwy. Pachtwork, haft, pikowanie – wymień technikę, a Jeanne wskaże Ci odpowiedni produkt w swoim sklepie. Dziś duńska marka Sissel Edelbo, którą prowadzi wspólnie z Chrisem Elmengaardem, zyskała miano kultowej. Przez długi czas znana lokalnie, teraz podbija świat. Czy na fali mody na cyrkularność, czy na Skandynawię – nie dociekam. Ważne, że działa.
Do sari z czasem dołączyły materiały z deadstocków i organiczna bawełna. Idea pozostała niezmienna: minimalizowanie wpływu na środowisko. A estetyka? Eklektyczna, to na pewno. Typowa dla skandynawskich miast, szczególnie w ostatnim czasie, gdy modę skandynawską przestaliśmy kojarzyć ze stonowanym wzornictwem i oszczędną kolorystyką. Projekty Sissel Edelbo, choć bogato zdobione i wyraziste, doskonale się sprawdzają na co dzień. Dowód? Tu musiałabym Wam nagrać wideo ze spacerów po Aarhus chociażby (Kopenhagi nie wymieniam, bo zbyt oczywista w tym równaniu). Gdy widziałam dziewczynę w fantazyjnej sukience czy folkowej pikowanej kurtce, później okazywało się, że to właśnie ta marka. W identyfikacji tym razem wcale nie pomogło wyszukiwanie obrazem Google, a warszawski (i od niedawna katowicki) butik Kyosk, w którym od pewnego czasu Sissel Edelbo można kupić. Gdy po raz pierwszy spojrzałam na nowości w sklepie, doznałam deja vu. Po uruchomieniu wakacyjnych wspomnień wszystko się ułożyło.
Wybrzmiewa tu powiedzenie „wszystko albo nic”. Zero półśrodków. Wybierając tę markę raczej się nie zakamuflujemy w miejskiej szarości. Ale być może skutecznie poprawimy sobie humor, gdy pogoda nam tego nie zapewni.








Zdjęcia: Sissel Edelbo / Kyosk
